06.04.2024, 17:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 18:33 przez Alexander Mulciber.)
Długie, eleganckie palce Morpheusa zbliżyły się do wyłożonych na biurku kart, a Alexander powiódł wzrokiem po żłobiących je bruzdach i wzgórkach żył, w dół, po wysmukłych, nieco odstających knykciach, aż po naelektryzowane od mocy magicznej opuszki, które teraz wydawały się wzbraniać przed dobrze znaną każdemu wróżbicie pokusą: dotknięciem; przed podzieleniem się swoją życiową energią z rozpostartą w wachlarz talią - wciąż jeszcze ciepłą po tym, jak czule przetasowywał ją Mulciber, witając każdą z niedopasowanych, często także powtarzających się kart z osobna - jakby to było coś więcej niźli z dawna wyuczony rytuał z gatunku rutyny. Jakby to była pełna rewerencji pieszczota. Przypominało mu to boleśnie intymny sposób, w jaki dotykał wczoraj Rosie: dobrze znane, znajome ruchy, którym zawsze towarzyszyło jednak pewne zawahanie, bo to, co trzymał w dłoniach, było kruche i święte; ważne.
Morpheus miał dłonie godne wróżbity.
Dłonie Alexandra wciąż nosiły ślady walki.
Mulciber lubił zakrawającą o arogancję manierę mężczyzny - pewność siebie, z jaką ten zwykł się nosić - ale i to, że potrafił się powstrzymać, nawet po wyraźnej sugestii Alexa, że karty przedstawiają właśnie jego - to, że nie dotknął kart.
Podobało mu się też to, że Morpheus, choć pogrążony w niewypowiedzianej żałobie, mimowolnie przywołał karty, które dla Alexandra pozostawały kwintesencją życia, jakby duch tlący się w jego ciele ogniem potrafił przezwyciężyć nawet chłód śmierci.
Wzgardził Cesarzem? Na tak dumny gest mógł zdobyć się tylko ktoś o majestacie podobnym samemu Cesarzowi, pomyślał z rozbawieniem Alexander. Czy wzgardził także urokiem Ambrosii? - zastanawiał się zawsze, kiedy widział znajomą papeterię na nieswoim biurku. Kiedy teraz patrzył na eleganckie dłonie Morpheusa - dłonie wróżbity - zaczął nagle żałować, że duma powstrzymała jasnowidza przed dotknięciem kart i podzieleniem się z nimi esencją swojej mocy magicznej; zaczął żałować, że nie dowie się, czy dłonie mężczyzny kryją w sobie dobrze znany Mulciberowi pierwiastek brutalności, i czy jego własne - mogłyby z kolei stać się bardziej podobnymi do dłoni Longbottoma.
Wyobraził sobie smukłe palce Morpheusa zaplątane w blond włosy Ambrosii w miejsce jego.
Chłodno odsunął te rozważania na bok. Żeby to chodziło tylko o kobietę. Zbyt łatwo pozwalał kobietom, które darzył uczuciem, manipulować swoimi emocjami: Ambrosia dobrze wiedziała co robi, kiedy rozbudzała w nim zadawnioną zazdrość. Żeby to chodziło tylko o zazdrość. Alexander nie potrafił ujarzmić myśli, które kłębiły się nieustannie w jego głowie - ubrać w słowa tego, co pragnął wypowiedzieć głośno - zazdrościł ludziom pięknej wymowy, obdarzonym charyzmą i zdolnością wysławiania się w sposób, jaki budził podziw, nie zaś lekceważenie. Morpheus mógł widzieć w swoim darze elokwencji coś na kształt winy tragicznej, wyrok fatum, ale Alexander… Chętnie przyjąłby filtr erudycji w zamian za dziurawe sito okrucieństwa, jakie posiadał.
Żeby to chodziło tylko o te dłonie. A silne dłonie były mu teraz potrzebne, by mógł pewnie dzierżyć lejce swego Rydwanu.
- Czemu nie Pustelnika? – Przed najwyższą swą górą stanę i przed najdłuższą pielgrzymką: przeto głębiej zstąpić muszę, niźlim kiedykolwiek zstępował, tak pisał w poemacie o “wędrowcu” jego ulubieniec z lat młodości, Nietzsche, do którego Alex wracał teraz z raczej pogardliwym sentymentem. W oczach Mulcibera czaiło się wyzwanie, kiedy zadawał swoje pytanie. Morpheus przywołał postacie Arcykapłanki i Maga, ale pominął jego ulubioną kartę; tę, którą zawsze wybierał na patronkę swych najważniejszych rozkładów, i Longbottom o tym dobrze wiedział - w końcu Mulciber często stawiał sobie przy nim tarota - tak samo jak musiał wiedzieć, że takie zaczepne pytanie prędzej czy później padnie z ust Alexa. On wiedział, że Mulciber wiedział, że on wiedział, że… I tak w nieskończoność. Alexander wciąż wierzył, że Morpheus ma z kartą Cesarza więcej wspólnego, niż sam potrafił przed sobą przyznać, ale to był widać stały element życia każdego wróżbity: inni zawsze przypisywali mu kartę-symbol, przy której czuł się niewystarczającym; w przypadku McKinnon była to Arcykapłanka, zaś u Mulcibera - Pustelnik.
Choć Mag... Wyłuskał go ze swojej talii.
- Tak, Mag ci pasuje. - Ten, który inspiruje i tworzy. Jak bóg. Powinni go nazwać Bogiem, nie Magiem, pomyślał Alexander. - Cesarz może i nosi koronę, ale jest tylko nędznym zarządcą boskiej kreacji Maga. Choć czułem się przez niego zdradzony] za to, że ten tak łatwo oddaje Cesarzowi swoją władzę - przyznał, i odchylił się nieco na krześle, rozprostowując barki, zgarbione od długiego siedzenia przy biurku. W jego głosie czuć było pewne znużenie, jakby opowiadał historię o jakimś absurdalnym wyskoku przynależnym do szaleństw dawno minionej młodości. Właśnie tak się czuł: jakby w jednej chwili miał piętnaście lat, a w następnej - pięćdziesiąt. - A potem przeczytałem: stałeś się czarodziejem dla wszystkich, lecz dla samego siebie nie starczyło ci już ani kłamstwa, ani podstępu żadnego, dla samego siebie stałeś się odczarowany - urwał, pozwalając wybrzmieć cytatowi. - Dlatego siedzisz tutaj, zamiast zostać Ministrem Magii - rzucił nagle - sam nie wiedział, czy ten komentarz miał być pytaniem, czy stwierdzeniem faktu - w jego głosie słyszalne było jednak rozbawienie, kiedy coś, co mogłoby być poważnym, intelektualnym wywodem, przerwał o tak: i to ich starym, nieco głupim, prywatnym żartem.
Przejrzałem cię, śmiały się oczy Mulcibera, który wiedział, że akurat w towarzystwie Morpheusa Longbottoma nie musi kończyć dowcipu, by być zrozumianym.
- Liczyłem na to, że Rydwan pomoże mi w odzyskaniu kontroli. Ale że ty wręczasz mi lejce, bo chcesz poeksperymentować z substancjami? Nie spodziewałem się.
Czasem nie był do końca pewien, które ich dyskusje były żartobliwe, a które powinni traktować poważnie.
- Mamy jakieś antidotum, odtrutkę? Znasz dawkowanie? Drogę podaży? - Czy te kapłanki nie zbzikowały po prostu od przydługiego celibatu? Pytał Alex, z rosnącym zaciekawieniem w głosie. - I, co najważniejsze, czy zachowały się jakieś wiarygodne opisy ich doświadczeń duchowych?
Jeżeli nie, tym więcej zabawy zostało dla nich.
Morpheus miał dłonie godne wróżbity.
Dłonie Alexandra wciąż nosiły ślady walki.
Mulciber lubił zakrawającą o arogancję manierę mężczyzny - pewność siebie, z jaką ten zwykł się nosić - ale i to, że potrafił się powstrzymać, nawet po wyraźnej sugestii Alexa, że karty przedstawiają właśnie jego - to, że nie dotknął kart.
Podobało mu się też to, że Morpheus, choć pogrążony w niewypowiedzianej żałobie, mimowolnie przywołał karty, które dla Alexandra pozostawały kwintesencją życia, jakby duch tlący się w jego ciele ogniem potrafił przezwyciężyć nawet chłód śmierci.
Wzgardził Cesarzem? Na tak dumny gest mógł zdobyć się tylko ktoś o majestacie podobnym samemu Cesarzowi, pomyślał z rozbawieniem Alexander. Czy wzgardził także urokiem Ambrosii? - zastanawiał się zawsze, kiedy widział znajomą papeterię na nieswoim biurku. Kiedy teraz patrzył na eleganckie dłonie Morpheusa - dłonie wróżbity - zaczął nagle żałować, że duma powstrzymała jasnowidza przed dotknięciem kart i podzieleniem się z nimi esencją swojej mocy magicznej; zaczął żałować, że nie dowie się, czy dłonie mężczyzny kryją w sobie dobrze znany Mulciberowi pierwiastek brutalności, i czy jego własne - mogłyby z kolei stać się bardziej podobnymi do dłoni Longbottoma.
Wyobraził sobie smukłe palce Morpheusa zaplątane w blond włosy Ambrosii w miejsce jego.
Chłodno odsunął te rozważania na bok. Żeby to chodziło tylko o kobietę. Zbyt łatwo pozwalał kobietom, które darzył uczuciem, manipulować swoimi emocjami: Ambrosia dobrze wiedziała co robi, kiedy rozbudzała w nim zadawnioną zazdrość. Żeby to chodziło tylko o zazdrość. Alexander nie potrafił ujarzmić myśli, które kłębiły się nieustannie w jego głowie - ubrać w słowa tego, co pragnął wypowiedzieć głośno - zazdrościł ludziom pięknej wymowy, obdarzonym charyzmą i zdolnością wysławiania się w sposób, jaki budził podziw, nie zaś lekceważenie. Morpheus mógł widzieć w swoim darze elokwencji coś na kształt winy tragicznej, wyrok fatum, ale Alexander… Chętnie przyjąłby filtr erudycji w zamian za dziurawe sito okrucieństwa, jakie posiadał.
Żeby to chodziło tylko o te dłonie. A silne dłonie były mu teraz potrzebne, by mógł pewnie dzierżyć lejce swego Rydwanu.
- Czemu nie Pustelnika? – Przed najwyższą swą górą stanę i przed najdłuższą pielgrzymką: przeto głębiej zstąpić muszę, niźlim kiedykolwiek zstępował, tak pisał w poemacie o “wędrowcu” jego ulubieniec z lat młodości, Nietzsche, do którego Alex wracał teraz z raczej pogardliwym sentymentem. W oczach Mulcibera czaiło się wyzwanie, kiedy zadawał swoje pytanie. Morpheus przywołał postacie Arcykapłanki i Maga, ale pominął jego ulubioną kartę; tę, którą zawsze wybierał na patronkę swych najważniejszych rozkładów, i Longbottom o tym dobrze wiedział - w końcu Mulciber często stawiał sobie przy nim tarota - tak samo jak musiał wiedzieć, że takie zaczepne pytanie prędzej czy później padnie z ust Alexa. On wiedział, że Mulciber wiedział, że on wiedział, że… I tak w nieskończoność. Alexander wciąż wierzył, że Morpheus ma z kartą Cesarza więcej wspólnego, niż sam potrafił przed sobą przyznać, ale to był widać stały element życia każdego wróżbity: inni zawsze przypisywali mu kartę-symbol, przy której czuł się niewystarczającym; w przypadku McKinnon była to Arcykapłanka, zaś u Mulcibera - Pustelnik.
Choć Mag... Wyłuskał go ze swojej talii.
- Tak, Mag ci pasuje. - Ten, który inspiruje i tworzy. Jak bóg. Powinni go nazwać Bogiem, nie Magiem, pomyślał Alexander. - Cesarz może i nosi koronę, ale jest tylko nędznym zarządcą boskiej kreacji Maga. Choć czułem się przez niego zdradzony] za to, że ten tak łatwo oddaje Cesarzowi swoją władzę - przyznał, i odchylił się nieco na krześle, rozprostowując barki, zgarbione od długiego siedzenia przy biurku. W jego głosie czuć było pewne znużenie, jakby opowiadał historię o jakimś absurdalnym wyskoku przynależnym do szaleństw dawno minionej młodości. Właśnie tak się czuł: jakby w jednej chwili miał piętnaście lat, a w następnej - pięćdziesiąt. - A potem przeczytałem: stałeś się czarodziejem dla wszystkich, lecz dla samego siebie nie starczyło ci już ani kłamstwa, ani podstępu żadnego, dla samego siebie stałeś się odczarowany - urwał, pozwalając wybrzmieć cytatowi. - Dlatego siedzisz tutaj, zamiast zostać Ministrem Magii - rzucił nagle - sam nie wiedział, czy ten komentarz miał być pytaniem, czy stwierdzeniem faktu - w jego głosie słyszalne było jednak rozbawienie, kiedy coś, co mogłoby być poważnym, intelektualnym wywodem, przerwał o tak: i to ich starym, nieco głupim, prywatnym żartem.
Przejrzałem cię, śmiały się oczy Mulcibera, który wiedział, że akurat w towarzystwie Morpheusa Longbottoma nie musi kończyć dowcipu, by być zrozumianym.
- Liczyłem na to, że Rydwan pomoże mi w odzyskaniu kontroli. Ale że ty wręczasz mi lejce, bo chcesz poeksperymentować z substancjami? Nie spodziewałem się.
Czasem nie był do końca pewien, które ich dyskusje były żartobliwe, a które powinni traktować poważnie.
- Mamy jakieś antidotum, odtrutkę? Znasz dawkowanie? Drogę podaży? - Czy te kapłanki nie zbzikowały po prostu od przydługiego celibatu? Pytał Alex, z rosnącym zaciekawieniem w głosie. - I, co najważniejsze, czy zachowały się jakieś wiarygodne opisy ich doświadczeń duchowych?
Jeżeli nie, tym więcej zabawy zostało dla nich.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat