No i dlaczego Rosie nie miała żadnej siostry? Nie powiedział tego wystarczająco jasno i klarownie? Dlaczego nie pomyślała o tym, że powinna mieć siostrę, która powinna być w wieku Stanleya, mieć na imię Ambrosia i być tak wspaniała i dobroduszna i w ogóle jak ona? Gdzie były te jej umiejętności jasnowidzenia o których Borgin przecież nie wiedział. Nie było! Tak jak nie było żadnej siostry, a szkoda. I jak tu człowiek miał dalej żyć? Bez sensu.
- No i super. Ślizgonki som najlepsze - skwitował to co przed chwilą powiedziała McKinnon. W życiu by jej nie oskarżył o posiadanie koleżanek z innych domów, a już na pewno tych wstrętnych Gryfonek. Krukonki i Puchonki mógł by jeszcze zaakceptować ale te od tego całego lwa? Bez szans! - No ale skoro Twoje najlepsze koleżanki były właśnie ze Slytherinu i były z Tobą w szkole... to znaczy, że już ich nie ma. Ehh... - podsumował. Dlaczego mówiła mu tyle przykrych rzeczy, a zarazem była taka miła? Skoro chciała go dobić to niech to zrobi wprost. Niech wbije mu sztylet prosto w serce. Może jeszcze co, zaprosi tutaj swojego chłopaka?
Kolejne kłamstwo, które padło z jej strony. Jak Rosie mogła nie być stworzona do profesorowania. Na pewno była stworzona tylko tak mówiła, aby on się nie czuł gorzej, ponieważ musi jeszcze chodzić do Hogwartu. Trzeba było przyznać jedno - była bardzo skromną osóbką, a ten jakiś niewymowny to niech weźmie sobie lepiej jakiś rutinoscorbin i się od niej odczepi, bo inaczej będą musieli inaczej sobie porozmawiać. Oczywiście z tą całą niemową bez głowy, która czepiała się ich wspaniałej blondynki.
- O! Ja też - rozchmurzył się od razu. Mieli tyle wspólnego z Rosie! Znaczy na razie to nienawiść do przyrody i koleżanki ze Slytherinu - od czegoś jednak musieli zacząć, czyż nie? - No tak. Na przykład Ty... Ale skoro nie chcesz... To nie wiem. To ja nie chcę się tego uczyć. Nie chciałem już wcześniej, chociaż moja mama jest przeciwko temu... Bo wiesz - wzruszył ramionami - Ona się na tym zna i na tych całych eliksirach. Chciałaby, abym też sadził jakieś zielone ustrojstwa i robił te jakieś mikstury... A TO NUDA - podsumował Anne i jej pracę w świętym Mungu. Stanley nie chciał tego robić, bo on nie widział nic szczególnego w tych roślinach. Prawdę mówiąc to nie widział nic, ponieważ nie uważał na zajęciach, nie robił notatek i nawet samemu nie pisał tych egzaminów czy zaliczeń. Miał od tego swojego wspaniałe koleżanki jak Lorraine czy Maeve czy ktokolwiek, kto podał mu pomocną dłoń kiedy był na dnie - biologicznym dnie.
- Dasz radę Rosie! Kto jak nie Ty! - dodawał jej otuchy. A nawet jeżeli nie dodawał, próbował to zrobić. Nie powinna był się udręcząć jakimś nudnym wróżbiarstwem i jakimś chłopkiem, co ją prześladował i nawet nie potrafił mówić. McKinnon to rzeczywiście miała ciekawe życie ale poznawała strasznie dziwne osoby. Kim jednak był Stanley, aby ją oceniać?
Nie musiała go przepraszać. Nic mu nie zrobiła. Było to odrobinę dziwne, że Hades się nią nie chwalił i że w sumie to nie było nic wiadomo o tym wszystkim. W zasadzie to Borginowie nie wiedzieli za bardzo za kogo wychodzi Persephona. Skoro była szczęśliwa, a McKinnonowie nie byli jakimś złym rodem (a na pewno nie, aż tak) to czemu ktoś miałby mieć coś przeciwko? Młody Borgin zresztą nie bardzo się orientował w tej całej grze politycznej związanej z czystością krwi. Miał to gdzieś - grunt, że się dobrze bawił.
- Rozumiem... Czyli to wina Hadesa. Wszystko jasne. Kiedyś jak urosnę to się z nim policzę o to. Masz moje słowo! - uniósł palec do góry, aby złożyć obietnicę. Nie miał przecież pojęcia, że za kilkanaście lat przyjdzie mu walczył ramię w ramię z Rosie o dobre imię Persephony. Nie wiedzieli też przecież, że zostaną duetem najlepszych rodziców chrzestnych jacy tylko istnieją, gdzie Stanley nawet nie będzie de facto ojcem chrzestnym. Nie wiedzieli też przecież, że będą mieli wspólnie kota, wspólny biznes. Nie wiedzieli w zasadzie niczego i zapewne śmialiby się do rozpóku w dniu dzisiejszym gdyby ktoś im o tym powiedział.
- Się robi - odparł, otrzymując aprobatę i rozlewając do kieliszków. Robił to wręcz z chirurgiczną precyzją jak specjalista po kilku głębszych - w sensie, że odrobinę mu się trzęsły ręce - T-t-t... Tańczyć...? - wybiła go z rytmu i mógłby upuścić flaszkę, gdyby nie to, że już zdążył ją odłożyć - No tak... tak... średnio? - podrapał się po czole. Nikt go nigdy nie pytał czy potrafił tańczyć. Nikt mu też nie mówił, że potrafi to robić lub też że tego nie potrafi - Eee... No... czemu by nie, nie? - wzruszył odrobinę ramionami. Czemu miałby nie podjąć rękawicy, która została mu rzucona?
Borgin chlusnął bo prawie usnął, a jednak to się prawie udławił kiedy usłyszał jak jakiś złamas mówi coś do JEGO Rosie. W mgnieniu oka nauczył się hiszpańskiego i już był skłonny pytać go - "Hola, hola, co Ty tu pierdolisz gościu kolorowy?". Tak by mimo wszystko nie powiedział, bo co by powiedziała mama, gdyby się o tym dowiedziała. Mniejsza o to - coś tutaj było bardzo nie tak.
Swojej kolekcji dilodosu z kości? To była jakaś dziwna roślina? Brzmiało jak coś co rośnie wysoko w górach. Powinien zgłębić tę wiedzę? Nie, raczej nie. To była pszyroda, a przecież ustalili z Ambrosią, że nie będą tykać tej paskudnej dziedziny naukowej. Stanley uniósł więc tylko zdziwioną brew na te słowa, wszak co innego mógł zrobić. Gość co przyszedł wspomniał też coś o jakiejś minie, więc na pewno chodziło o jakiś rzadki okaz!
- Cześć... stary? - spojrzał na niego, oceniając go od stóp do głów. Nie skłamał, ponieważ "słoneczny" chłop był od niego starszy. W tym momencie nastąpił cios. Rozwód? A nawet nie zdążyli wziąć ślubu. A było przecież tak blisko. Przez głowę młodzieńca przeszło tysiąc i jedna myśl - wszystkie groziły ich nowemu przybyszowi. Miał jednak szczęście, że był starszy i wyższy, a nie należało bić starszych i wyższych... albo jakoś tak. Nie pamiętał już szczegółów tego powiedzionka, ponieważ był za bardzo zajęty. Nie zamierzał się jednak poddawać - to, że przegrał wojnę, nie znaczy, że miał poddać bitwę.
- Po pierwsze to nie Ty... - poprawił go. Był na swojej ziemi, walczył o (nie) swoją przyszłą żonę i to Mulciber poszedł do jego stolika, gdzie to on rozlewał alkohol - A Stanley Andrew Borgin... Ale może być po prostu Stanley... Też będziesz pił? - zapytał, rozglądając się za jakimś wolnym kieliszkiem. Teraz żałował, że nie potrafił robić tych mikstur - zaraz by skleił jakąś truciznę, aby się pozbyć tego wrzoda w ich pięknej relacji.
- Może być... za... hmm... nie wiem - poklepał się po brodzie - Wiem! Wymyślisz za co wznosimy toast, to też Ci poleję - przedstawił ofertę nie do odrzucenia, polewając sobie i Rosie. Alexander musiał dopiero zasłużyć na to, aby ów trunek z nimi wypić.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972