Blichtr tandetnych tkanin drażnił wzrok, nawet jeśli feeria kolorów, nierozmywanych barw tańczących plamami przed oczami, zmieniała je w lśniący przepych. Wzrok, choć spuszczony, nie sugerował zachwiania w obraźliwie wręcz stoickiej postawie – mawiano jej to w końcu od dziecka, wytykając wyniosłość, z jaką obnosiła się snobistycznie łagodnie, iż powinna się częściej uśmiechać. Przecież nawet współpracownicy lękali się, iż nagada bez powodu niemiłych, sykliwych słów – w gruncie rzeczy była w końcu do tego zdolna bez zbytku dezynwoltury. Stal zionąca z piwnej, ciepłej barwy oczu, nie szczędziła meandrów niezbadanego mikrokosmosu pamięci; może gdyby jej kąciki ust zadrżały nieprzejednanie, może gdyby powędrowały ku górze, czyniąc ją w choć tak mały sposób ludzką i namacalną, nie wydawałaby się obrażoną marą zaklętą w wieczną tułaczkę po padole. Niepokorny deszcz dudnił o szklane drzwi kasyna, a ona sama skłaniała się ku wyłącznie ku słowom gorzkim i zionącym powagą.
Pociągnęła kolejny łyk drinka, słodyczą rozlewającego się miękko na podniebieniu, rozwiązującego język i czyniącego z niej nieprzystępnie zaciekawioną. Nie schodziła przecież z tonu zblazowanej, zmęczonej życiem nieprzejednanie kobiety. Zakołysała lekko głową, wtrącając opuszczony uprzednio wzrok prosto w jego ciemne oczy, a krótsze kosmyki wraz z grzywką zatańczyły wokół chudej buzi kościstej szkapy. Przełknęła ślinę nieco ciężej, a jej pełne usta ułożyły się w niepewny grymas.
Jakże chciała toczyć tę grę słowną, zbudowaną na fasadzie jej niechętnej ku kontaktom międzyludzkim osobliwości; na ogół odstraszała całokształtem postawy, strącając amantów z pantałyku, aurą żmii roztaczając klimat bliski okolicom syberyjskim. Ten jednak wydawał się być zaskakująco upartym w swym podejściu, budząc ciężkie westchnięcie oscylujące gdzieś w okolicy warg, gdy ponownie zatapiała się w jego wzroku.
– Jesteś bystrzejszy niż wyglądasz – sarknęła. – Mało kto dostrzega, że ciąży na mnie klątwa, która sprowadza mężczyzn na sam skraj. Tocz tę rozmowę dalej, a padniesz jedną z wielu moich ofiar – dodała po chwili.
Uniosła wysoko brwi, zupełnie jakby ponownie chciała westchnąć gorzko, zamiast tego pochyliła się ku niemu konspiracyjnie, gdy tylko wsunął się na stołek barowy obok niej.
– Chorobę? Czy jeśli powiem, że mam gruźlicę i zakaszlę przeraźliwie, to sobie pójdziesz? Muszę oszacować, na ile gra jest warta świeczki.
Uniosła smukłą dłoń, aby ująć między palce odpalonego przez mężczyznę papierosa; już po chwili skierowała go ku swym wargom, po jednym mocnym zaciągnięciu się oddając go właścicielowi. Oparła się na łokciu o blat baru, pilnym wzrokiem okalanym wachlarzem czarnych rzęs obserwując towarzysza dzisiejszego wieczoru. Chcianego czy też nie.