Cisza.
Tylko ptaki ćwierkające wokół, szum drzew. Absolutna, zbawienna cisza. To uczucie było niemal hipnotyzujące. Nie potrafił mu się oprzeć. Nie chciał się nawet minimalnie ruszać, żeby dźwięk jego własnych kroków nie zagłuszył tego spokoju. Czy tego doświadczali ludzie, którzy umierali? Ramion tej ciszy, która odcinała cię od istnienia i wprawiała w pozór tkwienia w pustce? Podobało mu się to. Mimo niepokoju wywołanego nieprzyzwyczajeniem do takiego bezruchu wszechświata to im więcej chwil mijało tym bardziej się temu poddawał. Wyłączył się. Był tylko on, Cisza i Spokój.
Był też Crow, który wyłonił się z domu i jego kroki usłyszał dość szybko. Powoli wysunął się z tego błogosławionego świata, który nagle nie musiał być wywoływany żadnymi eliksirami, żadnymi zaklęciami wyciszającymi - i jeśli dla kogoś miałby teraz się z tego wyrwać to był to właśnie ten mężczyzna, któremu złożył pocałunek na ustach.
- Pieprzyć cię. Łokciem. - Przeskoczył parę słów w tym zdaniu i dało to bardzo ciekawy efekt. Wyciągnął jeden kącik ust w górę. - No wiesz? Nie mógłbym być w stosunku do ciebie agresywny. - Zabłyszczały mu oczy od tego dobrego humoru, który miał od samego rana. - Rzeczywiście. Stanowi to przeszkodę. - Przyznał, jakby stanowiło to bardzo istotną dla życia, mentalną zagwozdkę do rozwiązania zarówno pod kątem logistycznym, jak i społecznym. Ludzie w końcu nie tylko zachowywali się inaczej w zależności od osób, wśród których przebywali, ale również od miejsca. Zupełnie inna atmosfera panowałaby w sypialni niż panowała tu. - To zaraz do niego wrócę. Zaraz. Postójmy tu jeszcze chwilę. - Objął go ramieniem i skierował wzrok znowu przed siebie. Nie patrzył na nic konkretnego, nie wypatrywał ptaków, bo nie chciał ich widzieć. Chciał widzieć te jednostajne drzewa, które w jego umyśle zlewały się w jedną plamę brązów i zieleni. Nie było tu nadmiaru kolorów, nie było różnych kształtów, rośliny różniły się od siebie wzajem, ale jednocześnie on sam miał problemy z ich odróżnieniem. Najwyraźniej nie zawsze wszystko musiało działać w głowie dobrze, nawet jego własnej, za co był w tym momencie cholernie wdzięczny. Po prostu stał. Po prostu spoglądał, a chociaż nie miał pustego spojrzenia to jednocześnie jakby spoglądał w prawdziwą pustkę, w której wszystko mogło zaginąć. Miał to spojrzenie człowieka, który mógł teraz wypowiedzieć sławetne chwilo trwaj, jesteś piękna, nawet jeśli kosztowałoby to jego duszę.