Bał się spoglądać na tych ludzi. Szczególnie kiedy sala zrobiła się taka cicha - po prostu się bał. Nie ufał sobie, nie ufał swojemu głosowi, ale wystarczyło ominąć niewygodny fakt, że ktoś na ciebie patrzy i skupić się na tym, co kochasz. To zadziwiające, ile drżenia potrafiło w człowieku wywołać wyczekiwanie na negatyw. Komuś się nie spodoba, ktoś pokaże palcem, ktoś wywróci oczami. Lecz przez niego przemawiała pasja. Miłość do śpiewania. Czasami kontrolowana mniej, czasami bardziej, bo chociaż w Hogwarcie uczył się, żeby przypadkiem nie uczynić komuś krzywdy własnym głosem, to kiedy pochłaniały człowieka uczucia za łatwo było się zapomnieć. Ofiarami takiego zapomnienia były już przynajmniej dwie osoby. Teraz ofiar nie było. Co najwyżej ofiary poruszenia, które być może potrafiły odnaleźć cząstkę siebie w piosence, a może potrafiły epatować z czyimś... nieszczęściem. Tak, ta piosenka miała dla niego znaczenie, ale przecież co nie miało znaczenia pośród wszystkiego, co wychodziło z jego ust? Ile rzeczy potrafiło być łopatologicznie prostych, skoro tyle rzeczy ujmował w metaforach i plótł tyle niedopowiedzeń? Świat był piękniejszy, kiedy ubierałeś go w kolorowy papier i wstążeczki, tak uważał. I był wystarczająco smutny, żeby dokładnie to robić.
Był zachwycony. Zachwycony tym, jaki zachwyt oddawały mu spojrzenia i pochwały, jakie mógł zgarnąć do swojego serca i którymi mógł nasycić uszy i błyszczące oczy. Właśnie tego chciał, właśnie tego pragnął. Niee, nie samych pochwał, chociaż one były niezwykle cenne - tych spojrzeń, które przeżywały pieśń razem z nim, tych poruszeń, tych błyszczących od emocji oczu, które spoglądały na niego, bo dzięki niemu mogły doświadczyć czegoś bajecznego.
Spał całkiem dobrze. Bardzo dobrze nawet, bo po alkoholu nie było żadnych problemów z zasypianiem - i dlatego ostatnio za często moczył w nim usta. Powstrzymywało go tylko to, że nadal musiał funkcjonować normalnie, że nie chciał nikogo martwić, a przecież nadal był tylko jednym sobą. Kac nie pomagał, kiedy potrzebowałeś mieć trzeźwą głowę. Wręcz przeciwnie - bardzo temu przeszkadzał. Tym nie mniej - zasnął szybko. Nawet przy tym, jak bardzo uważał z alkoholem, jak wolno go pił dla towarzystwa, krew seelkie buntowała się przeciwko procentom, które nijak nie łączyły się z dobrami Matki Wody, wśród których nawykły pływać. On teraz pływał tylko po meandrach ramion Morfeusza. Do czasu.
Nie zanotował dokładnie momentu, w którym zasnął, a tym bardziej chwili, w której zasnął wtulony w Philipa. Bardzo nieelegancko, bo nawet się nie przebrał, nie wziął prysznica - jak przyszedł, tak się położył i tak zamknęły się jego powieki. W pokoju było nieprzyjemnie ciemno, ciemność zaś docenił dopiero, kiedy rozbłysło światło z różdżki bolące w oczy. To jeszcze nie był moment kaca, ale też nie był moment, w którym całkowicie zszedł z niego alkohol. Nieprzytomnie mrużył teraz swoje oczy, jeszcze nie docierały do niego dźwięki z zewnątrz. Wydał z siebie dziwny pomruk, powoli analizując słowa Philipa. Tak, pamiętał, że ten go odprowadził i był mu w zasadzie wdzięczny - niby nie słaniał się na nogach, ale różnie to bywało z alkoholem. Potrafił uderzać w drażliwych momentach.
- Co się dzieje? - Zapytał mało inteligentnie, trochę nie ogarniając tego, że Philip przecież sam nie wiedział, skoro użył słowa "COŚ". Podciągnął się do góry na rękach, czując paskudne zmęczenie i przeciągnął. Te niepokojące dźwięki w końcu osiadły na jego ramionach. Dotarły do świadomości. Zamarł na łóżku, wsłuchując się w statek, który... wydawała z siebie dziwne odgłosy. Nawet pomijając to, że ewidentnie "coś" działo się na zewnątrz. Obmacał swoje kieszenie w poszukiwaniu różdżki i wyciągnął ją - jasną, misternie zdobioną, idealnie pasującą do właściciela.
Statek zajęczał w podejrzanym tonie, a serce Laurenta uderzyło mocniej w jego klatce piersiowej, zaczynając powoli pompować adrenalinę do krwioobiegu. Znał te dźwięki.
Słyszał je na Perle Morza.