09.04.2024, 19:29 ✶
Brenna na nieszczęście założyła, że uzdrowiciel ma rację.
Nie chciała zresztą niepotrzebnie ryzykować: mogło się przecież okazać, że czar konfundujący źle wpłynie na zrobaczały umysł, albo że wejdzie w jakąś reakcję z innymi zaklęciami i eliksirami i stawonóg (które to hasło Brenna postanowiła sobie zapamiętać, jako wyjątkowo intrygującą obelgę, z gatunku tych, co obrażany pewnie nie będzie nawet wiedział, w jaki sposób go tutaj obrażają) wyhoduje sobie dodatkową parę czułek. Nie naciskała więc, zamiast tego z mieszaniną fascynacji i obrzydzenia śledząc kolejne poczynania Basiliusa i powolną transmutację robaka z powrotem w człowieka. Najpierw znikł śluz, potem skóra, o ile to w ogóle można było nazwać skórą, zmieniła kolor i fakturę, wreszcie odpadła część tych dziwnych odnóży… a potem pojawiły się ręce i nogi, które w zestawieniu z robaczym tułowiem wyglądały odrobinę makabrycznie.
– Panie Collins! – wyrwało się Brennie, gdy ten spadł z kozetki.
Znak znakiem, problem polegał na tym, że pan Collins zeskoczył na przeciwną stronę niż ta, po której stała Brenna i nie miała szans od razu w niego wycelować. Wprawdzie rzuciła się do przodu i przeskoczyła przez mebel, ale w czasie, w którym to robiła, ich wspólny podopieczny zdążył walnąć o jedną z szafek (w środku coś trzasnęło, Brenna modliła się, by w Mungu zabezpieczano eliksiry, a raczej pomodliłaby się o to, gdyby miała czas na takie rzeczy), odbić się od niej i runąć prosto pod nogi Basiliusa, uderzając o nie z całkiem dużą mocą.
I tak, oczywiście, utrudniając rzucenie zaklęć w niepokornego pacjenta.
Zamiast konfundusa (którym bardzo, bardzo nie chciałaby przypadkiem potraktować uzdrowiciela) Brenna ostatecznie użyła więc czegoś innego – magiczne liny pojawiły się w powietrzu, i oplotły pana Collinsa, przyszpilając go do podłogi. Dalej przy nogach Prewetta.
– Och, bogowie, mam nadzieję, że to nie podpada pod znęcanie się nad podejrzanymi. Bardzo proszę o wpisanie do opisu przypadku, że unieruchomienie pacjenta było koniecznie ze względu na jego dobro – zażądała Brenna, a potem spojrzała na swoją lewą rękę.
Bo kiedy przeskakiwała przez kozetkę, podparła się o nią dłonią.
A prześcieradło było całe w śluzie…
– Fuj – podsumowała, chociaż bez jakiegoś wielkiego zaangażowania: jakby no to było fuj, ale takie fuj na względnie akceptowanym poziomie, nie przyprawiające jej jeszcze o drgawki z obrzydzenia.
Nie chciała zresztą niepotrzebnie ryzykować: mogło się przecież okazać, że czar konfundujący źle wpłynie na zrobaczały umysł, albo że wejdzie w jakąś reakcję z innymi zaklęciami i eliksirami i stawonóg (które to hasło Brenna postanowiła sobie zapamiętać, jako wyjątkowo intrygującą obelgę, z gatunku tych, co obrażany pewnie nie będzie nawet wiedział, w jaki sposób go tutaj obrażają) wyhoduje sobie dodatkową parę czułek. Nie naciskała więc, zamiast tego z mieszaniną fascynacji i obrzydzenia śledząc kolejne poczynania Basiliusa i powolną transmutację robaka z powrotem w człowieka. Najpierw znikł śluz, potem skóra, o ile to w ogóle można było nazwać skórą, zmieniła kolor i fakturę, wreszcie odpadła część tych dziwnych odnóży… a potem pojawiły się ręce i nogi, które w zestawieniu z robaczym tułowiem wyglądały odrobinę makabrycznie.
– Panie Collins! – wyrwało się Brennie, gdy ten spadł z kozetki.
Znak znakiem, problem polegał na tym, że pan Collins zeskoczył na przeciwną stronę niż ta, po której stała Brenna i nie miała szans od razu w niego wycelować. Wprawdzie rzuciła się do przodu i przeskoczyła przez mebel, ale w czasie, w którym to robiła, ich wspólny podopieczny zdążył walnąć o jedną z szafek (w środku coś trzasnęło, Brenna modliła się, by w Mungu zabezpieczano eliksiry, a raczej pomodliłaby się o to, gdyby miała czas na takie rzeczy), odbić się od niej i runąć prosto pod nogi Basiliusa, uderzając o nie z całkiem dużą mocą.
I tak, oczywiście, utrudniając rzucenie zaklęć w niepokornego pacjenta.
Zamiast konfundusa (którym bardzo, bardzo nie chciałaby przypadkiem potraktować uzdrowiciela) Brenna ostatecznie użyła więc czegoś innego – magiczne liny pojawiły się w powietrzu, i oplotły pana Collinsa, przyszpilając go do podłogi. Dalej przy nogach Prewetta.
– Och, bogowie, mam nadzieję, że to nie podpada pod znęcanie się nad podejrzanymi. Bardzo proszę o wpisanie do opisu przypadku, że unieruchomienie pacjenta było koniecznie ze względu na jego dobro – zażądała Brenna, a potem spojrzała na swoją lewą rękę.
Bo kiedy przeskakiwała przez kozetkę, podparła się o nią dłonią.
A prześcieradło było całe w śluzie…
– Fuj – podsumowała, chociaż bez jakiegoś wielkiego zaangażowania: jakby no to było fuj, ale takie fuj na względnie akceptowanym poziomie, nie przyprawiające jej jeszcze o drgawki z obrzydzenia.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.