08.04.2024, 15:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2024, 15:22 przez Brenna Longbottom.)
Brenna chyba nawet by go nie winiła, gdyby wiedziała, jak bardzo nie chciał jej tutaj widzieć - to znaczy starała się być zawsze dla niego miła, ale też za dużo gadała i niektórzy mieli tego dość, a poza tym szła o zakład, że w rodzinnym domu słyszał niekiedy pomstowania na Longbottomów. Ich rodziny należały do jednego świata, krewni stykali się ze sobą na tych samych wydarzeniach i korytarzach Ministerstwa, tu i ówdzie w drzewie genealogicznym boczne gałęzie się splatały - w rodach czystej krwi nie dało się tego uniknąć, jeżeli nie chciało się skończyć z dziećmi bez nosów - a jednocześnie istniała między nimi pewna głęboko zakorzeniona niechęć.
Brenna właściwie miała za to chyba pewną słabość do Prewettów. Może dlatego, że sporo w niej było z Potterówny, a Potterowie lubili niekiedy uważać, że pewne zasady ich nie dotyczą. Były jak płot: wilki przeskakiwały górą, węże przechodziły dołem, i tymi, których miały zatrzymać, pozostawały owce.
Prewettowie patrzyli na to całkiem podobnie.
- Nie, pani Collins nie ucierpiała, za to wpadła w histerię, kiedy zobaczyła, że jej mąż wygląda... - Brenna urwała, spoglądając na pana Collinsa. Pomyślała, że być może ich słyszał i rozumiał: i że w takim wypadku chyba nie powinna używać niektórych określeń w jego obecności. - Nie najlepiej - dokończyła. - Nie była w stanie się z nami komunikować, ale na podstawie tego, co zdążyłam zobaczyć... powiedziałabym, że próbowała transmutować jego ręce z powrotem w normalnie dłonie. Tyle że bardzo trzęsła się jej dłoń, prawdopodobnie więc mamy tutaj efekt niewłaściwie użytego czaru transmutującego żywe w żywe... - powiedziała, ale rozłożyła przy tym ręce, nieco bezradnie. Z transmutacji była dobra, rozpoznała więc zaklęcie, jakie pani Collins rzucał, ale nie była pewna, co działo się wcześniej, a nie będąc uzdrowicielem niewiele ponad to potrafiła powiedzieć. - Tyle że nie jestem wcale pewna, czy pani Smith nie rzuciła w niego czegoś jeszcze. Zarzeka się, że nie, ale nie mogę tego potwierdzić. To mógłby zrobić tylko pan Collins.
A pan Collins był niestety bardzo mało rozmowny, za to z wielkim zaangażowaniem poruszał... Brenna nie była pewna, czym właściwie - mackami? Odnóżami? Uśmiechnęła się do Basiliusa, odrobinę zakłopotanym uśmiechem.
- Chyba nie lubi mugolskiej literatury.
Nazwisko podane przez Prewetta skojarzyła, chociaż akurat Przemiany Kafki nie przeczytała, jedynie przekartkowała pewnego dnia w księgarni - częściej sięgała po powieści fantastyczne czy obyczajowe, bo te po prostu prościej jej było zrozumieć, przynależąc do zupełnie innego świata. Alicja była Brennie jednak bliższa.
- Jesteś w stanie go... odrobaczyć? - zapytała, spoglądając na panna Collinsa, który poruszył niespokojnie czułkami. I Longbottom zrobiło się go żal, bo chyba jednak ten doskonale rozumiał, co działo się wokół… - Wszystko będzie dobrze, panie Collins, w klinice pracują specjaliści - zapewniła Brenna uspokajającym tonem.
Brenna właściwie miała za to chyba pewną słabość do Prewettów. Może dlatego, że sporo w niej było z Potterówny, a Potterowie lubili niekiedy uważać, że pewne zasady ich nie dotyczą. Były jak płot: wilki przeskakiwały górą, węże przechodziły dołem, i tymi, których miały zatrzymać, pozostawały owce.
Prewettowie patrzyli na to całkiem podobnie.
- Nie, pani Collins nie ucierpiała, za to wpadła w histerię, kiedy zobaczyła, że jej mąż wygląda... - Brenna urwała, spoglądając na pana Collinsa. Pomyślała, że być może ich słyszał i rozumiał: i że w takim wypadku chyba nie powinna używać niektórych określeń w jego obecności. - Nie najlepiej - dokończyła. - Nie była w stanie się z nami komunikować, ale na podstawie tego, co zdążyłam zobaczyć... powiedziałabym, że próbowała transmutować jego ręce z powrotem w normalnie dłonie. Tyle że bardzo trzęsła się jej dłoń, prawdopodobnie więc mamy tutaj efekt niewłaściwie użytego czaru transmutującego żywe w żywe... - powiedziała, ale rozłożyła przy tym ręce, nieco bezradnie. Z transmutacji była dobra, rozpoznała więc zaklęcie, jakie pani Collins rzucał, ale nie była pewna, co działo się wcześniej, a nie będąc uzdrowicielem niewiele ponad to potrafiła powiedzieć. - Tyle że nie jestem wcale pewna, czy pani Smith nie rzuciła w niego czegoś jeszcze. Zarzeka się, że nie, ale nie mogę tego potwierdzić. To mógłby zrobić tylko pan Collins.
A pan Collins był niestety bardzo mało rozmowny, za to z wielkim zaangażowaniem poruszał... Brenna nie była pewna, czym właściwie - mackami? Odnóżami? Uśmiechnęła się do Basiliusa, odrobinę zakłopotanym uśmiechem.
- Chyba nie lubi mugolskiej literatury.
Nazwisko podane przez Prewetta skojarzyła, chociaż akurat Przemiany Kafki nie przeczytała, jedynie przekartkowała pewnego dnia w księgarni - częściej sięgała po powieści fantastyczne czy obyczajowe, bo te po prostu prościej jej było zrozumieć, przynależąc do zupełnie innego świata. Alicja była Brennie jednak bliższa.
- Jesteś w stanie go... odrobaczyć? - zapytała, spoglądając na panna Collinsa, który poruszył niespokojnie czułkami. I Longbottom zrobiło się go żal, bo chyba jednak ten doskonale rozumiał, co działo się wokół… - Wszystko będzie dobrze, panie Collins, w klinice pracują specjaliści - zapewniła Brenna uspokajającym tonem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.