08.04.2024, 01:58 ✶
Owen podniósł głowę do góry, gdy usłyszał głos zbliżającego się Isaaca. I ten miał rację, w pierwszej w chwili w ogóle go nie rozpoznał. Po prostu patrzył na mówiącego do niego mężczyznę kompletnie skonsternowany. I już nawet sam nie wiedział, czy bardziej zdziwił się jego nagłym pojawieniem (do licha, że też żadna ciotka nie przesłała mu choćby głupiej sowy, że będzie miał gościa), czy też faktem, że został przyłapany akurat na tym jednym z mniej chlubnych fragmentów codzienności, w której musiał – no po prostu musiał – wylać na siebie ten nieszczęsną herbatę.
I to nie tak, że jakoś szczególnie przejął się wizją, w której zupełnie obcy mu człowiek dostrzega ciemną plamę na jego białej koszulce, ale było coś szalenie irytującego w fakcie, że poznają się akurat w takim momencie. A potem coś zmieniło się w oczach Owena, jakby gdzieś tam zaczął sobie przypominać Isaaca.
- Byłeś wtedy dużo niższy. I zjadłeś wszystkie truskawki, którymi ciotka Henrietta miała udekorować tort dla swojego męża? Na jego pięćdziesiąte urodziny? – zaryzykował. – Albo to nie byłeś ty…
Próbował sobie przypomnieć jakiś zjazd rodzinny, ale większość mieszała mu się we wspomnieniach. Zwłaszcza te, które miały miejsce dwadzieścia lat wcześniej. Było na nich wiele osób. Dzieci biegały i krzyczały. Dorośli biegali i krzyczeli (czasem też na dzieci). Były też długie stoły ze stosami jedzenia i długie historyczno-topograficzne dysputy, którym oddawali się najstarsi członkowie rodu.
Z braku czegoś lepszego na podorędziu, Owen Bagshot wytarł mokrą rękę o koszulkę i uścisnął rękę Isaaca.
- Najważniejsze, że ocalała książka – mruknął, pokazując swojemu towarzyszowi czarną okładkę. Złotymi literami napisano na niej: „Historia Carlisle. Od legend arturiańskich do szesnastowiecznego przekleństwa”. Lektura wyglądała na mugolską. Miała nawet na obwolucie znacznik miejscowej biblioteki w Carlisle. Bagshot najwyraźniej się w niej zaczytywał, bo wystawało z kilkanaście malutkich karteczek, którymi musiał oznaczyć interesujące go fragmenty. – Głupio by było, jakbym ją zniszczył. Bibliotekarka i bez tego niechętnie patrzy na moje wizyty – zażartował.
Machnął ręką w stronę Isaaca, ażeby dać mu znak, by ten poczekał na niego przez chwilę. Zniknął razem z książką w domku letniskowym, by po kilkudziesięciu sekundach powrócić już bez niej, ale w czystej koszulce. Sięgnął po kubek z herbatą.
- To jakieś całkiem przypadkowe spotkanie czy też ciotka Henrietta postanowiła wyprawić kolejną imprezę, tym razem na siedemdziesiąte urodziny męża i wysłała ciebie w roli posłańca? – zapytał, uśmiechając się krzywo. - Od razu uprzedzam, że nie wyjadę stąd dopóki nie zbiorę wszystkich materiałów do książki.
!szaleństwoWindermere
I to nie tak, że jakoś szczególnie przejął się wizją, w której zupełnie obcy mu człowiek dostrzega ciemną plamę na jego białej koszulce, ale było coś szalenie irytującego w fakcie, że poznają się akurat w takim momencie. A potem coś zmieniło się w oczach Owena, jakby gdzieś tam zaczął sobie przypominać Isaaca.
- Byłeś wtedy dużo niższy. I zjadłeś wszystkie truskawki, którymi ciotka Henrietta miała udekorować tort dla swojego męża? Na jego pięćdziesiąte urodziny? – zaryzykował. – Albo to nie byłeś ty…
Próbował sobie przypomnieć jakiś zjazd rodzinny, ale większość mieszała mu się we wspomnieniach. Zwłaszcza te, które miały miejsce dwadzieścia lat wcześniej. Było na nich wiele osób. Dzieci biegały i krzyczały. Dorośli biegali i krzyczeli (czasem też na dzieci). Były też długie stoły ze stosami jedzenia i długie historyczno-topograficzne dysputy, którym oddawali się najstarsi członkowie rodu.
Z braku czegoś lepszego na podorędziu, Owen Bagshot wytarł mokrą rękę o koszulkę i uścisnął rękę Isaaca.
- Najważniejsze, że ocalała książka – mruknął, pokazując swojemu towarzyszowi czarną okładkę. Złotymi literami napisano na niej: „Historia Carlisle. Od legend arturiańskich do szesnastowiecznego przekleństwa”. Lektura wyglądała na mugolską. Miała nawet na obwolucie znacznik miejscowej biblioteki w Carlisle. Bagshot najwyraźniej się w niej zaczytywał, bo wystawało z kilkanaście malutkich karteczek, którymi musiał oznaczyć interesujące go fragmenty. – Głupio by było, jakbym ją zniszczył. Bibliotekarka i bez tego niechętnie patrzy na moje wizyty – zażartował.
Machnął ręką w stronę Isaaca, ażeby dać mu znak, by ten poczekał na niego przez chwilę. Zniknął razem z książką w domku letniskowym, by po kilkudziesięciu sekundach powrócić już bez niej, ale w czystej koszulce. Sięgnął po kubek z herbatą.
- To jakieś całkiem przypadkowe spotkanie czy też ciotka Henrietta postanowiła wyprawić kolejną imprezę, tym razem na siedemdziesiąte urodziny męża i wysłała ciebie w roli posłańca? – zapytał, uśmiechając się krzywo. - Od razu uprzedzam, że nie wyjadę stąd dopóki nie zbiorę wszystkich materiałów do książki.
!szaleństwoWindermere