16.12.2022, 02:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2022, 02:04 przez Mackenzie Greengrass.)
Po prawdzie naprawdę mało brakowało, aby – wprawdzie nie z krzykiem, a z myślą „olbrzym!” – Mackenzie się aportowała. Powstrzymała ją tylko myśl o cennej miotle, na której zdołała zagrać zaledwie jeden mecz – i którą kupiła skandalicznie krótko po poprzedniej, kupionej kiedy dołączyła do Srok.
Regina nie musiała jednak tego wiedzieć, a chociaż jej wygląd wywarł na Green mało przyjemne wrażenie i sprawił, że ta miała się na baczności, to dziewczyna nie przejawiała też tendencji do wpadania w nadmierną panikę.
- Jednego? – zdziwiła się szczerze, i po prawdzie dopiero kiedy Rowle wspomniała o „pół wieku” skojarzyła, że chodziło właśnie o Grindelwalda. Bo jej pierwszą myślą był… - Slytherin chciał tego już tysiąc lat temu. Ta sama historia – powiedziała, w lakoniczny sposób podsumowując swoje myśli, znacznie dłuższe.
Że to wciąż ta sama historia. Że to nie był jeden czarodziej, nie dwóch, nie dziesięciu.
Zawsze byli jacyś czarodzieje, którzy bardzo nie lubili mugoli, i którzy byli dumni z tego, że ich dziadkowie, pradziadkowie i prapra… byli czarodziejami. Zawsze tacy będą. Teraz i tak wszystko było bardziej… umiarkowane. Jeżeli coś ją dziwiło, to chyba tylko to, że minęło całe pół wieku.
Zawahała się ledwo zauważalnie, nim odwzajemniła powitanie. Jeśli Regina wyciągnęła rękę, to ją uścisnęła, choć dość ostrożnie, pełna obaw, czy jej dłoń nie zostanie zmiażdżona. (Gdyby była przed meczem, pewnie popisałaby się brakiem choć podstaw taktu i udawała, że żadnych gestów nie zauważyła.)
- Mackenzie – przedstawiła się krótko. – Botanik… Już prędzej – przyznała, bo do pewnego stopnia była to prawda. Nie pracowała jako taki zawodowo, ale rośliny zawsze ją interesowały, jej wiedza na ten temat była nieco wyższa niż przeciętnego czarodzieja i umiała hodować zioła. Ot, krew Greengrassów. Mogli się jej wypierać, ale pewne rzeczy po nich odziedziczyła. Mimo wszystko. – W pobliżu jest stadion quidditcha. Byłam wczoraj na meczu Anglia - Norwegia. Dziś pomyślałam, że zwiedzę okolicę – wyjaśniła na wszelki wypadek, bo jeszcze zaraz zostanie oskarżona o jakieś niecne zamiary. Ot cała tajemnica, stadionów było stosunkowo niewiele, część z nich likwidowano po meczach, a ten umieszczono w pobliżu rezerwatu, bo sam rezerwat był już chroniony przed mugolami, więc dało się załatwić dwa w jednym… – A są tu jakieś ciekawe rośliny? – spytała jeszcze, marszcząc brwi, bo jeśli interesowało ją coś poza miotłami, to rośliny właśnie. – Przepraszam. Sama sprawdzę – zreflektowała się zaraz, uświadamiając sobie, że Rowle przecież ledwo co powiedziała, że na magibotanice zupełnie się nie zna. - I od tego chyba są. Łapania ekstremistów. Podobno aurorzy mają się tym zająć - mruknęła, unosząc gazetę i wskazując odpowiedni ustęp.
Była w tym naiwna, ale nie miała jeszcze pojęcia, kim jest Voldemort.
Regina nie musiała jednak tego wiedzieć, a chociaż jej wygląd wywarł na Green mało przyjemne wrażenie i sprawił, że ta miała się na baczności, to dziewczyna nie przejawiała też tendencji do wpadania w nadmierną panikę.
- Jednego? – zdziwiła się szczerze, i po prawdzie dopiero kiedy Rowle wspomniała o „pół wieku” skojarzyła, że chodziło właśnie o Grindelwalda. Bo jej pierwszą myślą był… - Slytherin chciał tego już tysiąc lat temu. Ta sama historia – powiedziała, w lakoniczny sposób podsumowując swoje myśli, znacznie dłuższe.
Że to wciąż ta sama historia. Że to nie był jeden czarodziej, nie dwóch, nie dziesięciu.
Zawsze byli jacyś czarodzieje, którzy bardzo nie lubili mugoli, i którzy byli dumni z tego, że ich dziadkowie, pradziadkowie i prapra… byli czarodziejami. Zawsze tacy będą. Teraz i tak wszystko było bardziej… umiarkowane. Jeżeli coś ją dziwiło, to chyba tylko to, że minęło całe pół wieku.
Zawahała się ledwo zauważalnie, nim odwzajemniła powitanie. Jeśli Regina wyciągnęła rękę, to ją uścisnęła, choć dość ostrożnie, pełna obaw, czy jej dłoń nie zostanie zmiażdżona. (Gdyby była przed meczem, pewnie popisałaby się brakiem choć podstaw taktu i udawała, że żadnych gestów nie zauważyła.)
- Mackenzie – przedstawiła się krótko. – Botanik… Już prędzej – przyznała, bo do pewnego stopnia była to prawda. Nie pracowała jako taki zawodowo, ale rośliny zawsze ją interesowały, jej wiedza na ten temat była nieco wyższa niż przeciętnego czarodzieja i umiała hodować zioła. Ot, krew Greengrassów. Mogli się jej wypierać, ale pewne rzeczy po nich odziedziczyła. Mimo wszystko. – W pobliżu jest stadion quidditcha. Byłam wczoraj na meczu Anglia - Norwegia. Dziś pomyślałam, że zwiedzę okolicę – wyjaśniła na wszelki wypadek, bo jeszcze zaraz zostanie oskarżona o jakieś niecne zamiary. Ot cała tajemnica, stadionów było stosunkowo niewiele, część z nich likwidowano po meczach, a ten umieszczono w pobliżu rezerwatu, bo sam rezerwat był już chroniony przed mugolami, więc dało się załatwić dwa w jednym… – A są tu jakieś ciekawe rośliny? – spytała jeszcze, marszcząc brwi, bo jeśli interesowało ją coś poza miotłami, to rośliny właśnie. – Przepraszam. Sama sprawdzę – zreflektowała się zaraz, uświadamiając sobie, że Rowle przecież ledwo co powiedziała, że na magibotanice zupełnie się nie zna. - I od tego chyba są. Łapania ekstremistów. Podobno aurorzy mają się tym zająć - mruknęła, unosząc gazetę i wskazując odpowiedni ustęp.
Była w tym naiwna, ale nie miała jeszcze pojęcia, kim jest Voldemort.