08.04.2024, 20:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2024, 20:01 przez Samuel McGonagall.)
Chciałoby się napisać, że to wzruszenie odbierało Samuelowi mowę, ale to niedźwiedzia gardziel, paszcza nienawykła do formowania słów, język nienawykły do formułowania zgłosek. Mógł ćwiczyć chimerą, mógł próbować modyfikować organy mowy, by mieć możliwość artykułowania czegokolwiek.
Nigdy dotąd nie było potrzeby. Niedźwiedziem był głównie w lesie, czy – nielegalnie – bywał również ptakiem, ale nie po to by obserwować i knuć, a by po prostu być, oddawać się przyjemności zezwierzęcenia, które tak cudownie zdejmowało wiele trosk i zmartwień z serca.
Teraz dobył się z niego tylko gardłowy pomruk dziękczynny, rezonujący w olbrzymiej piersi, dudniący i rozwibrujący wątłe przy nim kobiece ciało. Chłonął jej istnienie, chłonął spokój, który z tego wynikał.
Byli dla siebie obcy, ale nie była to prawda. Do szpiku kości czuł z nią więź silniejszą i trwalszą, niż krew innych rodów. I tak jak czystokrwiste rody wywyższały ponad miarę swoje genealogiczne drzewa, tak on teraz czuł się w końcu nie gorszy, a bardziej wyjątkowy. Teraz, kiedy znalazł swoje stado.
Czas mijał i drzewa szumiały nad nimi przypominając o życiu, pośród ogrodów śmierci. W końcu zaczarowany książę znów stał się człowiekiem, tulącym egzotyczną piękność mocno do wychudzonej piersi.
– Nienawidziłem kiedy powiedzieli mi, że mam opuścić Knieję, nienawidziłem niemal każdej chwili w tym obcym miejscu, a wszelkie dobro które dawali mi bliscy i przyjaciele wyblakło wobec bólu upodlonego i zdeptanego serca. Ale to wszystko było warte, to całe cierpienie stało się teraz dla mnie zwykłym odczuwaniem bólu, skoro Ty jesteś. Istniejsz i... – zadrgały mu barki, i mogła zdać sobie sprawę, że ubranie na jej barku wilgotnieje od łez. – Nie zostawiaj mnie jak ona, błagam... tylko mnie nie zostawiaj... – wyszeptał zaciskając mocniej ręce w desperackim geście.
Nigdy dotąd nie było potrzeby. Niedźwiedziem był głównie w lesie, czy – nielegalnie – bywał również ptakiem, ale nie po to by obserwować i knuć, a by po prostu być, oddawać się przyjemności zezwierzęcenia, które tak cudownie zdejmowało wiele trosk i zmartwień z serca.
Teraz dobył się z niego tylko gardłowy pomruk dziękczynny, rezonujący w olbrzymiej piersi, dudniący i rozwibrujący wątłe przy nim kobiece ciało. Chłonął jej istnienie, chłonął spokój, który z tego wynikał.
Byli dla siebie obcy, ale nie była to prawda. Do szpiku kości czuł z nią więź silniejszą i trwalszą, niż krew innych rodów. I tak jak czystokrwiste rody wywyższały ponad miarę swoje genealogiczne drzewa, tak on teraz czuł się w końcu nie gorszy, a bardziej wyjątkowy. Teraz, kiedy znalazł swoje stado.
Czas mijał i drzewa szumiały nad nimi przypominając o życiu, pośród ogrodów śmierci. W końcu zaczarowany książę znów stał się człowiekiem, tulącym egzotyczną piękność mocno do wychudzonej piersi.
– Nienawidziłem kiedy powiedzieli mi, że mam opuścić Knieję, nienawidziłem niemal każdej chwili w tym obcym miejscu, a wszelkie dobro które dawali mi bliscy i przyjaciele wyblakło wobec bólu upodlonego i zdeptanego serca. Ale to wszystko było warte, to całe cierpienie stało się teraz dla mnie zwykłym odczuwaniem bólu, skoro Ty jesteś. Istniejsz i... – zadrgały mu barki, i mogła zdać sobie sprawę, że ubranie na jej barku wilgotnieje od łez. – Nie zostawiaj mnie jak ona, błagam... tylko mnie nie zostawiaj... – wyszeptał zaciskając mocniej ręce w desperackim geście.