08.04.2024, 00:47 ✶
Czy to zabrzmiałoby dramatycznie gdyby powiedział, że wolałby zdechnąć niż być niepełnosprawnym? Nawet gdyby wszyscy ludzie, których kochał z całego serca mieli nad nim wisieć i mu pomagać, to prawdopodobnie i tak prędzej czy później znaleźliby go martwego. Ale to był przecież żart, tak? Więc po prostu pociągnął żart.
- Fucking hell, mógłbym to zaakceptować tylko gdybyś ty siedział na wózku, a ja na twoich kolanach. - Z jakiegoś powodu nie odwrotnie. I wtedy o czymś sobie przypomniał. - To jest w ogóle koszmar jednej z moich sióstr. - Zabrzmiał odrobinę zbyt poważnie jak na nastrój tej rozmowy, ale coś w jego mimice mówiło, że opowiada tę historię nie bez powodu. I to był poprawny odczyt, opowiadał ją, bo kończyła się durnie. - Powiedziała mi kiedyś, że w którymś z wozów zagnieździł się bogin i zamienił się we mnie po zjebaniu się z trapezu. Czołgałem się w jej kierunku, jęcząc jak tania dziwka i zorientowała się, że to fikcja kiedy za mocno zadarł nogę do przodu, bo normalnie powinny pęknąć mi przy tym spodnie. - Cudem powstrzymał parsknięcie, a po tym wysłuchał tego wywodu o potrzebie spaceru i pocałował go jeszcze raz - tym razem w skroń, do czego musiał już stanąć na palcach. Nie zrozumiał, że pójście z nim było w ogóle jakąś opcją, po prostu wszedł do środka, sprawdził, czy w kuchence był jeszcze w ogóle gaz, po czym odpalił ją i postawił na niej czajnik pełen wody. To akurat rzecz, której nie dało się spierdolić. Znaczy, no dobra - udało mu się przynajmniej dwa razy wygotować całą wodę, ale nie był pewny czy to się w ogóle liczyło, bo najzwyczajniej w świecie o niej zapomniał. Nie liczyło się, prawda?
Ale tym razem mu się udało. Kiedy Bletchley wędrował w kółko budynku bez celu, Bell zrobił im tę kawę, taką samą jak zawsze, zalaną absurdalną ilością mleka i miodu, czyniąc z niej smakowo bardziej napój dla dzieci niż kawę. I to chyba najlepiej podsumowało to, że darował sobie na razie głośne komentowanie kolejnego dziwactwa na liście, bo kto normalny chodziłby kurwa po domu i zaglądał do każdego pokoju w taki sposób? Nie miał pojęcia. To znaczy miał jakieś pojęcie - pewnie każdy chciałby się po nim rozejrzeć, ale w tym co robił Cain było coś totalnie od czapy. Jednocześnie było to na tyle interesujące, żeby Flynn zdążył wyciągnąć spod wiaty stoliczek i dwa krzesełka, usadowić się na jednym z nich z kubkiem i obserwować go trochę jak właściciel, który przyjechał tutaj ze swoim czworonogiem.
- Sprawdziłeś wszystkie zakamarki tego domu, a zapomniałeś zajrzeć do lodówki - powiedział, wpatrując się w niego z dołu. - Przywieźliśmy nam jedzenie, tylko trzeba je odgrzać. Nie zrobiłem tego, bo byłem zbyt przejęty śledzeniem cię wzrokiem. Znalazłeś jakichś Śmierciożerców?
- Fucking hell, mógłbym to zaakceptować tylko gdybyś ty siedział na wózku, a ja na twoich kolanach. - Z jakiegoś powodu nie odwrotnie. I wtedy o czymś sobie przypomniał. - To jest w ogóle koszmar jednej z moich sióstr. - Zabrzmiał odrobinę zbyt poważnie jak na nastrój tej rozmowy, ale coś w jego mimice mówiło, że opowiada tę historię nie bez powodu. I to był poprawny odczyt, opowiadał ją, bo kończyła się durnie. - Powiedziała mi kiedyś, że w którymś z wozów zagnieździł się bogin i zamienił się we mnie po zjebaniu się z trapezu. Czołgałem się w jej kierunku, jęcząc jak tania dziwka i zorientowała się, że to fikcja kiedy za mocno zadarł nogę do przodu, bo normalnie powinny pęknąć mi przy tym spodnie. - Cudem powstrzymał parsknięcie, a po tym wysłuchał tego wywodu o potrzebie spaceru i pocałował go jeszcze raz - tym razem w skroń, do czego musiał już stanąć na palcach. Nie zrozumiał, że pójście z nim było w ogóle jakąś opcją, po prostu wszedł do środka, sprawdził, czy w kuchence był jeszcze w ogóle gaz, po czym odpalił ją i postawił na niej czajnik pełen wody. To akurat rzecz, której nie dało się spierdolić. Znaczy, no dobra - udało mu się przynajmniej dwa razy wygotować całą wodę, ale nie był pewny czy to się w ogóle liczyło, bo najzwyczajniej w świecie o niej zapomniał. Nie liczyło się, prawda?
Ale tym razem mu się udało. Kiedy Bletchley wędrował w kółko budynku bez celu, Bell zrobił im tę kawę, taką samą jak zawsze, zalaną absurdalną ilością mleka i miodu, czyniąc z niej smakowo bardziej napój dla dzieci niż kawę. I to chyba najlepiej podsumowało to, że darował sobie na razie głośne komentowanie kolejnego dziwactwa na liście, bo kto normalny chodziłby kurwa po domu i zaglądał do każdego pokoju w taki sposób? Nie miał pojęcia. To znaczy miał jakieś pojęcie - pewnie każdy chciałby się po nim rozejrzeć, ale w tym co robił Cain było coś totalnie od czapy. Jednocześnie było to na tyle interesujące, żeby Flynn zdążył wyciągnąć spod wiaty stoliczek i dwa krzesełka, usadowić się na jednym z nich z kubkiem i obserwować go trochę jak właściciel, który przyjechał tutaj ze swoim czworonogiem.
- Sprawdziłeś wszystkie zakamarki tego domu, a zapomniałeś zajrzeć do lodówki - powiedział, wpatrując się w niego z dołu. - Przywieźliśmy nam jedzenie, tylko trzeba je odgrzać. Nie zrobiłem tego, bo byłem zbyt przejęty śledzeniem cię wzrokiem. Znalazłeś jakichś Śmierciożerców?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.