Do miejsc takich jak to nie zapraszało się dziennikarzy, chyba że tych "zaprzyjaźnionych", którym można zaufać, którzy mogą zrobić kilka zdjęć, jak się bogaci dobrze bawią, żeby potem Anglia miała z czego jeść. Ale to nie był wielki rejs, nawet nie był to rejs tylko czarodziei, dlatego żaden reportem zawołany nie został, a i żaden się jakoś bardziej nie zainteresował tematem. Tak się wydawało Laurentowi, może się mylił i William musiał się opędzać od ciekawych, co chcieli dostać bileciki na wejście. Właściwie to nawet miałoby sens. Will nie musiał niczego mówić, niektóre rzeczy potrafiły wyjść same, a jeszcze inne grzebało się w zaciszu własnych problemów, tak jak Philip chował swoje sekrety, jak Laurent nie miał ochoty się uzewnętrzniać. Ważne było to, że nikt im tutaj potajemnie zdjęć nie robił. Chyba. Bo niekiedy nawet nie potrzeba reportera, wystarczy ktoś, kto źle ci życzy i zrobi najmniej odpowiednie zdjęcia w najmniej odpowiedniej chwili. I tak jak lubił opiekuńczość Williama, tak wolał, żeby jednak nie stało się coś tak nieprzemyślanego, że nagle ich nazwiska zostaną zrujnowane przez odrobinę za dużo gestów. Przewrażliwienie? Kiedy widziało się, co socjeta potrafi zrobić Nobbyemu Leachowi to przestawało się już dziwić - zaczynało się uważać. Laurent już dostał po łapach za to, że udzielił wywiadu reporterowi, który niemądrze postanowił dla sensacji narazić swoją karierę. Prewett przy tym sądził, że nie miał szans zapisać się w żadnej historii. Nie był żadną wielką sławą, żeby miało to większy wydźwięk dla świata.
- Takiemu dżentelmenowi? Pozwoliłabym się porwać na tej miotle z kursem na Snowdonie. - Smoczy rezerwat był pięknym miejsce do latania - i niebezpiecznym przy okazji. Latanie było tam zabronione, bo przecież nigdy nie mogłeś być pewien, kiedy smok wzleci, albo obierze cię na cel. Coś, co ucieka, lepiej się goniło. O to w tym też chodziło, że dodawało dreszcz emocji, która była poszukiwana przez sporą ilość osób.
- Jest to prawda... ale tylko dlatego, że nieudany obraz można powiesić na ścianie pokoju, by nikt na niego nie spoglądał. Jak śpiewać można za drzwiami tego pokoju. Wystawienie tu obrazu jak i fałsz miałyby podobny skutek, nie sądzi pan? - William z chęcią podjął temat i nieco wyflexował umysł - a to nie było łatwe, kiedy było się już trochę podpitym. Laurent wiedział, że mężczyzna miał dokładnie taką samą wizję tego wydarzenia, co on sam teraz w swojej plastycznej głowie. Rzeczywiście - czy oczy, czy uszy - oba zmysły były wrażliwe i chciały szukać piękna, czasami wręcz doskonałości. Sztuka miała pochodzić z serca, a popełnianie błędów tylko dowodziło, jak bardzo się starasz i że chcesz się polepszyć. Rzeczywiście sam by nie zaśpiewał nie będąc pewnym (alkohol dodał mu animuszu), że nie podoła wyzwaniu. Gdyby miał fałszować... nie. Dlatego też nie był chętny do malowania. Bo przecież wyszłoby nieidealnie przed innymi, a nie miał takiej pewności siebie jak Philip, żeby nie zwracać uwagi na spojrzenia i komentarze innych. Z tego samego powodu stresowała go wizja występu tutaj.
Laurent skinął głową i stanął przy fortepianie, a sam William pokazał gestem Philipowi, żeby może zeszli i usiedli na stoliku obok, gdzie będzie lepszy widok. Nawet nie silił się o jakąś uwagę - nie miał wątpliwości, że kiedy rozpocznie się przedstawienie to uwaga sama zostanie złapana. Skinął głową Philipowi i chciał nawet odpowiedzieć, ale pierwsze nuty na klawiszach się rozpoczęły. Ckliwa, niemal łkająca melodia, która zaraz przeszła na spokojniejsze, tęskliwe tony. Rozmowy rzeczywiście ucichły, Laurent oparł się o fortepian tak, że nie spoglądał na zebranych tutaj czarodziejów. I zaczął śpiewać.
Never reaching the end
Letters I've written
Never meaning to send (..)
Jak bardzo syrenia jest selkie
Akcja nieudana
Sukces!