16.12.2022, 14:41 ✶
Źle posprzątałaś pokój. Usuń ten kurz spod łóżka.
Tak, mamo.
Ta choinka wygląda okropnie. Dlaczego jest taka kolorowa? Zmień kolor bombek, Mackenzie. Ten czerwony jest mało estetyczny. Zieleń. Tylko zieleń i srebro.
Tak, mamo.
Wysłałaś kartki świąteczne do dziadka, babci i wujka, Mackenzie?
Po co? I tak nigdy nie odpisują. Pewnie wyrzucają je na śmieci.
Mackenzie! Natychmiast wyślij kartki! Może ciebie nie obchodzi nasza rodzina, ale mnie tak!
Dobrze, mamo.
To były… zwykłe święta. Takie same jak poprzednie i jeszcze poprzednie oraz każde, które Mackenzie spędzała w domu matki w Hogsmeade. Pełne gorączkowego sprzątania, przygotowania dań, nie ruszania świątecznych potraw, bo to na święta, po których będą je dojadać przez tydzień, pretensji, ataków płaczu matki i jedynej przyjemnej części całego, przedświątecznego rozgardiaszu: dekorowania fasady domu, ogrodu i samego wnętrza świątecznymi roślinami. Mackenzie nie odczuwała więc świątecznej atmosfery, mimo tego, że Hogsmeade pośród śniegów wyglądało na miejsce iście z zimowej bajki.
W stosunku do poprzednich lat poprawiło się tylko jedno. Tym razem Mackenzie było stać na kupno dokładnie takiej choinki, o jakiej marzyła matka, perfum i jedwabnej sukni, które bardzo chciała dostać i przyniesienie do domu indyka, owoców i najdroższych ciast z cukierni, nie jak w poprzednich latach – kurczaka i najtańszej babki. Nie było już gorączkowego szacowania wydatków i zastanawiania się, na co mogą sobie pozwolić. Ścieżka kariery, której Olivia Greengrass tak bardzo nie popierała, okazała się opłacalna.
Wracała właśnie do domu, położonego na uboczu, z rośliną zwaną gwiazdą betlejemską pod pachą. Wypad po nią stanowił chwilę wytchnienia po gorączkowych przygotowaniach do świątecznej kolacji i przed samą, na pewno trudną kolacją. Czerwone kwiaty i zielone liście kwiatu, zabezpieczonego przed mrozem specjalnym zaklęciem, wyróżniały się już z daleka na tle bieli i czerni, bo niedawno zdążył zapaść zmrok. W półmroku doskonale widoczne były też jasne włosy Mackenzie, wymykające się spod ciemnej czapki.
Nie zdążyła jednak dojść do domu. Po drodze jej uwagę przyciągnęło bowiem coś innego.
Ogień.
Zatrzymała się na moment, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, co się dzieje. Dopiero po chwili dotarło do niej, że domek ich najbliższych sąsiadów – też leżący nieco na uboczu – płonął. W środku mieszkał czarodziej półkrwi i jego niedawno poślubiona żona, kobieta z mugolskiej rodziny.
Mackenzie tak naprawdę nie była zwolenniczką mugoli. Byli dla niej postaciami z bajek: tymi chciwymi, chcącymi zdobyć magiczne moce, tymi głupimi, dającymi się oszukać czarodziejom, tymi okrutnymi, koniecznie chcącymi wsadzić kogoś na stos. Niezbyt ją interesowali i dlatego na pewno nie pasowałaby do szeregów Zakonu Feniksa, o którego istnieniu zresztą nie miała zielonego (ani żadnego innego) pojęcia. Ale nie była też na pewno zwolenniczką napadów (chociaż na razie nie wiedziała, że to napad) ani pożarów w swojej rodzinnej miejscowości. Poza tym znała Davida i Clarę, a chociaż się z nimi nie przyjaźniła, to patrzenie w drugą stronę, kiedy płonął ich dom, nie było w jej stylu. Greengrass dobyła różdżki, kierując ją na swoje gardło i…
- PALI SIĘ! – krzyk, wzmocniony sonorus, potoczył się po okolicy ledwo sekundy po tym, jak Corvus aportował się z miejsca napaści. Mackenzie, wciąż z jakichś powodów (chyba nie pomyślała o tym, by ją upuścić…) z rośliną pod pachą, rzuciła się biegiem w stronę domu, brnąc przez zaspy. Śnieg i lód utrudniały przemieszczenie i gdy dotarła pod budynek, ten już stał w płomieniach.
Nikogo nie było w środku.
Prawda?
Ale… zdawało się jej, że słyszała walenie… i… zaraz… napis… na drzwiach był jakiś napis…
Upuściła wreszcie roślinę, czerwone kwiaty padły prosto na biały śnieg. Znów wycelowała różdżką, tym razem w drzwi, te nie otworzyły się jednak po prostej alohomorze i to był ten moment, w którym Mackenzie poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Chyba dopiero teraz zrozumiała, że to nie jest przypadek. Od manifestu Voldemorta minęło zbyt mało czasu, aby Mackenzie natychmiast spodziewała się śmierciożerców w takich sytuacjach. Kolejne dwa czary walnęły w wejście, a potem następne, aż drzwi wreszcie ustąpiły, rozpadając się w drobny mak.
Poparzona Clara, krztusząc się dymem, wyczołgała się z wnętrza, a w tym samym momencie dach powoli zaczął się walić… zapewne zasypując w środku Davida. Lub jego ciało, bo istniała spora szansa, że mężczyzna już nie żył. Gdzieś z daleka zaś zaczęły dobiegać głosy, nawoływania – kolejni ludzie z Hogsmeade, zwabieni czy to krzykiem Mackenzie, czy widokiem ognia, nadciągali. Ktoś zabrał się za próbę dogaszania, ktoś uciekał… nie dostrzegła, że w pobliżu pojawił się Corvus i matka jednego z mieszkańców. Pozostawiając za sobą gwiazdę betlejemską, rzuciła się do przodu, ku Clarze.
Tak, mamo.
Ta choinka wygląda okropnie. Dlaczego jest taka kolorowa? Zmień kolor bombek, Mackenzie. Ten czerwony jest mało estetyczny. Zieleń. Tylko zieleń i srebro.
Tak, mamo.
Wysłałaś kartki świąteczne do dziadka, babci i wujka, Mackenzie?
Po co? I tak nigdy nie odpisują. Pewnie wyrzucają je na śmieci.
Mackenzie! Natychmiast wyślij kartki! Może ciebie nie obchodzi nasza rodzina, ale mnie tak!
Dobrze, mamo.
To były… zwykłe święta. Takie same jak poprzednie i jeszcze poprzednie oraz każde, które Mackenzie spędzała w domu matki w Hogsmeade. Pełne gorączkowego sprzątania, przygotowania dań, nie ruszania świątecznych potraw, bo to na święta, po których będą je dojadać przez tydzień, pretensji, ataków płaczu matki i jedynej przyjemnej części całego, przedświątecznego rozgardiaszu: dekorowania fasady domu, ogrodu i samego wnętrza świątecznymi roślinami. Mackenzie nie odczuwała więc świątecznej atmosfery, mimo tego, że Hogsmeade pośród śniegów wyglądało na miejsce iście z zimowej bajki.
W stosunku do poprzednich lat poprawiło się tylko jedno. Tym razem Mackenzie było stać na kupno dokładnie takiej choinki, o jakiej marzyła matka, perfum i jedwabnej sukni, które bardzo chciała dostać i przyniesienie do domu indyka, owoców i najdroższych ciast z cukierni, nie jak w poprzednich latach – kurczaka i najtańszej babki. Nie było już gorączkowego szacowania wydatków i zastanawiania się, na co mogą sobie pozwolić. Ścieżka kariery, której Olivia Greengrass tak bardzo nie popierała, okazała się opłacalna.
Wracała właśnie do domu, położonego na uboczu, z rośliną zwaną gwiazdą betlejemską pod pachą. Wypad po nią stanowił chwilę wytchnienia po gorączkowych przygotowaniach do świątecznej kolacji i przed samą, na pewno trudną kolacją. Czerwone kwiaty i zielone liście kwiatu, zabezpieczonego przed mrozem specjalnym zaklęciem, wyróżniały się już z daleka na tle bieli i czerni, bo niedawno zdążył zapaść zmrok. W półmroku doskonale widoczne były też jasne włosy Mackenzie, wymykające się spod ciemnej czapki.
Nie zdążyła jednak dojść do domu. Po drodze jej uwagę przyciągnęło bowiem coś innego.
Ogień.
Zatrzymała się na moment, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, co się dzieje. Dopiero po chwili dotarło do niej, że domek ich najbliższych sąsiadów – też leżący nieco na uboczu – płonął. W środku mieszkał czarodziej półkrwi i jego niedawno poślubiona żona, kobieta z mugolskiej rodziny.
Mackenzie tak naprawdę nie była zwolenniczką mugoli. Byli dla niej postaciami z bajek: tymi chciwymi, chcącymi zdobyć magiczne moce, tymi głupimi, dającymi się oszukać czarodziejom, tymi okrutnymi, koniecznie chcącymi wsadzić kogoś na stos. Niezbyt ją interesowali i dlatego na pewno nie pasowałaby do szeregów Zakonu Feniksa, o którego istnieniu zresztą nie miała zielonego (ani żadnego innego) pojęcia. Ale nie była też na pewno zwolenniczką napadów (chociaż na razie nie wiedziała, że to napad) ani pożarów w swojej rodzinnej miejscowości. Poza tym znała Davida i Clarę, a chociaż się z nimi nie przyjaźniła, to patrzenie w drugą stronę, kiedy płonął ich dom, nie było w jej stylu. Greengrass dobyła różdżki, kierując ją na swoje gardło i…
- PALI SIĘ! – krzyk, wzmocniony sonorus, potoczył się po okolicy ledwo sekundy po tym, jak Corvus aportował się z miejsca napaści. Mackenzie, wciąż z jakichś powodów (chyba nie pomyślała o tym, by ją upuścić…) z rośliną pod pachą, rzuciła się biegiem w stronę domu, brnąc przez zaspy. Śnieg i lód utrudniały przemieszczenie i gdy dotarła pod budynek, ten już stał w płomieniach.
Nikogo nie było w środku.
Prawda?
Ale… zdawało się jej, że słyszała walenie… i… zaraz… napis… na drzwiach był jakiś napis…
Upuściła wreszcie roślinę, czerwone kwiaty padły prosto na biały śnieg. Znów wycelowała różdżką, tym razem w drzwi, te nie otworzyły się jednak po prostej alohomorze i to był ten moment, w którym Mackenzie poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Chyba dopiero teraz zrozumiała, że to nie jest przypadek. Od manifestu Voldemorta minęło zbyt mało czasu, aby Mackenzie natychmiast spodziewała się śmierciożerców w takich sytuacjach. Kolejne dwa czary walnęły w wejście, a potem następne, aż drzwi wreszcie ustąpiły, rozpadając się w drobny mak.
Poparzona Clara, krztusząc się dymem, wyczołgała się z wnętrza, a w tym samym momencie dach powoli zaczął się walić… zapewne zasypując w środku Davida. Lub jego ciało, bo istniała spora szansa, że mężczyzna już nie żył. Gdzieś z daleka zaś zaczęły dobiegać głosy, nawoływania – kolejni ludzie z Hogsmeade, zwabieni czy to krzykiem Mackenzie, czy widokiem ognia, nadciągali. Ktoś zabrał się za próbę dogaszania, ktoś uciekał… nie dostrzegła, że w pobliżu pojawił się Corvus i matka jednego z mieszkańców. Pozostawiając za sobą gwiazdę betlejemską, rzuciła się do przodu, ku Clarze.