06.04.2024, 17:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 18:01 przez Alexander Mulciber.)
Alexander Mulciber był szczęśliwy. Alexander Mulciber kochał życie! Dookoła niego: przepyszne tańce, hulanki i swawole. Właśnie dopił drinka: alkohol był dobrej jakości, i lał się szczodrze, a wesoły stukot kieliszków niósł się echem po sali. Niczego więcej nie było mu trzeba. Szumiało mu już, co prawda, w głowie tak troszeczkę, ale krok miał pewny, zamaszysty, siebiepewny i rad. W końcu jego partnerką była najpiękniejsza baba na całym weselu: to jest, jego Rózia. Nieoczekiwany konkurent, Otto Degenhardt, czaił się gdzieś w kącie, koncertowo rozjebany: koń zwalony, powtarzam, koń zwalony zero potrzeb, zero testosteronu, Alex nie musiał już więcej z nikim walczyć, bo nie było o co, no, zero potrzeb po prostu!
W takim oto wspaniałym nastroju, Alexander zdał sobie sprawę, że miał jednak pewną potrzebę, otóż: potrzebę kota Rózi na kolanach?? zaraz co towarzystwa Rózi, która, nie wiedzieć czemu, nie rzuciła mu się na szyję po skończonej bitce, by wręczyć mu wieniec laurowy i kielich z winem dla zwycięzcy… Tylko gdzieś zniknęła!
Szybko wypatrzył ją w tłumie gości, jednak zanim dotarł do stolika, przy którym zajęła miejsce, zatrzymał się kilka razy: bo a to ktoś coś do niego zagadał, a to zaczepił, żeby razem wypić po kielonie, a to stara ciotka Ambrosii chciała, żeby poczytać jej z ręki, a przecież nie mógł odmówić! Szybko się jednak ewakuował, kiedy zdał sobie sprawę, że to ta wredna raszpla, której Rózia musiała kiedyś tam w dzieciństwie pilnować jakiegoś wybuchającego mopsa (czymkolwiek był ten mops). Wreszcie udało mu się jednak dotrzeć do celu, i, oparłszy się o oparcie krzesła Ambrosii, instynktownie nachylił się, by odgarnąć jej z ramienia włosy i pocałować krótko w szyję, jakby instynkt jasnowidza podpowiedział mu, w którym idealnie momencie kobieta odchyli swoją śliczną główkę pod odpowiednim kątem.
- Gdzie ty byłaś, słońce? Twój ojciec zaczął właśnie opowiadać Persefonie o swojej kolekcji dildosów z Kościanego Zamtuza. Powinnaś zobaczyć jej minę - rzucił wesoło, rozglądając się przy okazji, czy nikt poza Rosie i jej towarzyszem - na pierwszy rzut oka młodocianym, ale co tam: niech się chłopak uczy! - nie podsłuchuje ich rozmowy. W końcu nie wypadało tak przy obcych obgadywać ludzi z rodziny. Dzięki Rosie zdążył poznać całkiem dobrze ród McKinnonów (prawdę mówiąc, nawet dalsze kuzynostwo kobiety kojarzył na ten moment lepiej, niż swoje własne), więc, jako że nie potrafi dopasować twarzy chłopaka do konkretnego imienia, uznał, że towarzyszący Rosie dzieciak musi należeć do rodziny panny młodej. Wyprostował się z powrotem, i przyjaźnie klepnął siedzącego obok Ambrosii nastolatka po plecach - być może trochę za mocno niż powinien, ale sam był już trochę podpiwszy, więc nawet się nie zorientował.
- Cześć, młody. - powiedział przyjaźnie, przystawiając sobie krzesło. - Dziękuję za dotrzymanie towarzystwa mojej pani. Głupio, żeby taka dama czekała, nie? Ale musiałem się zająć pewną sprawą niecierpiącą zwłoki. - A konkretnie spuścić wpierdol takiemu jednemu natrętowi, pomyślał, z lubością rozcierając wciąż nieco pobolewające knykcie.
Degenhardt - ten drugi Degenhardt, nie ten elegancki muzyk z nieprzeniknioną twarzą - niemożebnie go wkurwiał swoimi obrzydliwie lepiącymi spojrzeniami rzucanymi w stronę jego ukochanej. Na początku typa ignorował, ale kiedy ten zaczął strzelać jakimiś tekstami z gatunku “jestem kulturalnym kultystą”, Alexander stwierdził, że sprawdzi, czy ten szmaciarz - to znaczy, pożal się boże, brat drogiej Persefony - jest mocny tylko w gębie, czy rzeczywiście ma zadatki na “kulturystę” (czy o co mu tam chodziło, Mulciber nie miał nerwów, by wsłuchiwać się w jego pierdolenie, bo zbyt był zajęty obliczaniem, ile centymetrów Degenhardt może być od niego wyższy, bo typ ewidentnie miał w sobie jakąś domieszkę krwi gigantów).
Niby trochę wstyd wszczynać bójkę na weselu, ale to wesele łączyło w sobie zarówno szyk jak i dobrą zabawę, bo jak już razem z Otto elegancko zaczęli się nalewać, jakoś nikt za bardzo ich nawet nie próbował rozdzielać: goście wydawali się bardzo entuzjastycznie nastawieni do przerywnika w postaci tego jakże emocjonującego przedstawienia - Hades nawet głośno się z kimś zakładał, ale potem jakoś przycichł, może bał się, żeby jego oblubienica przypadkiem go nie posłyszała? - Alex dostał zaś swoją satysfakcję, chociaż dostał też w mordę. Ale wszystko się skończyło dobrze, bo potem wypili sobie razem z Otto bruderszafta za zdrowie Ambrosii, i rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Ambrosia rzeczywiście wyglądała zadziwiająco zdrowo, z tymi swoimi zarumienionymi policzkami i szerokim uśmiechem. Siedzący obok niej chłopaczek też wyglądał tak, jakby był w szampańskim nastroju.
Aha, skwitował w myślach, patrząc na niemalże opróżnioną flaszkę, starając się zapanować nad twarzą na tyle, by powstrzymać kpiący uśmieszek cisnący się na usta na widok prawie pustej butelki. Dziwił się, że ta dwójka dalej dała radę siedzieć prosto, bo dzieciak, chociaż niemal dorównywał mu wzrostem (zaczął myśleć, że może naprawdę w żyłach rodziny Persefony płynęła jakaś kapka krwi olbrzymów?), nie mógł mieć zbyt wielkiego doświadczenia w piciu, a Rosie… Cóż, jego dziewczynka na pewno takiego doświadczenia nie miała.
- To - Rosie - i… jak ty masz na imię w ogóle? - jaki toast teraz? - spytał niewinnie, kładąc rękę na stole, niby to obok dłoni Ambrosii, żeby było miło i romantycznie, a tak naprawdę przesunął delikatnie w swoją stronę jej kieliszek. Dla tej pani tutaj już tylko woda.
W takim oto wspaniałym nastroju, Alexander zdał sobie sprawę, że miał jednak pewną potrzebę, otóż: potrzebę kota Rózi na kolanach?? zaraz co towarzystwa Rózi, która, nie wiedzieć czemu, nie rzuciła mu się na szyję po skończonej bitce, by wręczyć mu wieniec laurowy i kielich z winem dla zwycięzcy… Tylko gdzieś zniknęła!
Szybko wypatrzył ją w tłumie gości, jednak zanim dotarł do stolika, przy którym zajęła miejsce, zatrzymał się kilka razy: bo a to ktoś coś do niego zagadał, a to zaczepił, żeby razem wypić po kielonie, a to stara ciotka Ambrosii chciała, żeby poczytać jej z ręki, a przecież nie mógł odmówić! Szybko się jednak ewakuował, kiedy zdał sobie sprawę, że to ta wredna raszpla, której Rózia musiała kiedyś tam w dzieciństwie pilnować jakiegoś wybuchającego mopsa (czymkolwiek był ten mops). Wreszcie udało mu się jednak dotrzeć do celu, i, oparłszy się o oparcie krzesła Ambrosii, instynktownie nachylił się, by odgarnąć jej z ramienia włosy i pocałować krótko w szyję, jakby instynkt jasnowidza podpowiedział mu, w którym idealnie momencie kobieta odchyli swoją śliczną główkę pod odpowiednim kątem.
- Gdzie ty byłaś, słońce? Twój ojciec zaczął właśnie opowiadać Persefonie o swojej kolekcji dildosów z Kościanego Zamtuza. Powinnaś zobaczyć jej minę - rzucił wesoło, rozglądając się przy okazji, czy nikt poza Rosie i jej towarzyszem - na pierwszy rzut oka młodocianym, ale co tam: niech się chłopak uczy! - nie podsłuchuje ich rozmowy. W końcu nie wypadało tak przy obcych obgadywać ludzi z rodziny. Dzięki Rosie zdążył poznać całkiem dobrze ród McKinnonów (prawdę mówiąc, nawet dalsze kuzynostwo kobiety kojarzył na ten moment lepiej, niż swoje własne), więc, jako że nie potrafi dopasować twarzy chłopaka do konkretnego imienia, uznał, że towarzyszący Rosie dzieciak musi należeć do rodziny panny młodej. Wyprostował się z powrotem, i przyjaźnie klepnął siedzącego obok Ambrosii nastolatka po plecach - być może trochę za mocno niż powinien, ale sam był już trochę podpiwszy, więc nawet się nie zorientował.
- Cześć, młody. - powiedział przyjaźnie, przystawiając sobie krzesło. - Dziękuję za dotrzymanie towarzystwa mojej pani. Głupio, żeby taka dama czekała, nie? Ale musiałem się zająć pewną sprawą niecierpiącą zwłoki. - A konkretnie spuścić wpierdol takiemu jednemu natrętowi, pomyślał, z lubością rozcierając wciąż nieco pobolewające knykcie.
Degenhardt - ten drugi Degenhardt, nie ten elegancki muzyk z nieprzeniknioną twarzą - niemożebnie go wkurwiał swoimi obrzydliwie lepiącymi spojrzeniami rzucanymi w stronę jego ukochanej. Na początku typa ignorował, ale kiedy ten zaczął strzelać jakimiś tekstami z gatunku “jestem kulturalnym kultystą”, Alexander stwierdził, że sprawdzi, czy ten szmaciarz - to znaczy, pożal się boże, brat drogiej Persefony - jest mocny tylko w gębie, czy rzeczywiście ma zadatki na “kulturystę” (czy o co mu tam chodziło, Mulciber nie miał nerwów, by wsłuchiwać się w jego pierdolenie, bo zbyt był zajęty obliczaniem, ile centymetrów Degenhardt może być od niego wyższy, bo typ ewidentnie miał w sobie jakąś domieszkę krwi gigantów).
Niby trochę wstyd wszczynać bójkę na weselu, ale to wesele łączyło w sobie zarówno szyk jak i dobrą zabawę, bo jak już razem z Otto elegancko zaczęli się nalewać, jakoś nikt za bardzo ich nawet nie próbował rozdzielać: goście wydawali się bardzo entuzjastycznie nastawieni do przerywnika w postaci tego jakże emocjonującego przedstawienia - Hades nawet głośno się z kimś zakładał, ale potem jakoś przycichł, może bał się, żeby jego oblubienica przypadkiem go nie posłyszała? - Alex dostał zaś swoją satysfakcję, chociaż dostał też w mordę. Ale wszystko się skończyło dobrze, bo potem wypili sobie razem z Otto bruderszafta za zdrowie Ambrosii, i rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Ambrosia rzeczywiście wyglądała zadziwiająco zdrowo, z tymi swoimi zarumienionymi policzkami i szerokim uśmiechem. Siedzący obok niej chłopaczek też wyglądał tak, jakby był w szampańskim nastroju.
Aha, skwitował w myślach, patrząc na niemalże opróżnioną flaszkę, starając się zapanować nad twarzą na tyle, by powstrzymać kpiący uśmieszek cisnący się na usta na widok prawie pustej butelki. Dziwił się, że ta dwójka dalej dała radę siedzieć prosto, bo dzieciak, chociaż niemal dorównywał mu wzrostem (zaczął myśleć, że może naprawdę w żyłach rodziny Persefony płynęła jakaś kapka krwi olbrzymów?), nie mógł mieć zbyt wielkiego doświadczenia w piciu, a Rosie… Cóż, jego dziewczynka na pewno takiego doświadczenia nie miała.
- To - Rosie - i… jak ty masz na imię w ogóle? - jaki toast teraz? - spytał niewinnie, kładąc rękę na stole, niby to obok dłoni Ambrosii, żeby było miło i romantycznie, a tak naprawdę przesunął delikatnie w swoją stronę jej kieliszek. Dla tej pani tutaj już tylko woda.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat