09.04.2024, 11:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2024, 19:47 przez Millie Moody.)
Chyba największym problemem magii jeziora Windermere, największym zmartwieniem sennego głosu szeptającego zdradliwe myśli i emocje był fakt, że zazdrość, która dopiero miała się sączyć, zazdrość kształtowana nęcącą magią tego miejsca... już dawno była w środku słabowitego, przygarbionego ciała. Zazdrość wypełniała to ciało, stanowiło kręgi jeden po drugim, osłaniające i determinujące rdzeń istnienia panny Moody.
Na szczęście dla Atreusa była na prochach.
One sprawiały, że ciało nie miało sił czuć tego wszystkiego, co by czuło, gdyby synergia zielonookiej toksyny rozeszła się po żyłach ocalonej.
– A co chcesz tak ogólnie czy przyszedłeś na pomost zaruchać, bo skończyły Ci się inne kuracjuszki tego fantastycznego kurortu? – cały czas tkwiła, czujna, napięta gotowa, by rzucić się i przegryźć ścięgna pięknej buzi z okładek magazynów. Pan Auror Idealny, popularny, odjebany jak zawsze. Ileż by dała, by być nim. By móc być kolegą z biurka obok jedynego mężczyzny, który jest cokolwiek wart na tym padole łez i wszechogarniającego zepsucia. Móc iść z nim na piwo, prowadzić razem sprawy, ramię w ramię i nikt nie powiedziałby słowa, nikt nie miałby za złe jakby siedzieli za blisko siebie, jakby patrzyła w nowym ciele tę minute dwie za długo. To tabu zostało obalone już kilka lat temu.
A może kto wie, może rozmawialiby o dupach, wymieniali się technikami, może jedną wynajęliby na spółkę.
Zacisnęła mocno zęby, metaliczny posmak krwi nadgryzionego policzka koił. Nie mogła pić. Prochy musiały wystarczyć.
Zadarła podbródek w górę, dumnie, zmieniając nagle pozycje prostując się, zakładając nogę na nogę, tak można było nazwać te dwa patyki przełamane w połowie na wysokości kolan. Wydęła usta cmokając wyzywająco.
– Siadaj, namaluje Ci portret pięknisiowy niedowiarku. – To w sumie nie było pytanie, bardziej polecenie, a sama "artystka" już przerzuciła strony na czystą kartę szkicownika, który momentalnie brudził się odciskami jej brudnych palców. Zamaszyste ruchy już nakreśliły owal twarzy, dwie kreski przecinające go na krzyż linię oczu, linię nosa. Miles zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na to czy mężczyzna rzeczywiście usiadł, czy odszedł oburzony. Porwana natchnieniem oddała się mu falą, która przebijała grubą wełnianą kołdrę leków stabilizujących.
Na szczęście dla Atreusa była na prochach.
One sprawiały, że ciało nie miało sił czuć tego wszystkiego, co by czuło, gdyby synergia zielonookiej toksyny rozeszła się po żyłach ocalonej.
– A co chcesz tak ogólnie czy przyszedłeś na pomost zaruchać, bo skończyły Ci się inne kuracjuszki tego fantastycznego kurortu? – cały czas tkwiła, czujna, napięta gotowa, by rzucić się i przegryźć ścięgna pięknej buzi z okładek magazynów. Pan Auror Idealny, popularny, odjebany jak zawsze. Ileż by dała, by być nim. By móc być kolegą z biurka obok jedynego mężczyzny, który jest cokolwiek wart na tym padole łez i wszechogarniającego zepsucia. Móc iść z nim na piwo, prowadzić razem sprawy, ramię w ramię i nikt nie powiedziałby słowa, nikt nie miałby za złe jakby siedzieli za blisko siebie, jakby patrzyła w nowym ciele tę minute dwie za długo. To tabu zostało obalone już kilka lat temu.
A może kto wie, może rozmawialiby o dupach, wymieniali się technikami, może jedną wynajęliby na spółkę.
Zacisnęła mocno zęby, metaliczny posmak krwi nadgryzionego policzka koił. Nie mogła pić. Prochy musiały wystarczyć.
Zadarła podbródek w górę, dumnie, zmieniając nagle pozycje prostując się, zakładając nogę na nogę, tak można było nazwać te dwa patyki przełamane w połowie na wysokości kolan. Wydęła usta cmokając wyzywająco.
– Siadaj, namaluje Ci portret pięknisiowy niedowiarku. – To w sumie nie było pytanie, bardziej polecenie, a sama "artystka" już przerzuciła strony na czystą kartę szkicownika, który momentalnie brudził się odciskami jej brudnych palców. Zamaszyste ruchy już nakreśliły owal twarzy, dwie kreski przecinające go na krzyż linię oczu, linię nosa. Miles zdawała się zupełnie nie zwracać uwagi na to czy mężczyzna rzeczywiście usiadł, czy odszedł oburzony. Porwana natchnieniem oddała się mu falą, która przebijała grubą wełnianą kołdrę leków stabilizujących.