08.04.2024, 09:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.04.2024, 22:20 przez Samuel McGonagall.)
Przepaść dzieląca Philipa i Samuela była gigantyczna. Ktoś z pierwszych stron gazet i nikt ze środka głuszy, bogacz nie mogący doliczyć się swoich posiadłości i łachudra śpiący w stodole na zapleczu miejscowego baru, książę i żebrak. Chciałoby się powiedzieć, że łączyła ich duma z tego kim są, ale Sam oderwany okolicznościami od Kniei bardzo cierpiał, a jego poczucie własnej wartości flaczało nieustannie podczas rozmów takich jak ta. Dla Philipa to było kilka groszy, pracownik w jedną czy drugą stronę, bez tej całej buchalterii, odprowadzania składek na ubezpieczenie, bez obawy, że jeśli kaprys się rozwieje następnego dnia, to będzie mógł pogonić Sama ze swoich włości i żaden prawnik nie zapuka mu do drzwi. Nie żeby to zrobił, ale sam fakt, że mógł to zrobić, stawiało ich w różnych miejscach.
Chociaż obaj stali na trawiastym gruncie, chociaż obaj zaraz mieli pić razem, obaj byli tylko ludźmi i aż ludźmi korzystającymi z dobrodziejstw magii... przepaść była gigantyczna.
I Samuel o tym wiedział.
Skinął głową przystając na warunki, bo nie były one dla niego złe i cieszył się, że jego obecny pracodawca uszanował ograniczony czas, który posiadał. Ogród nie był aż tak wielki, mógł zaglądać do niego raz w tygodniu, docinać trawnik, pogrozić stajennemu, zebrać owoce i rozgonić liście. Korzystanie z magii przyspieszało proces i choć osobiście lubił pocić się przy pracy, też nie był pozbawiony pragmatyzmu.
– Ja...– zawahał się, patrząc na szklankę z "czym innym niż sok pomarańczowy". Trochę piekły go uszy, alkohol o tej porze, to mógł nie być dobry pomysł z drugiej strony bał się odmawiać. Jego rozmówca zdecydowanie pragnął towarzystwa, kim był, żeby mu odmawiać? – Nie ma nic w sumie ciekawego do opowiedzenia. Mmm... Od maja jestem w Dolinie, próbuję jakoś ułożyć sobie życie po tym co się stało z Knieją, bo wcześniej mieszkałem właśnie tam, w puszczy i zajmowałem się no... lasem. – to była prawda, choć Sam czuł się winny od razu jak to powiedział. Przecież las doskonale potrafił zająć się sam sobą. – Sądziłem, że będę mógł szybko wrócić, ale... minęły już dwa miesiące i jakoś nie trąbią, że można, także szykuje się do zimowania tu. – Nie krył goryczy, choć pewnie osobie z miasta trudno byłoby zrozumieć, jak ktoś woli zimę spędzać po środku niczego, zamiast w ciepłym murowanym domu otoczonym przez mniej lub bardziej ale jednak sąsiadów, gotowych pomóc w razie choroby czy innej niedoli.
Chociaż obaj stali na trawiastym gruncie, chociaż obaj zaraz mieli pić razem, obaj byli tylko ludźmi i aż ludźmi korzystającymi z dobrodziejstw magii... przepaść była gigantyczna.
I Samuel o tym wiedział.
Skinął głową przystając na warunki, bo nie były one dla niego złe i cieszył się, że jego obecny pracodawca uszanował ograniczony czas, który posiadał. Ogród nie był aż tak wielki, mógł zaglądać do niego raz w tygodniu, docinać trawnik, pogrozić stajennemu, zebrać owoce i rozgonić liście. Korzystanie z magii przyspieszało proces i choć osobiście lubił pocić się przy pracy, też nie był pozbawiony pragmatyzmu.
– Ja...– zawahał się, patrząc na szklankę z "czym innym niż sok pomarańczowy". Trochę piekły go uszy, alkohol o tej porze, to mógł nie być dobry pomysł z drugiej strony bał się odmawiać. Jego rozmówca zdecydowanie pragnął towarzystwa, kim był, żeby mu odmawiać? – Nie ma nic w sumie ciekawego do opowiedzenia. Mmm... Od maja jestem w Dolinie, próbuję jakoś ułożyć sobie życie po tym co się stało z Knieją, bo wcześniej mieszkałem właśnie tam, w puszczy i zajmowałem się no... lasem. – to była prawda, choć Sam czuł się winny od razu jak to powiedział. Przecież las doskonale potrafił zająć się sam sobą. – Sądziłem, że będę mógł szybko wrócić, ale... minęły już dwa miesiące i jakoś nie trąbią, że można, także szykuje się do zimowania tu. – Nie krył goryczy, choć pewnie osobie z miasta trudno byłoby zrozumieć, jak ktoś woli zimę spędzać po środku niczego, zamiast w ciepłym murowanym domu otoczonym przez mniej lub bardziej ale jednak sąsiadów, gotowych pomóc w razie choroby czy innej niedoli.