09.04.2024, 15:47 ✶
- Jestem pewna, że zauważyłabym traumę, gdybym jej doznała – uparła się Brenna. Trochę miała rację, bo chociaż ciemność podziemi odcisnęła swoje piętno na jej umyśle, to nie było coś, co mogłoby ją złamać: jeszcze nie. Trochę tej racji nie miała, ponieważ spychała gdzieś na bok tak wiele rzeczy, że swobodnie mogła przegapić moment, w którym wszystko ją przytłoczy.
Byłaby jednak niewątpliwie najgorszym koszmarem magipsychiatry. Nie dlatego, że była przypadkiem specjalnym, a raczej takim, który bardzo nie chciałby współpracować. Zarzuciłaby terapeutę tysiącem słów, z których żadne nie miałoby znaczenia, a potem zaczęła jeszcze wypytywać, jak minął mu dzień i czy na pewno dobrze się czuje.
Pominęła milczeniem wspomnienie o zręczności, i o tym, że jej zgadywanki, to nie fakty - na litość Merlina, czy jego zgadywanka była więc faktem? Podparła się o brzeg parapetu, obserwując brata, niepewna, co mu do licha powiedzieć, czego od niej chciał i na co liczył.
Bo chyba nie na to, że będzie bezpieczna.
Że ktokolwiek z nich będzie bezpieczny.
– Zaraz połamiesz własną różdżkę – powiedziała cicho, wyciągając rękę, by zacisnąć na moment palce na jego dłoni. Gdyby to drewno trzasnęło w jego rękach, to byłby dla niego tylko jeszcze jeden ciężar, i jeszcze jedna zmiana, której wcale nie chciał.
- Klątwa wilkołactwa wypala trzecie oko. Nawet jeśli w twojej krwi płynąłby dar, zniknąłby na zawsze wraz z ugryzieniem wilkołaka. Nie ma mowy, abyś doznał wizji przyszłości, Erik - mruknęła, bo na czym jak na czym, ale na tym cholernym temacie znała cię całkiem dobrze. Sama miała cholerne, trzecie oko, nawet jeżeli spoglądające w tył, nie w przód. I studiowała swego czasu wszystkie informacje o wilkołactwie, jakie wpadły jej w ręce. - Jestem wściekle pewna, że nie poszłabym się zabić tylko dlatego, że jestem dumna.
Ale przecież nie mogła mu obiecać, że nie umrze.
Tak samo, jak on nie mógł obiecać czegoś takiego jej. Cholera, nawet gdyby nie wojna i nie ich praca, któreś z nich mogło po prostu potknąć się na schodach i rozwalić sobie głowę. Rozpaczliwie pragnęła, żeby wszystko znów było takie, jak wtedy, kiedy byli młodzi – żeby nie musiał się o nią bać, i żeby ona nie musiała bać się o niego i o wszystkich innych. Ale świat nie działał w ten sposób. Świadomość, że nie wszyscy przeżyją tę wojnę, towarzyszyła Brennie od dawna, i stała się jeszcze bardziej namacalna wraz ze śmiercią Derwina.
Może niektórych z nich sama pośle na śmierć.
Jak miałaby więc zapewnić Erika, że wszystko będzie dobrze?
To było kłamstwo, największe z tych, jakie wypowiedziała. Ale mogła przynajmniej spróbować przekonać go, że nie doświadczył żadnego przebłysku jasnowidzenia, że sen był tylko snem, zbudowany z jego własnych strachów, ze wspomnień, jak wszystkie inne sny. Bardziej realny od innych koszmarów, bo nasycony barwami i zapachami przez magię mrocznej broni.
- W moim śnie osoby, które są już martwe, były przez chwilę znowu żywe. Uważasz, że zobaczyłam wizję przyszłości, w której limbo połączyło się z naszym światem? – spytała. To był tylko malutki fragment tego, o czym śniła: i na pewno o tych pozostałych elementach nie zamierzała opowiadać Erikowi, a może i nikomu. - To nie musi się wydarzyć.
Byłaby jednak niewątpliwie najgorszym koszmarem magipsychiatry. Nie dlatego, że była przypadkiem specjalnym, a raczej takim, który bardzo nie chciałby współpracować. Zarzuciłaby terapeutę tysiącem słów, z których żadne nie miałoby znaczenia, a potem zaczęła jeszcze wypytywać, jak minął mu dzień i czy na pewno dobrze się czuje.
Pominęła milczeniem wspomnienie o zręczności, i o tym, że jej zgadywanki, to nie fakty - na litość Merlina, czy jego zgadywanka była więc faktem? Podparła się o brzeg parapetu, obserwując brata, niepewna, co mu do licha powiedzieć, czego od niej chciał i na co liczył.
Bo chyba nie na to, że będzie bezpieczna.
Że ktokolwiek z nich będzie bezpieczny.
– Zaraz połamiesz własną różdżkę – powiedziała cicho, wyciągając rękę, by zacisnąć na moment palce na jego dłoni. Gdyby to drewno trzasnęło w jego rękach, to byłby dla niego tylko jeszcze jeden ciężar, i jeszcze jedna zmiana, której wcale nie chciał.
- Klątwa wilkołactwa wypala trzecie oko. Nawet jeśli w twojej krwi płynąłby dar, zniknąłby na zawsze wraz z ugryzieniem wilkołaka. Nie ma mowy, abyś doznał wizji przyszłości, Erik - mruknęła, bo na czym jak na czym, ale na tym cholernym temacie znała cię całkiem dobrze. Sama miała cholerne, trzecie oko, nawet jeżeli spoglądające w tył, nie w przód. I studiowała swego czasu wszystkie informacje o wilkołactwie, jakie wpadły jej w ręce. - Jestem wściekle pewna, że nie poszłabym się zabić tylko dlatego, że jestem dumna.
Ale przecież nie mogła mu obiecać, że nie umrze.
Tak samo, jak on nie mógł obiecać czegoś takiego jej. Cholera, nawet gdyby nie wojna i nie ich praca, któreś z nich mogło po prostu potknąć się na schodach i rozwalić sobie głowę. Rozpaczliwie pragnęła, żeby wszystko znów było takie, jak wtedy, kiedy byli młodzi – żeby nie musiał się o nią bać, i żeby ona nie musiała bać się o niego i o wszystkich innych. Ale świat nie działał w ten sposób. Świadomość, że nie wszyscy przeżyją tę wojnę, towarzyszyła Brennie od dawna, i stała się jeszcze bardziej namacalna wraz ze śmiercią Derwina.
Może niektórych z nich sama pośle na śmierć.
Jak miałaby więc zapewnić Erika, że wszystko będzie dobrze?
To było kłamstwo, największe z tych, jakie wypowiedziała. Ale mogła przynajmniej spróbować przekonać go, że nie doświadczył żadnego przebłysku jasnowidzenia, że sen był tylko snem, zbudowany z jego własnych strachów, ze wspomnień, jak wszystkie inne sny. Bardziej realny od innych koszmarów, bo nasycony barwami i zapachami przez magię mrocznej broni.
- W moim śnie osoby, które są już martwe, były przez chwilę znowu żywe. Uważasz, że zobaczyłam wizję przyszłości, w której limbo połączyło się z naszym światem? – spytała. To był tylko malutki fragment tego, o czym śniła: i na pewno o tych pozostałych elementach nie zamierzała opowiadać Erikowi, a może i nikomu. - To nie musi się wydarzyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.