Wystarczyło się przemienić, wejść do wody i zamieniał się w stworzenie, które rzeczywiście mogłoby skrzywdzić człowieka. Czarodzieja. Zbyt skutecznie, zbyt szybko, zamykając go w omamach nucenia, w innych świecie, żeby ostre jak brzytwy zęby, z których użytku nie robił, stały się bronią. Coś, o czym nigdy w życiu nie pomyślał, bo dlaczego miałby kogokolwiek celowo krzywdzić? Pomyślał za to o tym nieznajomy, którego skóra była zbyt zimna. Który wyglądał jak trup, dopiero teraz zwrócił na to uwagę, kiedy mu się przypatrywał. Nie było w nim niczego naturalnego, a był pewien, że jeszcze pół roku temu... chyba ponad pół roku..? nie był ani taki zimny, ani taki trupioblady. Trup. Wampir? Ghul? Czy naprawdę był więc bratem Geraldine, czy może był nim wcześniej, a teraz czaił się tutaj, żeby zrobić jej krzywdę? Wampiry i ghule nie musiały się ponoć różnić od ludzi... ale kto poznał któregoś z nich na tyle, kto przeżył, żeby opowiedzieć dalej historię? Victoria. Ona znała jednego wampira i miała za niego wyjść. Historia, która nie miała tragicznego końca, ale miała bardzo niełatwy środek.
Astaroth się cofnął, a ręka Laurenta pozostała jeszcze w powietrzu, bardzo wolno opadając. Uważał na każdy ruch, bo gonitwa myśli nie pozwalał skwalifikować tego mężczyzny do żadnych norm zachowań. Powinien się w ogóle inaczej zachowywać? Coś zmienić, może odwrócić się do drzwi i po prostu uciekać, dopóki były tak blisko? Nic bardziej nie pobudzało instynktu drapieżnika niż gonitwa. Drapieżnika. W takiej kategorii o nim pomyślał i sam się zganił za tę myśl. To nadal człowiek. Starał się poprawić samego siebie. Człowiek, którego spotkało coś strasznego.
- Takie porady może mówić ktoś, kto krótkowzrocznie nie szufladkuje ludzi przy pierwszym spotkaniu. - Starał się, żeby jego głos nie zadrżał. Starał się też, żeby jego dłoń nie zadrżała, która ciągle czuła ten chłód i którą teraz nakrył drugą ręką. Astaroth się odwrócił od niego, znowu pokazując to samo - że nie uważał go za zagrożenie. Że czuł się tu dobrze, pewnie, a jego postawa nie zostanie wzruszona tylko dlatego, że coś mogło zostać odkryte. Laurent zerknął w kierunku drzwi zastanawiając się, czy naprawdę nie powinien wyjść. A potem znowu spojrzał na Astarotha. Może to tylko... obrona. Przekonywał samego siebie, bo przecież starał się zawsze szukać dobra w każdym i nigdy dotąd nie było tak, żeby odmówił komuś szansy. Czasem wręcz dawał ich za dużo.
Ostrożnymi krokami skierował się do miejsca, w którym zniknął wampir. Wolał mieć na niego oko - taki syndrom pająka. Możesz się go bać, ale póki masz go w polu widzenia to przynajmniej wiesz, co się dzieje. Gdy znika... cóż, kiedy znikał to dopiero robiło się nieprzyjemnie.
- Wiem. - Nie było sensu tego przecież ukrywać. To jest - był sens, mógł go okłamywać, tylko po co? Powstrzymał chęć zaciśnięcia dłoni na różdżce. - To był wypadek. Chciałem tylko pośpiewać. - Gdyby naprawdę chciał go utopić, to naprawdę wyciąganie go z wody byłoby największa głupotą. Zdawał sobie jednak sprawę, że ludzie rzadko bywali prości, a takie sytuacje - z rzadka bywały zero jedynkowe. Nadal miał duże oczy, widać było, że waży każdy ruch i każde słowo. - Herbata. Chyba zdaje pan sobie sprawę z tego, że selkie źle znoszą alkohol. - A żywe trupy?