10.04.2024, 14:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2024, 14:24 przez Millie Moody.)
Brak wódki w ręku irytował ją.
Zasrany świat również.
Pieprzone karty również.
Słowa Morpheusa również.
Jej pojebana dusza również.
Jej upośledzone ciało również.
Brak Alastora w domu również.
Brak Alastora w domu najbardziej.
– Pierdole taki świat i taką zmianę i pierdolę to, że jacyś ludzie muszą wychodzić na ulice, żeby mogli nazywać się ludźmi. Wiesz co, miałam to w dupie w sumie, tych całych charłaków w sensie... kurwa no... nie mam daru, tak jak Ty czy... – czy Alastor. Ale Alastor nie miał już daru, miał klątwę, która mu ten dar zabrała. Mildred była chyba jedyną osobą, która cieszyła się z tej sytuacji. Pozwalała ona kochać brata, a nie zazdrościć mu mocy, których jej odmówiono. –.. czy moja matka. Ale lubiłam sobie myśleć że "pieprze to, może nie widzę przyszłości, ale przynajmniej nie jestem charłakiem". I było mi kurwa lepiej. A teraz jest mi gorzej, bo to jest pojebane. Świat zaprojektowany przez czarujących, wszystko ogarniane magią i pośród tego ludzie, którzy myśleli, że będą tacy jak ten świat, a tymczasem jeb drzwi zniknęły, list nie nadszedł, nikt nie dał im różdżki w dłoń. Prze-je-ba-ne, może lepiej byłoby im zrobić jakąś wioskę kurwa nie wiem, w której mogliby sobie po prostu żyć i wszystkie skrzaty świata by im usługiwały, żeby mieli chociaż namiastkę, ale i tak wiem, o kurwa jak dobrze wiem, że czuli by się kurwa jak szmaty, jak nieudany eksperyment genetyczny, wyjebani z domów, ukrywani po piwnicach. Wkurwia mnie, że jest ich tak dużo a te szmaty czyste rody nic nie zrobiły, żeby zmienić ich sytuacje, tylko knebel w ryj i areszt domowy. – Zirytowana szarpnęła ręką zrzucając kołdrę, wiedziała, że nie da rady, że nie usiedzi w łóżku i nie chodziło wcale o zlizywanie wódki z podłogi, ale o Alastora, on gdzieś tam był, ona go potrzebowała, ale musiała przełknąć gorzką pigułkę z wiedzą, że praca była na pierwszym miejscu zawsze.
Jej wychudłe nogi przypominały bardziej kości z naciągniętą papierową skórą. Była w samych majtkach, raczej nie spodziewała się wizyty kogokolwiek, a tak było prościej leżeć i narzekać na swój los. A teraz wstała wściekła, bliska płaczu lub wrzasku, lub obu. Wstała i momentalnie zjebała się na podłogę, bo felerna klątwa uprzejmie jej przypomniała, że nadale jest kaleką. Nic, tylko malować ją taką rozwaloną na podłodze, przebitą dziesiątką mieczy. Szkoda, że koc nie był czerwony. Bardziej by pasowało.
– Idź sobie, nie chce Cie tutaj.– sapnęła z twarzą wbitą w zakurzoną, lepiącą się podłogę. Nie podnosiła się, nie drgnęła nawet, tylko jej krzywe palce drapały podłogę, z każdym razem coraz mocniej, jakby rychło chciała pożegnać się ze swoimi paznokciami.
Zasrany świat również.
Pieprzone karty również.
Słowa Morpheusa również.
Jej pojebana dusza również.
Jej upośledzone ciało również.
Brak Alastora w domu również.
Brak Alastora w domu najbardziej.
– Pierdole taki świat i taką zmianę i pierdolę to, że jacyś ludzie muszą wychodzić na ulice, żeby mogli nazywać się ludźmi. Wiesz co, miałam to w dupie w sumie, tych całych charłaków w sensie... kurwa no... nie mam daru, tak jak Ty czy... – czy Alastor. Ale Alastor nie miał już daru, miał klątwę, która mu ten dar zabrała. Mildred była chyba jedyną osobą, która cieszyła się z tej sytuacji. Pozwalała ona kochać brata, a nie zazdrościć mu mocy, których jej odmówiono. –.. czy moja matka. Ale lubiłam sobie myśleć że "pieprze to, może nie widzę przyszłości, ale przynajmniej nie jestem charłakiem". I było mi kurwa lepiej. A teraz jest mi gorzej, bo to jest pojebane. Świat zaprojektowany przez czarujących, wszystko ogarniane magią i pośród tego ludzie, którzy myśleli, że będą tacy jak ten świat, a tymczasem jeb drzwi zniknęły, list nie nadszedł, nikt nie dał im różdżki w dłoń. Prze-je-ba-ne, może lepiej byłoby im zrobić jakąś wioskę kurwa nie wiem, w której mogliby sobie po prostu żyć i wszystkie skrzaty świata by im usługiwały, żeby mieli chociaż namiastkę, ale i tak wiem, o kurwa jak dobrze wiem, że czuli by się kurwa jak szmaty, jak nieudany eksperyment genetyczny, wyjebani z domów, ukrywani po piwnicach. Wkurwia mnie, że jest ich tak dużo a te szmaty czyste rody nic nie zrobiły, żeby zmienić ich sytuacje, tylko knebel w ryj i areszt domowy. – Zirytowana szarpnęła ręką zrzucając kołdrę, wiedziała, że nie da rady, że nie usiedzi w łóżku i nie chodziło wcale o zlizywanie wódki z podłogi, ale o Alastora, on gdzieś tam był, ona go potrzebowała, ale musiała przełknąć gorzką pigułkę z wiedzą, że praca była na pierwszym miejscu zawsze.
Jej wychudłe nogi przypominały bardziej kości z naciągniętą papierową skórą. Była w samych majtkach, raczej nie spodziewała się wizyty kogokolwiek, a tak było prościej leżeć i narzekać na swój los. A teraz wstała wściekła, bliska płaczu lub wrzasku, lub obu. Wstała i momentalnie zjebała się na podłogę, bo felerna klątwa uprzejmie jej przypomniała, że nadale jest kaleką. Nic, tylko malować ją taką rozwaloną na podłodze, przebitą dziesiątką mieczy. Szkoda, że koc nie był czerwony. Bardziej by pasowało.
– Idź sobie, nie chce Cie tutaj.– sapnęła z twarzą wbitą w zakurzoną, lepiącą się podłogę. Nie podnosiła się, nie drgnęła nawet, tylko jej krzywe palce drapały podłogę, z każdym razem coraz mocniej, jakby rychło chciała pożegnać się ze swoimi paznokciami.