07.04.2024, 16:23 ✶
Tak, te niebieskie oczy miały barwę, w której można było utonąć, aczkolwiek instynkt łowcy, przezorność, w której zostałem wychowany, a przede wszystkim doświadczenia związane z tym człowiekiem, nie pozwalały mi tonąć. Wręcz przeciwnie - uważnie go obserwowałem, jak gdyby za chwilę mógł przeistoczyć się w prawdziwą bestię. Zdecydowanie nie w słodką foczkę, ale pazurzastego morskiego drapieżnika, który swoimi zębami potrafiłby rozerwać skórę, aortę, cokolwiek by mu się wymarzyło. A jakby nie patrzeć, był również bogatym młodzieńcem, wychowanym wśród purpur... A dokładnie tacy byli najgorsi. Myśleli, że wszystko im wolno. Byli najgorszymi drapieżnikami z najgorszych. To w Laurencie, w moim mniemaniu, się kumulowało. Miałem go za najgorszą mendę, którą gościły te ściany. Już przyszli kochankowie Geraldine to będą malutkie kociaki w porównaniu z... TYM?
Byłem zniesmaczony tym towarzystwem, zniechęcony do jakiejkolwiek rozmowy, ale kiedy oczy Laurenta, te niebieskie, nawet ładne, ale w tej chwili znienawidzone oczy Laurenta, rozszerzyły się, to już wiedziałem, że on wiedział, a przynajmniej czuł. Zmieszałem się zauważalnie, bo nie potrafiłem w pełni kontrolować swoich myśli i emocji z wiązanych ze swoją śmiercią. Gorzej, bo nie zamierzałem się tą niepewnością, nieporadnością, a przede wszystkim przypadłością dzielić z NIM. Ale stało się...
Zamierzałem zawalczyć o to by nasza bezsensowna dyskusja, przyćmiła wszelkie fakty. Cofnąłem się sam o krok i niedbale oparłem o ścianę, jak gdyby kompletnie nic nie miało miejsca. A miało. Jego dłoń była ciepła. Żywa. On był żywym człowiekiem. Może półselkie, ale żył. Ja byłem martwy. Wszystko we mnie było martwe. Szczególnie bycie wampirem. Kto tu więc był większą bestią w hierarchii bestii? Półczłowiek i żywy trup?
- Jeśli mogę doradzić, zachęcam częstsze opuszczanie złotej wieży i przy okazji patrzenie nieco dalej niż czubek pańskiego nosa - odparłem dumnie, po czym odbiłem się od ściany, gdyż musiałem udawać, grać, że wszystko było ze mną w jak najlepszym porządku. A ludzie się kręcili, przechodzili z miejsca na miejsce, oddychali, jedli, pili. Co te pierwsze wciąż miałem w nawyku, to ze spożywaniem ludzkiego jedzenia już niekoniecznie, więc właśnie z salonu ruszyłem do kuchni, mijając niby to blisko, ale z lekkim oddaleniem Laurenta. Blisko by nie sądził, że stronię od dotyku, ale wciąż w metrowym oddaleniu by przypadkiem się o niego nie otrzeć. Miałem długie nogi, więc nie trwało to długo.
- Tak. I nie. Co prawda pewna mątwa straciła tamtego dnia życie, ale wciąż nie była powodem, przez który... - zacząłem, na chwilę tracąc z oczu Laurenta. Wstawiłem wodę, a zaraz wyjąłem z szafki dwie szklanki. Nie zamierzałem bawić się w porcelany, wielobarwne filiżanki. Zaraz jednak odwróciłem się by ujrzeć jego reakcję. Coś z pewnością ukrywał. - Wszedłem tamtego dnia do wody. Coś panu o tym wiadomo, panie Prewett? - zapytałem, opierając się tym razem o blat i patrząc na niego. Nieco z góry. Tylko nieco, bo sam był wysoki. Niestety. Przy tej mojej pozycji, byliśmy niemal równi. I na dobrą sprawę, nie dałem mu czasu na odpowiedzenie. Przeszedłem do kolejnego ataku, byleby nie miał czasu i głowy do myślenia o moim dotyku.
- Cóż, Geraldine nie ma. Pewnie niebawem wróci, więc w międzyczasie przyda się panu coś na zwilżenie ust... Mamy bowiem do pogadania. Kawa czy herbata? Mogę zaserwować również coś mocniejszego... - zaproponowałem, wcale nie zmieniając pozy na przyjaźniejszą, choć przy wspomnieniu procentów nieznacznie się rozpogodziłem. Bardziej pobłażliwie, jakbym miał do czynienia z kimś zdecydowanie młodszym czy też mniej doświadczonym ode mnie. Bezsensownie, bo nie miałem podstaw do podobnych osądów, mimo wszystko jednak dodało mi to odwagi.
Byłem zniesmaczony tym towarzystwem, zniechęcony do jakiejkolwiek rozmowy, ale kiedy oczy Laurenta, te niebieskie, nawet ładne, ale w tej chwili znienawidzone oczy Laurenta, rozszerzyły się, to już wiedziałem, że on wiedział, a przynajmniej czuł. Zmieszałem się zauważalnie, bo nie potrafiłem w pełni kontrolować swoich myśli i emocji z wiązanych ze swoją śmiercią. Gorzej, bo nie zamierzałem się tą niepewnością, nieporadnością, a przede wszystkim przypadłością dzielić z NIM. Ale stało się...
Zamierzałem zawalczyć o to by nasza bezsensowna dyskusja, przyćmiła wszelkie fakty. Cofnąłem się sam o krok i niedbale oparłem o ścianę, jak gdyby kompletnie nic nie miało miejsca. A miało. Jego dłoń była ciepła. Żywa. On był żywym człowiekiem. Może półselkie, ale żył. Ja byłem martwy. Wszystko we mnie było martwe. Szczególnie bycie wampirem. Kto tu więc był większą bestią w hierarchii bestii? Półczłowiek i żywy trup?
- Jeśli mogę doradzić, zachęcam częstsze opuszczanie złotej wieży i przy okazji patrzenie nieco dalej niż czubek pańskiego nosa - odparłem dumnie, po czym odbiłem się od ściany, gdyż musiałem udawać, grać, że wszystko było ze mną w jak najlepszym porządku. A ludzie się kręcili, przechodzili z miejsca na miejsce, oddychali, jedli, pili. Co te pierwsze wciąż miałem w nawyku, to ze spożywaniem ludzkiego jedzenia już niekoniecznie, więc właśnie z salonu ruszyłem do kuchni, mijając niby to blisko, ale z lekkim oddaleniem Laurenta. Blisko by nie sądził, że stronię od dotyku, ale wciąż w metrowym oddaleniu by przypadkiem się o niego nie otrzeć. Miałem długie nogi, więc nie trwało to długo.
- Tak. I nie. Co prawda pewna mątwa straciła tamtego dnia życie, ale wciąż nie była powodem, przez który... - zacząłem, na chwilę tracąc z oczu Laurenta. Wstawiłem wodę, a zaraz wyjąłem z szafki dwie szklanki. Nie zamierzałem bawić się w porcelany, wielobarwne filiżanki. Zaraz jednak odwróciłem się by ujrzeć jego reakcję. Coś z pewnością ukrywał. - Wszedłem tamtego dnia do wody. Coś panu o tym wiadomo, panie Prewett? - zapytałem, opierając się tym razem o blat i patrząc na niego. Nieco z góry. Tylko nieco, bo sam był wysoki. Niestety. Przy tej mojej pozycji, byliśmy niemal równi. I na dobrą sprawę, nie dałem mu czasu na odpowiedzenie. Przeszedłem do kolejnego ataku, byleby nie miał czasu i głowy do myślenia o moim dotyku.
- Cóż, Geraldine nie ma. Pewnie niebawem wróci, więc w międzyczasie przyda się panu coś na zwilżenie ust... Mamy bowiem do pogadania. Kawa czy herbata? Mogę zaserwować również coś mocniejszego... - zaproponowałem, wcale nie zmieniając pozy na przyjaźniejszą, choć przy wspomnieniu procentów nieznacznie się rozpogodziłem. Bardziej pobłażliwie, jakbym miał do czynienia z kimś zdecydowanie młodszym czy też mniej doświadczonym ode mnie. Bezsensownie, bo nie miałem podstaw do podobnych osądów, mimo wszystko jednak dodało mi to odwagi.