08.04.2024, 19:44 ✶
Nie musiał patrzeć w jej stronę. Kiedy jego twarz zalewały promienie słońca, to było tak, jakby łaskotały go złociste włosy Ambrosii. We Francji - wybudziwszy się z pijackiego półsnu - ujrzał w niej zjawę utkaną ze światła, ale nawet wtedy - bez żadnego zawahania, bez najmniejszej wątpliwości w głosie - zwrócił się do niej imieniem kobiety, która to zawsze, z kolei, zwracała się do niego w jeden, wyjątkowy sposób: "słońce", mówiła ciepło Rosie, tak jakby to ona grzała się w jego blasku, nie na odwrót.
Alexander chciał, by mogła czasem spojrzeć na siebie jego oczami.
Kiedy stał skąpany w słońcu, czuł się mniej jak żywy trup, którym był, a bardziej jak człowiek; choć to nie larwy toczyły jego ciało, to heroina wyżarła jego wnętrzności, pozostawiając pustą skorupę: był cieniem dawnego siebie, blady, wychudły i zapadłą twarzą; i tak cholernie bezsilny. Lubił użalać się nad sobą, niewątpliwie, ale szczerze, co innego mu zostało? Czwórka mieczy, którą wyciągał ze swej talii nieustannie od początku sierpnia, zdawała się z jednej strony kpić z jego rodowej maksymy "pomyśl, że to sen" - witając go wizerunkiem śpiącego - a może martwego? - rycerza. Z drugiej strony, jednocześnie egzaltowała znaczenie motta Mulciberów w najdoskonalszy sposób - nie zaś w ten wypaczony, którym tak chętnie usprawiedliwiał swoją bierność - pokazywała, że tym, czego potrzebuje teraz najbardziej jest cicha, duchowa praca nad sobą; medytacja.
Zapowiadała odejście od starego życia, i początek okresu stabilności.
Dobre sobie.
Mulciberowi niespecjalnie chciało się żyć, ale obecność Ambrosii u jego boku sprawiała, że nie miał też ochoty umierać.
Nie tyle chodzi o miejsce, co o to, jacy wobec siebie tutaj będziemy, mówiła, patrząc na Króla Mieczy, a Alexander zastanawiał się, skąd u niej taka mądrość: on mógł myśleć tylko o tym, że powinien zabrać Królowi jego miecz i złożyć go na środku łóżka, między ich ciałami, bo to, kim chciał dla niej być, stało w absolutnym rozdźwięku do tego, kim powinien dla niej być.
Nikt nas tu nie zna, więc możemy być kim tylko chcemy.
Oczywiście, nie powiedział tego.
W końcu jego hedonizm zniszczył mu życie. Wystarczyło już, że skłamał żonie, że wyjeżdża odpocząć. Pamiętasz co mówiłem ci o moich wizjach, Loretto - wtedy, kiedy napadli na Donalda? - kiedy przyszedłem do ciebie, chory ze strachu? To wszystko wina tego trzeciego oka, to choroba, która podsuwa mi straszne obrazy... Potrzebuję spokoju, mówił, szafując półprawdami, jak przystało na profesjonalnego ćpuna, zaprawionego w manipulowaniu uczuciami bliskich. Zapewne mu nie wierzyła, ale zbytnio się tym nie martwił; nie pierwszy raz ją tak oszukiwał i znikał, by móc w spokoju oddać się w ramiona uzależnień. Dlaczego teraz miałaby sądzić, że jest inaczej?
- Jestem tutaj tylko dlatego, że tak postanowiłaś. - Ton Alexandra pozbawiony był zwyczajowej ironii; tchnął przedziwną szczerością - może nawet przebrzmiewała w nim jakaś tęskna nuta - kiedy powtórzył słowo w słowo to, co przed chwilą powiedziała Ambrosia, choć zwykle robił to wtedy, kiedy chciał coś udowodnić, i obrócić jej własne słowa przeciwko niej.
Ale po chwili, powrócił typowy, podszyty arogancją ton, który dobrze znała.
- Czy nie kazałem ci przypadkiem patrzeć sobie na ręce? - zapytał cicho Alex, niby to poważnym tonem. - Trzeba było uważać, Rosie - choć bardzo próbował się pohamować, na ustach Mulcibera zagościł cień uśmiechu, kiedy uniósł leciutko podbródek Ambrosii, by nie przerwała ich kontaktu wzrokowego - bo teraz... - szepnął - ...będziesz wyciągać ze swojej talii tylko Księżyce.
Dopiero teraz ujął jej dłoń, i odwrócił, tak, by pokazać jej kartę, która wyciągnęła. Ach, te subtelne mrugnięcia trzeciego oka, z których czasem nie zdawał sobie sprawy! - mimowolnie rzucił żart o talii pełnej Księżyców w retaliacji za talię pełną Słońc - i proszę, los objawił swoją wolę w najdoskonalszym możliwym momencie.
Ale, jak to mówią, do trzech razy sztuka, pomyślał, kładąc jej dłoń z powrotem na swoją - i na poszatkowaną talię, którą dalej trzymał. - Jeszcze dwa Księżyce, Rosie. Wiem, że nie zaśniesz w nocy, jeżeli nie wyciągniesz trzech.
Mulciber nie chciał myśleć o znaczeniu odwróconego Księżyca. Chciał myśleć o wspólnych bezsennych nocach, które spędzili na kontemplacji jego tarczy.
Alexander chciał, by mogła czasem spojrzeć na siebie jego oczami.
Kiedy stał skąpany w słońcu, czuł się mniej jak żywy trup, którym był, a bardziej jak człowiek; choć to nie larwy toczyły jego ciało, to heroina wyżarła jego wnętrzności, pozostawiając pustą skorupę: był cieniem dawnego siebie, blady, wychudły i zapadłą twarzą; i tak cholernie bezsilny. Lubił użalać się nad sobą, niewątpliwie, ale szczerze, co innego mu zostało? Czwórka mieczy, którą wyciągał ze swej talii nieustannie od początku sierpnia, zdawała się z jednej strony kpić z jego rodowej maksymy "pomyśl, że to sen" - witając go wizerunkiem śpiącego - a może martwego? - rycerza. Z drugiej strony, jednocześnie egzaltowała znaczenie motta Mulciberów w najdoskonalszy sposób - nie zaś w ten wypaczony, którym tak chętnie usprawiedliwiał swoją bierność - pokazywała, że tym, czego potrzebuje teraz najbardziej jest cicha, duchowa praca nad sobą; medytacja.
Zapowiadała odejście od starego życia, i początek okresu stabilności.
Dobre sobie.
Mulciberowi niespecjalnie chciało się żyć, ale obecność Ambrosii u jego boku sprawiała, że nie miał też ochoty umierać.
Nie tyle chodzi o miejsce, co o to, jacy wobec siebie tutaj będziemy, mówiła, patrząc na Króla Mieczy, a Alexander zastanawiał się, skąd u niej taka mądrość: on mógł myśleć tylko o tym, że powinien zabrać Królowi jego miecz i złożyć go na środku łóżka, między ich ciałami, bo to, kim chciał dla niej być, stało w absolutnym rozdźwięku do tego, kim powinien dla niej być.
Nikt nas tu nie zna, więc możemy być kim tylko chcemy.
Oczywiście, nie powiedział tego.
W końcu jego hedonizm zniszczył mu życie. Wystarczyło już, że skłamał żonie, że wyjeżdża odpocząć. Pamiętasz co mówiłem ci o moich wizjach, Loretto - wtedy, kiedy napadli na Donalda? - kiedy przyszedłem do ciebie, chory ze strachu? To wszystko wina tego trzeciego oka, to choroba, która podsuwa mi straszne obrazy... Potrzebuję spokoju, mówił, szafując półprawdami, jak przystało na profesjonalnego ćpuna, zaprawionego w manipulowaniu uczuciami bliskich. Zapewne mu nie wierzyła, ale zbytnio się tym nie martwił; nie pierwszy raz ją tak oszukiwał i znikał, by móc w spokoju oddać się w ramiona uzależnień. Dlaczego teraz miałaby sądzić, że jest inaczej?
- Jestem tutaj tylko dlatego, że tak postanowiłaś. - Ton Alexandra pozbawiony był zwyczajowej ironii; tchnął przedziwną szczerością - może nawet przebrzmiewała w nim jakaś tęskna nuta - kiedy powtórzył słowo w słowo to, co przed chwilą powiedziała Ambrosia, choć zwykle robił to wtedy, kiedy chciał coś udowodnić, i obrócić jej własne słowa przeciwko niej.
Ale po chwili, powrócił typowy, podszyty arogancją ton, który dobrze znała.
- Czy nie kazałem ci przypadkiem patrzeć sobie na ręce? - zapytał cicho Alex, niby to poważnym tonem. - Trzeba było uważać, Rosie - choć bardzo próbował się pohamować, na ustach Mulcibera zagościł cień uśmiechu, kiedy uniósł leciutko podbródek Ambrosii, by nie przerwała ich kontaktu wzrokowego - bo teraz... - szepnął - ...będziesz wyciągać ze swojej talii tylko Księżyce.
Dopiero teraz ujął jej dłoń, i odwrócił, tak, by pokazać jej kartę, która wyciągnęła. Ach, te subtelne mrugnięcia trzeciego oka, z których czasem nie zdawał sobie sprawy! - mimowolnie rzucił żart o talii pełnej Księżyców w retaliacji za talię pełną Słońc - i proszę, los objawił swoją wolę w najdoskonalszym możliwym momencie.
Ale, jak to mówią, do trzech razy sztuka, pomyślał, kładąc jej dłoń z powrotem na swoją - i na poszatkowaną talię, którą dalej trzymał. - Jeszcze dwa Księżyce, Rosie. Wiem, że nie zaśniesz w nocy, jeżeli nie wyciągniesz trzech.
Mulciber nie chciał myśleć o znaczeniu odwróconego Księżyca. Chciał myśleć o wspólnych bezsennych nocach, które spędzili na kontemplacji jego tarczy.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat