Samuel chciał zaopiekować się załamanym chłopakiem. Jakie to urocze z jego strony, ale też zupełnie naturalne. Był strażnikiem lasu. Oczywiście, że brał pod skrzydła wszelką zbłąkaną zwierzynę. Postanowiłam nie rozważać powodów przybycia tu obcego chłopaka. Najwyraźniej Sam miał powody, by go tu zabrać i ufałam mu. Chłopak nie zdawał się być kryminalistą, z resztą w tym domu nie było wiele łupów do ukradnięcia, czy ważnych nazwisk do likwidacji. To był dom bezcenny — bogaty w miłość, sztukę i wspomnienia, które dla złoczyńców nie miały żadnego znaczenia.
Uśmiechnęłam się i zaklaskałam nieśmiało na przemowę o jabłkowym dniu.
— To bardzo uroczyste słowa na rozpoczęcie pracy.
Doceniłam jego zapał, ale sama nie chciałam się przyłączać do związanych z tego aktywności. Szczególnie nie, kiedy nieznajomy chłopak już oplótł Sama swoimi ramionami. To by było niesamowicie niezręczne, gdybym się tam znalazła. Dla dobra siebie i nieznajomego, musiałam odmówić.
— Może innym razem, już zaczęłam obierać i mam ręce od jabłek, rozumiesz... — zaśmiałam się niezręcznie, wystawiając dłonie do przodu na potwierdzenie swoich słów — nawet jeśli niczego nie dało się na nich zauważyć, i wróciłam naprędce do obierania.
To miał być radosny dzień spędzony w otoczeniu dwóch przemiłych czarodziejów, ale znikąd pojawił się ten smętny chłopak. Starałam się nie myśleć o nim, bo też wiele nie dało się wymyślić, ale ta paskudna niezręczność opływała okolicę. I miałam wrażenie, że Samuel kompletnie zdawał się tego nie zauważać. A jeśli po prostu nie zważał na to — dlaczego to robił?