Nigdy nie miał wielu osób, które trzymał blisko siebie. Właściwie prawie nikogo nie trzymał blisko. Nawet osoby, którym bardziej ufał, żeby powierzyć im kilka swoich tajemnic, nie stały zawsze przy nim. Trzymanie się na odległość nie była nawet do końca wyborem, ale nie była też przymusem. Była naturalna. Zawsze miał problemy wtopić się w otoczenie będąc tak całkiem sobą, bo będą całkiem sobą stawał się dla większości dziwny. Z biegiem lat to się tylko pogłębiało. Nie wiązał z tym żadnych odczuć, jego stosunek był ambiwalentny. Victorii ufał tak, jak mógł ufać koleżance z pracy. Była sumienna, była wykształcona, znała się na tym, co robiła i posiadała w sobie dokładność, o którą sam nie chciał być posądzany. Może nie połączyły ich jeszcze chwile wywracające tę ziemię do góry nogami, ale ten napływ ciepła i pewności, że gdziekolwiek by nie poszedł to ona byłaby przy nim i chroniłaby go był pokrzepiający. Gdyby ze mną była w Belfaście nie wydarzyłoby się... Zatrzymał się przed kończeniem własnego zdania w myślach, bo wolał nie zaglądać z powrotem na obrazy, które poruszane potrafił go skutecznie zdjąć z planszy. A teraz potrzebował się na tej planszy trzymać.
- ... zaatakowały. Jeśli przeżył... - Tak, co robią żywe trupy z żyjącymi? Wiele złych rzeczy. Jedyne, o co mogłeś się modlić w takich chwilach to o to, żeby nie powstać jako jeden z nich, co miewało różne skutki. Bogini Matka pozostawała zazwyczaj głucha na takie modlitwy. Mogli kontynuować historyjkę i wysnuć jej przedziwne mankamenty na drodze czystego domysłu. Nadal to była tylko bajka, na ile pokrywała się z prawdą? Bo to, że panowała tutaj aż taka cisza, mimo wzbudzania niepokoju, mimo poczucia nienaturalności, wcale nie była dziwna. Przecież była noc. Wszyscy spali, równie dobrze kobieta w recepcji mogła się kolibnąć na tapczanie na drzemkę. - Co zrobisz... - Odetchnął na tę wymianę zdań, pomasował kark i cofnął się od drzwi. Skoro polecenie z góry to polecenie z góry, ale to miejsce przestało go interesować dopiero w momencie, w którym znów ich dłonie się zetknęły. Cain się nie powstrzymywał - złapał Victorię za tę dłoń i pociągnął ją, żeby ją zatrzymać, obrócić ku sobie.
Tylko zabrakło mu słów. Zawsze brakowało mu słów, nagle jego głowa pustoszała, kiedy nie mógł przestać podziwiać piękna, jakie miał przed sobą i dreszczu pragnienia, który się w nim pojawił. Puścił jej zimną dłoń tylko po to, żeby unieść swoją do jej policzka, obserwując jej reakcje. To było całkiem ogłupiające... ale przecież nie mógł poczuć tego sam, prawda? To na pewno było tam zawsze, po prostu tego nie zauważał. Myślał o tym, że może jej ufać tak jak innym? Nonsens. Mógł jej powierzyć wszystko. Włącznie ze swoim życiem. Takie osoby po prostu nie mogły zdradzić. Miała oczy anioła - Amora, który wyleciał z francuskich ogrodów, by nieść na swoich skrzydłach płatki lawendy, a z dłoni sypać róże z Rozarium w L'Hay.
- Chyba nigdy ci nie powiedziałem, jak piękną kobietą jesteś. - To był bardzo prosty, zbyt płytki komplement, ale był bardzo szczery. Z głębi serca.