Na pewno coś w tym było, tyle, że Yaxley od lat powtarzano, że odstaje, nikt nie mówił, że jest dzięki temu wyjątkowa, bardziej, że nie pasuje do otoczenia i trochę psuje wizję idealnego świata, który ktoś chciał sobie wykreować. Pogodziła się z tym, tak po prostu, bo nie miała na to wpływu - najmniejszego, pozostawała dziwadłem, tyle, że z wysoko uniesioną głową, bo nauczyła się dostrzegać w tym pewnego rodzaju niepowtarzalność. Standardy były nudne, a ona nie znosiła nudy, lubiła przekraczać normy, w różnych dziedzinach życia. Jakoś tak od zawsze, tańczyć na granicach, bawić się tym wszystkim, największą przyjemność z tego wszystkiego sprawiało jej tańczenie na granicy życia i śmierci. Nie bała się tego, że może umrzeć, przyjmowała tę myśl, jakby to nie było nic wielkiego. W końcu koniec czekał każdego, miała nadzieję tylko, że ten jej będzie bardziej spektakularny, bo jedyne, czego nie chciała to zniknąć tak, aby nikt nie zauważył jej braku, jeśli miałaby odejść to tak, aby każdy usłyszał o tym, że zginęła w walce, pożarta przez jakiegoś potwora, bo to oznaczałoby to, że zdechła robiąc to, co najbardziej kochała.
Ryzyko uszczerbków na zdrowiu było dla niej naturalne, jej ciało było jej narzędziem pracy, a każde narzędzia się psuły, gdy były używane za bardzo intensywnie, oczywiście starała się do tego nie dopuszczać, dbała o to, aby być w formie, jednak kiedyś przyjdzie ten moment, że jej czas minie, wiek zrobi swoje, a ona stanie się słabsza, nie myślała o tym jeszcze za bardzo, ale wiedziała, że ją to czeka, że kiedyś nie będzie w stanie być w takiej formie. Musiała więc korzystać, póki miała możliwości, przekraczać granice, bo jeszcze mogła to robić. Wolała nie żałować tego, że była za bardzo rozsądna, przynajmniej jeśli chodzi o pracę, w tej dziedzinie życia potrzebowała silnych wrażeń, które często przynosiły rany, przede wszystkim te fizyczne, na całe szczęście miała przyjaciółkę medyczkę, która po prostu akceptowała to, że tak jest i wspierała ją swoimi umiejętnościami, nie prawiła morałów, chyba, że faktycznie widziała, że Yaxley wpadła w ten wir, i zaczynał pochłaniać ją chaos. Tak właściwie to właśnie znajdowała się w tym momencie życia, spalała się od środka i nie była w stanie nic z tym zrobić, nie potrafiła tego zwalczyć. Kto by się spodziewał, że kilka głupich decyzji ją do tego doprowadzi. Miała nadzieję po prostu coś poczuć, wystarczał jej nawet ból fizyczny, bo przecież było to uczucie jak każde inne, najważniejsze było to, że w ogóle jeszcze coś czuła.
- To ciekawe, wreszcie poznać kogoś kto myśli podobnie, bo wiesz, nie zdarza mi się to zbyt często, wręcz przeciwnie. - Mało kto potrafił ją tak zrozumieć, jak Rowle. Był w tym wyjątkowy, od samego początku nie czuła do niego dystansu, nie miała problemu z tym, żeby się przed nim otworzyć, była sobą od pierwszej sekundy ich rozmowy i tego nie żałowała. Warto było to zrobić, żeby móc z nim teraz siedzieć na pomoście, cieszyć się jego towarzystwem, patrzeć na niego. Nic takiego, a jednak dla niej było to naprawdę wiele. Nie musiała grać, pilnować się na każdym kroku, mogła być sobą, a to było dla niej zawsze najważniejsze, nie znosiła gier i pozorów. Właśnie dlatego tak się jej podobała jego bezczelność, jak ona nie trzymał języka za zębami, mówił to na co miał ochotę, nie przejmował się niczym, to podobieństwo sprawiało, że była nim zachwycona, a dzisiaj dotarło do niej to, że nie był to zwyczajny zachwyt, to musiało być coś więcej.
Każdy miał swoje granice, w przypadku polowań, ryzykowania życia i tym podobnych Ger właściwie ich nie miała, znaczy starała się nie mieć. Jeśli chodzi zaś o inne sprawy, bywało różnie, ostatnio chyba została doprowadzona do momentu, w którym po prostu pękła. Rozsypała się wewnętrznie, chociaż starała się tego nie okazywać, ale coraz trudniej jej było to ukryć. Sama nie wiedziała czego chce, łapała się wszystkich, którzy byli wokół, aby poczuć, że nie jest sama, że ktoś jest blisko niej, że komuś na niej zależy, bo przez krótką chwilę czuła się bardzo, ale to bardzo samotna i porzucona, dotarło do niej, że nie chce tak skończyć. Sama, w pustym mieszkaniu. Miała wokół siebie różnych ludzi, niby mogła się zawsze do nich odezwać, ale dla nikogo nie była najważniejsza, to ją najwyraźniej bardzo mocno kuło. Zawsze na trzecim, lub czwartym miejscu, nie było osoby, dla której to ona byłaby całym światem. Zastanawiała się z czego to wynikało, może w pewien sposób sama to sobie zrobiła, bo uciekała. Gdy robiło się za bardzo poważnie brała nogi za pas i znikała, bo kurwesko bała się tego, że może stracić wolność, tylko czy ta pogoń za wolnością w pewien sposób jej nie wybrakowała? Kiedy pozwoliła się ponieść, dała komuś szansę zostawił ją z niczym, cholernie tego żałowała, ale zrozumiała, otworzyła oczy i dotarło do niej, że też chciałaby być czyjaś.
Przyznał jej rację, doceniła to, bo czyż na tym właśnie nie polegała konstruktywna dyskusja? Mogli wyciągać ze swoich rozmów to, co miało sens, bo mimo pewnego podobieństwa, to każde z nich miało inne doświadczenia, przeszli różne lekcje w życiu, którymi mogli się teraz wymienić. Zrozumieć bardziej drugą stronę, co najważniejsze nie mieli problemu z zaakceptowaniem racji drugiej strony. Nikt na siłę nie próbował bronić swojego zdania.
Odbijanie piłeczki, niedopowiedzenia były metodą, którą stosowała Ger, gdy nie do końca wiedziała, co powiedzieć, jak się zachować. Tak było łatwiej, bezproblemowo, każdy mógł wtedy interpretować słowa na swój własny sposób, nie czuła aż takiej odpowiedzialności za to, co zostanie z tego odczytane. - Nie bądź tego taki pewien, potrafię być przeciwieństwem wspaniałości, ostatnio coraz częściej. - Nie znosiła tego, że nie radziła sobie z tym, co działo się wokół. Dochodziło do tego fakt, że nadal nie pozbyła się poczucia winy, które pojawiło się na początku roku, kiedy jej brat przestał oddychać na jej rękach, gdy nie mogła mu pomóc, kiedy go zawiodła. Umarł, przez ten durny zakład, przez to, że jak zawsze chcieli pokazać, kto jest silniejszy, dla durnej zabawy. Może nie odszedł na zawsze, bo obudził się później, tyle, że nie do końca żywy, ale czuła, że jest to jej odpowiedzialność, że go zawiodła, wtedy całe jej życie zaczęło się sypać, bo nie umiała sobie z tym poradzić. Zaczęła uciekać, w rzeczy, które nie do końca były dla niej dobre, wiedziała, że może się to skończyć różnie, bo przez to była słabsza, a ona nie mogła sobie pozwolić na moment słabości, bo mogło ją to kosztować zdecydowanie więcej niż zwyczajnego człowieka. - Chociaż to całkiem miłe, że porównujesz mnie do kamienia. - Dodała z uśmiechem, chociaż zabrzmiało to dosyć dziwnie, ale zrozumiała sens jego słów, cieszyło ją to, że traktuje ją jak kogoś wyjątkowego, bo rzadko kiedy słyszała takie słowa.
Ogromną radość sprawiało jej patrzenie na to, jak się śmieje. To by oznaczało, że czuł się w jej towarzystwie dobrze, że naprawdę coś ich łączy i miał podobne poczucie humoru. Motyle w brzuchu nie dawały jej spokoju, szczególnie, gdy widziała ten kącik jego ust, który unosił się w uśmiechu. Nie liczyło się nic więcej, tylko to, że siedział teraz przed nią taki zadowolony. - Możesz być pewien, że nie dam ci tysięcznej pierwszej. - Dodała jeszcze, żeby wiedział, że nie zamierza wspierać jego drogi do śmierci, szczególnie po tym, jak zwrócił jej na to uwagę. Wiedziała, że nie chodzi w tym tylko o te nic nieznaczące fajki, to ją trochę zmartwiło, ale bardzo szybko przestała o tym myśleć, bo chciała wykorzystać moment, może nieco egoistycznie, ale była tak bardzo pochłonięta próbą odnalezienia swojego szczęścia, że tylko to się dla niej teraz liczyło.
Może trochę się bała, że słowa, które padły z jej ust mogą spowodować, że ich relacja się zmieni, ale przecież ryzyko miała we krwi, może wcześniej próbowała z tym walczyć, jednak podjęła decyzję, kiedy to proste pytanie padło z jego ust. Zresztą w jej odpowiedzi brakowało konkretów, tak jakby nie chciała być osobą, która będzie odpowiedzialna za ewentualne konsekwencje, bo nie znosiła ponosić odpowiedzialności, wolała, żeby to inni podejmowali decyzje, poczucie winy, gdy coś się psuło było wtedy trochę mniejsze, chociaż i tak się pojawiało.
Zdawała sobie sprawę, że tak naprawdę to ona to spowodowała, że poczuła coś, zupełnie niespodziewanie, że mogło to popsuć tę nić porozumienia, którą udało im się utkać między nimi, z drugiej jednak strony nie wiedzieć czemu, znowu dosyć śmiało zakładała, że są ponad to, że jeśli nie wyjdzie z tej krótkiej sytuacji nic dobrego, to nadal będą obok siebie, bo przecież się potrzebowali, żyli w symbiozie, przynajmniej zawodowo, może więc te głupie słowa tego nie popsują.
Trochę panikowała, czekała na to, jak zareaguje, czy powie jej, że zwariowała, że ją poniosło, że odebrała jego zainteresowanie w zły sposób, mogło tak być, bo Ger w tej chwili łapała się każdej okazji, aby poczuć się dla kogoś w jakiś sposób istotną. Nie wyśmiał jej jednak, gdy na niego spoglądała wyglądał, jakby się nad czymś zastanawiał, szkoda, że nie potrafiła czytać myśli, bo ogromnie była ciekawa, co dzieje się w jego głowie, a ta krótka chwila wydawała się jej być wiecznością.
Podjął decyzję, stwierdziła to w momencie, w którym odstawił butelkę i na nią spojrzał, blask w jego oczach, upewnił ją w tej myśli. Uśmiechnęła się do siebie, bo może miała rację, może faktycznie nie było to zupełnie nieodwzajemnione uczucie, może wreszcie uda jej się dostać to, czego potrzebowała.
Dał jej to, o co prosiła. Wyciągnął jej z dłoni papierosa, bez słowa i zbliżył się do niej. Gdy dotknął jej policzka drgnęła, mimowolnie, zupełnie nie przeszkadzała jej szorstkość jego dłoni; czuła, że serce bije jej coraz szybciej, bo przecież tego chciała, bo przecież zakochała się w nim, a czyż miłość nie przynosiła ze sobą też pragnienia bliskości? Zbliżenia się do drugiej osoby tak, jakby miało się być jednością, które miało przypieczętować połączenie dusz, a to wydawało jej się istnieć między nimi od samego początku.
Trochę jej było głupio przez to, że okazała się być kolejną głupią dziewczyną, która ślepo podążała za tym, żeby zostać pokochaną, bo zawsze wydawało jej się to być miałkie, nie miała zamiaru się tym jednak w tej chwili przejmować, na to pewnie będzie miała czas później. Nie, kiedy jego usta zbliżyły się do jej, kiedy mogła wreszcie poczuć ich smak, bo oczywiście, że się nie odsunęła. To wcześniejsze może chciałam było przecież potwierdzeniem, że bardzo tego chciała, a on spełnił jej prośbę, dostała to, czego chciała i bardzo jej się to podobało.
Miała wrażenie, że trwało to krótką chwilę, bo ledwie ich usta się spotkały, to odsunął się od niej. Czy zrobiła coś nie tak? Wzięła głęboki oddech i próbowała uspokoić bicie serca, było bardzo blisko tego, żeby wyskoczyło jej z klatki piersiowej, nieco nieśmiało spojrzała w jego kierunku, żeby zobaczyć, czy coś się stało, czy popełniła błąd. Nie wyglądał jednak na niezadowolonego, ulżyło jej, bo bała się, że będzie chciał to zakończyć, tyle, że właściwie to przecież jeszcze nic nie zaczęli, bo był to jeden, krótki pocałunek, może nie aż tak krótki, mimo wszystko, jeden, pierwszy. Na pewno na długo go zapamięta.
Kolejne proste pytanie, które jej zadał. Niby proste, jednak nie do końca wiedziała, jak na nie odpowiedzieć, bo przecież sama nie wiedziała czego chciała, mogła by rzec, że chciałaby, żeby ją pokochał, tak jak ona zakochała się w nim, ale to nie było możliwe, nie mogła tego od niego wymagać. Wystarczyłaby jej zresztą namiastka miłości, chociaż krótka chwila, którą jej da,by mogła zapomnieć, w pełni poczuć to, co pojawiło się u niej przed chwilą.
- Chcę zapomnieć, chociaż na chwilę. - Wydawało jej się to być całkiem prostą odpowiedzią, to był jej w stanie dać, zapomnienie, ucieczkę od tego, co w niej siedziało, nie musiał wcale wiedzieć, że będzie to dla niej coś więcej, że czuła do niego coś więcej, bo to mogłoby spowodować niepotrzebne komplikacje, nie wymagała od niego tego, żeby towarzyszyło mu uczucie jakiegoś zobowiązania, bo nie miała takiego prawa. - Daj mi tego więcej. - Najwyżej jej serce znowu pęknie, ale nie liczyło się to w tej chwili, kiedy był tuż obok, gotowy spełnić jej prośby. Ton jej głosu był niemalże błagalny, zdecydowanie nie chciała poprzestać na tym jednym nic nie znaczącym pocałunku.