16.12.2022, 12:53 ✶
Gdy drzwi się za nimi zamknęły, Gryfonka wycelowała w nie i wyszeptała dwa zaklęcia. Zamykające i wyciszające, jedno po drugim. Ot aby woźny przypadkiem nie próbował tutaj zajrzeć, a powędrował dalej, szukając winnych tej „straszliwej zbrodni” – bo słowa o straszliwej zbrodni, wygłoszone podniesionym głosem, mogły usłyszeć, ledwo Heather zatrzasnęła drzwi. Najwyraźniej oto nadciągnął woźny, zwabiony śladami błota.
- Czemu miałoby być źle? To znaczy Oliver musi jeszcze poćwiczyć podania, ale poza tym wszystko wyszło idealnie. Rozniesiemy Puchonów – odparła Mackenzie, najwyraźniej w pierwszej chwili przyjmując, że pytanie „czy wszystko gra” dotyczy ich techniki i przebiegu samego treningu (który jak na takie warunki pogodowe udał się nadzwyczajnie). Dopiero po chwili skojarzyła to wspomnienie o poturbowaniu ze zderzeniem w powietrzu.
Green nie była pierwszą fanką Heather. Nie dlatego, że ta coś jej zrobiła, ale dlatego że były skrajnie różne, zarówno pod względem charakteru, jak i sytuacji życiowej i sposobu zachowania. Jedynym, co je łączyło, był quidditch. Ale to wystarczyło. Mackenzie nie miałaby pretensji o żadne zderzenia i upadki, jak długo stanowiły one część niezbędnego treningu drużyny.
- Nic mi nie jest – zapewniła tylko krótko, podchodząc jednak do jednej z umywalek i oglądając twarz. Ucierpiał łuk brwiowy, niezbyt mocno wprawdzie, ale ze względu na ukrwienie faktycznie wyglądała jak żołnierz wychodzący z okopów: cała w błocie i krwi.
Zamiast jednak zająć się tym, ułożyła troskliwie na umywalkach swoją miotłę i upewniła się, że witki są całe i niepowyginane. Kupiła ten model na piątym roku, za pieniądze ciułane przez wszystkie wakacyjne i feryjne dni przepracowane w Hogsmeade, odkładane prezenty i niewielką pożyczkę od jednego z kolegów z drużyny. Własne obrażenia zajmowały ją dużo mniej niż miotła. Dopiero kiedy była pewna, że miotła nie ucierpiała za bardzo, odkręciła wodę i zabrała się za zmywanie krwi.
Jęknięcie. Westchnienie. Mackenzie też westchnęła na ten dźwięk, bo zdała sobie sprawę z tego, że oto w ucieczce przed woźnym, wpadły ni mniej, ni więcej, tylko do łazienki Jęczącej Marty. Nie bez powodu większość dziewcząt wolała biegać na trzecie albo pierwsze piętro, zamiast wchodzić tutaj.
- To ty, Marto? – spytała z pewną rezygnacją, starając się domyć twarz. Była w Hogwarcie dostatecznie długo, aby usłyszeć trochę historii o Jęczącej Marcie.
Duch dziewczyny, mniej więcej w wieku Heather, przeniknął przez drzwi jednej z kabin. Na jej nosie spoczywały wielkie, niemodne okulary. Garbiła się, głowę wciskając w widmowe ramiona. Włosy miała splątane, niezbyt gęste. Nie była ładną, a przynajmniej nie była zadbaną dziewczyną za życia, i taka pozostała po śmierci.
- Przyszłyście się ze mnie naśmiewać? – zapytała Marta płaczliwym tonem, ale nagle wyraz jej twarzy trochę się zmienił. Wydawała się prawie ucieszona, gdy spoglądała to na Heather, to na odbicie Greengrass. – Wyglądacie okropnie.
- Czemu miałoby być źle? To znaczy Oliver musi jeszcze poćwiczyć podania, ale poza tym wszystko wyszło idealnie. Rozniesiemy Puchonów – odparła Mackenzie, najwyraźniej w pierwszej chwili przyjmując, że pytanie „czy wszystko gra” dotyczy ich techniki i przebiegu samego treningu (który jak na takie warunki pogodowe udał się nadzwyczajnie). Dopiero po chwili skojarzyła to wspomnienie o poturbowaniu ze zderzeniem w powietrzu.
Green nie była pierwszą fanką Heather. Nie dlatego, że ta coś jej zrobiła, ale dlatego że były skrajnie różne, zarówno pod względem charakteru, jak i sytuacji życiowej i sposobu zachowania. Jedynym, co je łączyło, był quidditch. Ale to wystarczyło. Mackenzie nie miałaby pretensji o żadne zderzenia i upadki, jak długo stanowiły one część niezbędnego treningu drużyny.
- Nic mi nie jest – zapewniła tylko krótko, podchodząc jednak do jednej z umywalek i oglądając twarz. Ucierpiał łuk brwiowy, niezbyt mocno wprawdzie, ale ze względu na ukrwienie faktycznie wyglądała jak żołnierz wychodzący z okopów: cała w błocie i krwi.
Zamiast jednak zająć się tym, ułożyła troskliwie na umywalkach swoją miotłę i upewniła się, że witki są całe i niepowyginane. Kupiła ten model na piątym roku, za pieniądze ciułane przez wszystkie wakacyjne i feryjne dni przepracowane w Hogsmeade, odkładane prezenty i niewielką pożyczkę od jednego z kolegów z drużyny. Własne obrażenia zajmowały ją dużo mniej niż miotła. Dopiero kiedy była pewna, że miotła nie ucierpiała za bardzo, odkręciła wodę i zabrała się za zmywanie krwi.
Jęknięcie. Westchnienie. Mackenzie też westchnęła na ten dźwięk, bo zdała sobie sprawę z tego, że oto w ucieczce przed woźnym, wpadły ni mniej, ni więcej, tylko do łazienki Jęczącej Marty. Nie bez powodu większość dziewcząt wolała biegać na trzecie albo pierwsze piętro, zamiast wchodzić tutaj.
- To ty, Marto? – spytała z pewną rezygnacją, starając się domyć twarz. Była w Hogwarcie dostatecznie długo, aby usłyszeć trochę historii o Jęczącej Marcie.
Duch dziewczyny, mniej więcej w wieku Heather, przeniknął przez drzwi jednej z kabin. Na jej nosie spoczywały wielkie, niemodne okulary. Garbiła się, głowę wciskając w widmowe ramiona. Włosy miała splątane, niezbyt gęste. Nie była ładną, a przynajmniej nie była zadbaną dziewczyną za życia, i taka pozostała po śmierci.
- Przyszłyście się ze mnie naśmiewać? – zapytała Marta płaczliwym tonem, ale nagle wyraz jej twarzy trochę się zmienił. Wydawała się prawie ucieszona, gdy spoglądała to na Heather, to na odbicie Greengrass. – Wyglądacie okropnie.