Osoba, z którą spotykała się Olivia... nie, jakakolwiek osoba, która chciałaby dobrze dla swojej miłości i jednocześnie ta miłość byłaby zdrowa, nie chciałaby widzieć drugiej połówki tulącej się do "byłego". Nigdy nie byli z Olivią razem, nigdy nie mieli związku, ale to, co między nimi było, było inteensywne. Laurent nie mógłby powiedzieć, że niczego do niej nie czuł, że to był tylko seks, bo "tylko seks" mógł uskutecznić z... niemal każdym. Tak, był taki arogancki i taki pyszny pod tym względem, że rzadko kiedy myślał o kimś jako o osobie "niedostępnej". Zazwyczaj było tylko ważenie, ile energii trzeba, żeby tę osobę pojmać w swój urok. Potem była taka Olivia, która była po prostu wspaniałą osobą. Laurent kochał słoneczniki i były ulubionymi kwiatami w jego ogrodzie - Olivia sama była jak słonecznik. Uśmiechnięta, jaśniejąca, kwitnąca zimą jak i wiosną. Nie dało się być przy niej samotnym, wypełniała ciszę, zasklepiała chociaż na chwilę potrzebę ludzkiej bliskości, którą nie definiowało zbliżenie fizyczne. Teraz, kiedy się przytulili, ta potrzeba już nie znikała. Ona przy nikim chyba nie znikała. Były osoby, które ją wypełniały intensywnością emocji - podpalały lont, który płonął i wypalał się do cna.
- Pierwszy dzień w szkole... Tak, pamiętam, jak to było. - Wielkie oczekiwania, ale i wielki strach. Możesz przeżyć zawód, a może wydarzy się coś okropnego, co cię zdyskwalifikuje na starcie. Czy jedzenie będzie dobre, czy znajdziesz znajomych, czy może zostaniesz zupełnie bez nich. Czy zajęcia będą fajne, a nauczycieli polubisz? Wszystko w oczach dziecka było wielkie, kiedy ty ledwo odrastałeś od ziemi, niezależnie od płci. Zależne mogło być to jedynie do tego, z jakiego domu wyszedłeś. Laurent bardzo wysoko niósł wtedy głowę, bo przecież był jedynym synem Edwarda Prewetta. Wtedy sądził, że to coś znaczyło. Dziś wiedział, że to tylko tarcza przed osobami, które przedwcześnie i nierozważnie chciałyby mu zrobić krzywdę - tylko tyle. Albo aż tyle.
Tak, ktoś mógł jej szukać, a te słowa obudziły w nim w końcu poczucie winy. Nie chciał jej tutaj zostawiać, ale zabierać? Skoro ktoś mógł szukać? Cała kolej argumentów jechała torami, żeby zetrzeć się z blokadą mówiącą, że to nie było moralne - zabierać i przywłaszczać sobie coś, co nie należało do siebie. Przecież gdyby chciał to zapłaciłby za stworzenie takiej, na pewno by się udało... prawda? Albo i nie. Niektóre magiczne przedmioty były prawdziwymi dziełami sztuki i zrobienie ich nie było wcale takie proste. Podpisu rzemieślnika, który to dzieło wykonał, nie było.
- Co jeśli natknie się na to jakiś mugol? - O! Argument przemawiający za tym, żeby jednak ją zabrać. Laurent niemal gorączkowo takich argumentów teraz szukał, wcale nie chcąc się rozstać z tą melodią i tymi wspomnieniami, które zajaśniały w jego głowie. Wsunięta fotografia ze starych zdjęć w całkowicie nową ramkę. Tak, wspomnienia się rozpływały, coraz bardziej byli tu i teraz. Słabo mu się wręcz zrobiło, kiedy Olivia dodała jeszcze o tym, że można się w przeszłości zatracić. Oj tak, można było nawet w niej utonąć, ale przecież dobrze się trzymał czasów teraźniejszych, prawda? Bardzo dobrze się trzymam, nic mi nie będzie. W którymś punkcie powtarzasz sobie mantry, żeby przekonać do nich samego siebie. - Przechowam ją do jutra i oddam do biura brygadzistów, zgoda? - Bo to było cenne i mógł ktoś zgłosić kradzież czy zaginięcie - więc jeśli ktoś mógł ustalić, kto mógł takie cudo zgubić czy stracić to właśnie oni. - Nie chciałabyś jej posłuchać... jeszcze raz? - Stokrotki, lilie wodne, tulipany i przebiśniegi. Biel, czysta, kołysząca się między zielenią albo sunąca po tafli jeziora. Czy może jednak róża? Taka, że łatwo było zapomnieć, że też ma swoje kolce. Sam chciałby się widzieć jako różę, ale wcale się na taką nie czuł. Tylko czasem, z rzadka, kiedy budowało się w nim coś nakazującego stanąć przeciw temu światu.