Ger nigdy w życiu by się z nim nie zgodziła, ona tylko wysyłała mu materiały, wszystko, co tworzył było tylko i wyłącznie jego zasługą, jego cudownych pomysłów, i wprawnych dłoni, ona tak naprawdę prawie nic nie robiła. Dostarczała mu po prostu to, co udało jej się upolować, to on był tutaj twórcą, artystą, głównym prowodyrem swojego własnego sukcesu.
Ta zupełnie przypadkowa znajomość, szybka decyzja o tym, że wejdzie do pracowni, że zagada, przyniosła ze sobą sporo korzyści. Nie musiała się martwić o to, że nie będzie miała, co zrobić z materiałami, że zmarnuje się chociażby gram tego, co udało jej się upolować, bo Rowle potrafił stworzyć coś z niczego. Do tego udało jej spotkać kogoś niesamowitego, przynajmniej w jej oczach Esmé był nietuzinkowy, miał w sobie coś ponadprzeciętnego. To w jaki sposób z nią rozmawiał, jego podejście do pewnych spraw naprawdę ją zachwycało. Docierało do niej w tej chwili, że naprawdę go lubi, może już nie było to zwyczajne lubienie tylko coś ponad. Chyba się w nim zakochała. Zdecydowanie nie powinna, bo przecież mogło im to skomplikować relacje, mogło namieszać w tym, co udało im się stworzyć przez te kilka miesięcy, a jak do tej pory współpraca przecież przebiegała idealnie. Co jeśli tym swoim zakochaniem wszystko popsuje? Bardzo, ale to bardzo nie chciała tego zrobić. Nie potrafiła jednak nad tym zapanować, to uczucie przesłoniło jej jakiekolwiek racjonalne myśli, tak bardzo, ale to bardzo chciała go dotknąć, poczuć pod palcami jego skórę...
- Skoro tak mówisz, to pewnie tak jest. - Nie uważała, żeby blizny dodawały uroku, były raczej śladem, przypomnieniem o tym, co się wydarzyło, skazą na idealnej skórze, mimo wszystko nic z tym nie zrobiła. Skłamałaby gdyby powiedziała, że bardzo jej one przeszkadzają. Nigdy nie była typową, delikatną dziewczyną, blizny tylko potwierdzały to, że jest inna. Jej wygląd od zawsze wzbudzał kontrowersje, wszak niewiele było kobiet, które mogłyby dorównać jej wzrostem, zresztą nie tylko kobiet, mężczyźni również często byli od niej dużo niżsi. Kiedyś uważała to za swoją wadę, teraz jednak czuła się dzięki temu wyjątkowa. Dorosła do tego, żeby pokochać te niedoskonałości, pogodzić się z tym, że nie miała na to wpływu. - Po raz kolejny w punkt, nie wiem, jak ty to robisz, że zawsze trafiasz w sedno. - Spoglądała na mężczyznę jak zaczarowana. Wydawał jej się być jeszcze bardziej interesujący, naprawdę wzbudzał w niej ogromną fascynację. Szkoda, że poznali się tak późno, bo wiele straciła, może byłoby jej łatwiej, gdyby poznała go wcześniej, może pomógłby jej się ogarnąć, kiedy tego potrzebowała, skoro znał odpowiedzi na każde pytanie, może dzięki niemu nie odbijałaby się teraz od dna? Właściwie dobrze, że wiedział o niej tak niewiele, bo jeszcze przestałby ją traktować poważnie. Niby potrafiła sobie radzić z potworami, a nie dawała rady z tym największym, który mieszkał w niej i zżerał ją od środka.
- Bywa, ale bardzo często jest zupełnie przeciwnie, z czasem przestajesz mieć jakiekolwiek oczekiwanie, kiedy zbyt wiele razy dostaniesz po dupie. Wtedy bezpieczniej jest po prostu się na nic nie nastawiać, pozwolić losowi zadecydować, jeśli przyniesie coś pięknego, to masz szczęście, jeśli nie, to trudno, bo nie miałeś oczekiwań. - Tak, lubiła ryzykować, ale w tym przypadku najwyraźniej zbyt wiele razy się sparzyła, żeby robić to ponownie. - To nie tak, że nie podnosisz rękawicy, bo to robisz, tylko nie zakładasz zwycięstwa. - Nie poddawała się oczywiście, nigdy, jednak z upływem lat trochę zmieniła swoje nastawienie do życia, bo czas pokazywał, że to poprzednie nie miało sensu. Stała się zwyczajną realistką, może to też był błąd? Może nie powinna się zmieniać przez te kilka niepowodzeń. - bo to nie do końca w moim stylu, świat mnie tak nakierował i trochę zmieniłam swoje podejście. - Sięgnęła po butelkę z piwem i upiła z niej spory łyk. Nie spodziewała się, że znowu będą dyskutowali na takie filozoficzne tematy, które pewnie znowu do niej wrócą, kiedy położy się do łóżka i będzie próbowała zasnąć. Sen nie przyjdzie, a Geraldine będzie szukała sensu swojego życia.
Ubrania były pewną kreacją. Wystarczyło bowiem ubrać sukienkę, czy spódnicę, a ludzie patrzyli na nią z mniejszą odrazą, kiedy chodziła w skórach to raczej odwracali wzrok, unikali kontaktu, bo wyglądała na odmieńca. Sukienki sprawiały, że wzbudzała zaufanie, że była kimś innym. Yaxley rzadko kiedy po nie sięgała, jednak potrafiła zaskoczyć, szczególnie na spędach czystokrwistych, gdzie musiała godnie reprezentować swoją rodzinę. Robiła to, mimo, że średnio za tym przepadała, bo nie znosiła tej pompatyczności i sztuczności, ale wiedziała, że jest to jej obowiązek. Czasami, sama dla siebie wybierała nieco inne opcje, tak jak dzisiaj. Kiedy chciała być po prostu zwyczajną dziewczyną na wczasach, w towarzystwie tego uroczego młodzieńca, jakby była zupełnie normalna.
Zawstydził ją, znowu. Może niepotrzebnie wtedy to palnęła, nie sądziła, że zapamięta tę głupią wstawkę, oblała się rumieńcem, po raz pierwszy tego dnia. - Wolałabym chyba nie sięgać po takie drastyczne środki. - Nie mogła pozostawić tego bez komentarza, chociaż nie był to dla niej szczególnie wygodny temat, szczególnie, kiedy czuła te motyle w brzuchu, a on wspomniał o jej braku bielizny, bo oczywiście nie miała jej na sobie i dzisiaj. Policzki zaczęły ją piec, na pewno przybrały różany kolor, co najgorsze zdawała sobie z tego sprawę. Nie uciekała jednak wzrokiem, chociaż było jej głupio, ale sama sprowokowała ten temat przy ich pierwszym spotkaniu. Nawet nie miała mu tego za złe, po przecież ta jego bezczelność strasznie się jej podobała, bo mało kto pozwalał sobie na takie komentarze w jej towarzystwie, a on rzucał je ciągle, jakby nigdy nic. Bez mniejszego zawahania, był niesamowity.
- To nie tak, że chciałabym cię zabić, przecież to tylko jedna, nic nie znacząca fajka. - Gdyby chciała doprowadzić do jego śmierci, na pewno sięgnęłaby po inne metody. Zrobiłaby to szybciej, po co czekać, zresztą nie będąc pewnym tego, czy ta jedna fajka przyniesie jakikolwiek efekt. Panna Yaxley znała lepsze metody na odbieranie życia, skuteczniejsze. Tyle, że jej celem raczej nigdy nie byli ludzie, chociaż mogło się to zmienić, gdyby tylko nadarzyła się okazja. Jednak Rowle na pewno nie stałby się jej celem, po co miałaby mu odbierać życie? Szczególnie teraz, kiedy uświadomiła sobie, że się w nim zakochała.
Przytrzymał sobie tego papierosa, którego wsadziła mu w usta, wyglądał przy tym tak idealnie. Dlaczego nie zauważyła tego wcześniej? Może specjalnie nie dawała tym myślom dojść do głosu, żeby nie popsuć tego, co stworzyli. Zmieniło się to nad tym jeziorem, bo nie znajdowali się już w miejscu pracy, a byli od tego z dala. Może zmiana otoczenia otworzyła jej oczy? Może dopiero teraz zauważyła to, co wykluwało się w niej przez te kilka miesięcy. Nie mogła przestać na niego patrzeć, nie chciała odrywać wzroku, cieszyła się tym widokiem. Ani drgnęła, nadal była nad nim zawieszona, nadal nie wiedziała, co powinna zrobić, bo co jeśli to wszystko popsuje, jeśli on w ten sposób na nią nie patrzył, jeśli ją wyśmieje? Reakcje mogły być różne, tego była pewna, a nie chciała znowu poczuć rozczarowania, nie znosiła tego uczucia.
W pewnej chwili kaletnik się do niej zbliżył. Poczuła, że serce bije jej szybciej, bo właściwie jeszcze nigdy nie znajdowali się tak blisko siebie, wstrzymała na moment oddech, jakby nie do końca wiedziała, co się zaraz wydarzy, nie pocałował jej jednak, a szkoda, bo w tej chwili chyba tego chciała najbardziej, odezwał się jednak. To nieco wybiło ją z pantałyku.
Co? Sama nie wiedziała co, jak miała mu to wytłumaczyć, w jaki sposób nie zrobić z siebie w tej chwili idiotki, nie wyjść na kolejną głupią dziewczynę, która zakochiwała się w praktycznie nieznanym mężczyźnie. Z drugiej strony, czy miłość właśnie na tym nie polegała, po prostu w pewnej chwili cię odcinało i czułeś, że coś się zmieniło, przecież dokładnie to wydarzyło się przed chwilą, czuła, że w nią to uderzyło, całe jej ciało jej o tym mówiło.
- Nie, nie masz. - Odsunął się od niej, był to moment, w którym się wyprostowała, sięgnęła też po raz kolejny po piwo, żeby zwilżyć suche usta. Serce zabiło jej szybciej, gdy usłyszała jego kolejne stwierdzenie, uciekła wzrokiem, bo przecież te słowa domagały się wyjaśnienia, musiała się z nim skonfrontować, jednak nie do końca wiedziała, czy tego chciała, ale Yaxley przecież nie uciekała przed niewygodnymi pytaniami, nie miała problemu z tym, żeby przyznawać się do tego, co czuła, co myślała, ponownie więc na niego spojrzała, zastanawiała się chwilę, nim udzieliła odpowiedzi. - Może chciałam. - Nie odpowiedziała jednoznacznie, oczy jej jednak błyszczały, pojawiła się w nich iskra, i brzmiała nad wyraz poważnie, jakby faktycznie była z nim szczera, przyglądała mu się bardzo uważne, chciała zobaczyć jego reakcję na to, że faktycznie się do tego przyznała. Czekała, sama nie wiedziała na co czekała, na śmiech? Na pewno ją wyśmieje, wtedy zamknie się w sobie, a ten wypad zakończy się bardzo niezręcznie, bardzo, ale to bardzo nie chciała, żeby to skończyło się w ten sposób. Może nie powinna była o tym mówić, no ale powiedziała, czas zmierzyć się z konsekwencjami tych myśli, tych słów.
- Dziwne, ale trudno jest mi o tym mówić wprost. - Po raz kolejny się zarumieniła, czuła się jakby miała znowu szesnaście lat i nie do końca potrafiła odnaleźć się w tym, co czuła. Bała się odrzucenia, cholernie się go bała, szczególnie po tych wszystkich ostatnich wydarzeniach w swoim życiu. Lękała się też tego, że może to wszystko popsuć, ale już nie było odwrotu, bo czuła, bo przecież próbowała mu pokazać, że coś się zmieniło, przynajmniej z jej strony. - Nie chcę brać, nie będąc pewna, czy masz na to ochotę. - Powiedziała zupełnie szczerze, bo wolała się dowiedzieć na czym stoi, na co może liczyć. Nie lubiła przekraczać granic innych osób, przynajmniej tych fizycznych, dlatego właśnie się powstrzymała, chociaż było tak blisko, przecież jeszcze chwilę temu znajdowali się tak niedaleko siebie. Dystans nieco zmniejszył jej zapał, jednak myślała o tym, co by było, gdyby ich usta się zetknęły, czy motyle zaczęłyby jeszcze mocniej poruszać swoimi skrzydełkami? Dawno nie czuła tego dziwnego uczucia. Myślała, że szybko się to nie powtórzy, ale teraz, kiedy siedział przed nią Esmé zmieniła zdanie, może faktycznie nadal potrafiła kochać?
Zmiana tematu nieco wybiła ją z rytmu, sięgnęła po papierosa, bo trochę się zestresowała całą sytuacją, a swojego przecież przed chwilą oddała mężczyźnie. Zapaliła szluga i wsadziła go sobie do ust, zaciągnęła się dymem, przyjemnie drapał ją w gardło. Uspokajała się powoli, nikotyna przynosiła oczekiwany efekt. - Myślę, że mogą żyć, może trytony, jest chyba zbyt płytkie na kelpie, ale trytony pewnie mają gdzieś tutaj swoje gniazdo. - Yaxley w przeciwieństwie do niego nie spoglądała na taflę jeziora, nadal patrzyła na Esmé i nie mogła oderwać od niego wzroku.