Gdyby wydłubał oczy Perseusa i rozciągnął je w złotej ramie (nie, nie, srebro bardziej do niego pasowało) to jakim widziałby siebie samego? Skoro ten człowiek miał takie życzenie, którego spełnić na razie nie potrafili, żeby dojrzał siebie samego w tej idealnej wersji, w tym złotym wieńcu z laur, jak głosiło jego imię, w białej szacie, w promieniach słońca, żeby się uśmiechał to co zobaczyłby w tym onyksowym lustrze przecinanym zielonym połyskiem? Perseus stałby tam, okaleczony, ale uśmiechnięty, bo na swoim cierpiętnictwie, podlewając podłogą własną krwią broczącą z oczodołów, stąpałyby blade nogi Laurenta przyglądającego się sobie samemu ze wszystkich stron. Szczęśliwy. Ile krwi musiałby wylać i co jeszcze stracić, żeby się w tym świecie ocknął? Potrzeba potrząśnięcia, by ból już nie wbijał igieł w całe jego ciało, tkwiła w nim tak głęboko, że nawet nie nazywał tego potrzebą. Mówił: nie jestem dobry w dbaniu o siebie. Mój Piękny, więc ktoś musi zadbać o Ciebie. Cofnąłby czas, zmył tę krew, nie tworzył żadnego lustra. Nie powiedział przykrych, brzydkich słów, które nie przystawały do obrazu, jakim widzieli go inni. Nie musiał mieć tego lustra, wolał oczy, które przestawały być nasączone jak gąbka boleścią, a wypełniały się ciepłem, dozą uwielbienia, miłości, adoracji. Tak, wolał je takimi. Mógł się przeglądać w tych lustrach, bo przecież najpiękniejszą ramą dla nich była blada twarz Perseusa Blacka.
- To nieprawda. - Nie starł łez z kąciku oczu, które zatrzymały się na powiekach, trochę zlepiły jego czarne (jak malowane) rzęsy. Firmament nieba zostałby ozdobiony przynajmniej jedną gwiazdą, gdyby choć kropla uroniła się w pełni z tych onyksowych luster. - Twoje emocje mogą nie być odpowiedzialnością drugiego człowieka, ale słowa, które je wzbudziły już są. Relacje nie polegają na tym, żeby oddzielać od siebie odpowiedzialność, Perseusie. Polegają na tym, żeby tę odpowiedzialność dzielić między sobą. - Za siebie wzajem, dla siebie wzajem, dla swojego dobra i dla czułości. Czy Perseus w zasadzie potrafił to robić? Laurent mówił o tym bez wątpliwości i chociaż nie brzmiał stanowczo, to stanowcze było jego przesłanie. Nie wątpił w nie. Gdybym tylko wiedział, jak wygląda twoje życie, może łatwiej byłoby to zrozumieć. Wszystko. Ciebie, siebie, nas. Ten las wokół i dlaczego jeśli otworzę oczy to będą błądzić po każdej kropelce rosy zebranej na kosmykach twoich czarnych jak noc włosów. Wraz z tym pierwszych spojrzeń, jakie wymieniliśmy, musiałeś porwać moją duszę i zmusić ją do podpisania jakiegoś cyrografu. To było naprawdę za dużo. Za mocno eksplodował ten wszechświat między nimi. Szczególnie w gąszczu tych beznadziejnych emocji i relacji, których się chwytał, próbując coś zbudować. Cokolwiek.
Nie ufał mu, och nie. Nie ufał za nic, nie chciał widzieć siebie takim, jakim on go widział, bo przecież znał już tę śpiewkę. Piękny, czysty, boski anioł pleciony ze światła. Nie jestem taki. Dzisiaj byś mówił, że nie jesteś taki, ale jutro naprawdę przejrzałbyś się w lustrze i znowu powiedział samemu sobie: przecież mogę być dla niego aniołem. Wiedzieli o sobie za mało, a każde słowo i tak plotło sznur budowanego między nimi mostu. Tak rodziło się porozumienie. Dziwnie szybko, jakby zbyt wiele doświadczeń w końcu zmusiło ich do spotkania się pośrodku, a walczyć z tym - to jak walczyć ze wszechświatem.
Delikatne były te ręce, które go podniosły i które go objęły. Święty był dotyk i kantyką wyśpiewywana bliskość. Benedictus mimo późnej pory, słońce mimo chmur, drzew i mgły. Unosił go i nie próbował na siłę skleić. Nie chciał, żeby jego połamane fragmenty wbiły się w jego delikatną skórę, nie chciał, żeby cokolwiek je podrażniło, nie chciał, żeby odczuwał ból, chciał... Żeby temu człowiekowi było dobrze. Żeby się uśmiechał, a nie ronił łzy. Tylko że teraz to jemu zrobiło się tak dobrze. Ciepło. Miło. Ułożył głowę na jego ramieniu i przez krótką chwilę a ten onyks zamknął go całkowicie. To była najbardziej ciepła pustka, jakiej doświadczył. Najbezpieczniejsza czarna przestrzeń nieistnienia, w jakiej mógł się znaleźć. Kiedyś go zdradzi, a dziś..? Dziś mógłby go zdradzić i zamknąć w tej pięknej klatce swoich ramion. Nic złego by to nie przyniosło.
Powietrze opuściło jego płuca. Nowym powietrzem był zapach Perseusa. Katharsis nadeszło wraz z nim.
Oparł dłonie za jego plecami i przez długi czas nie mówił nic. Otworzył oczy tylko na chwilę, żeby zanurzyć się w czarnej studni, w którym lśniła zielona woda życia, ale zaraz ułożył znów głowę na jego barku. Powinno być ci wstyd. Nie było. Tyle czasu chciałem krzyczeć, więc czemu dopiero tu? Czemu przed nim? Przed człowiekiem, który na pewno wykorzysta to w końcu przeciwko tobie? Odsunął się chyba po paru minutach (albo godzinach) od Perseusa. Już rozchylił usta, bo chciał przepraszać, ale przypomniał sobie, że miał to ograniczyć.
- Dziękuję. - Powiedział więc za to. - Chciałem powiedzieć, że musisz o siebie dbać, Perseusie. Za każdym razem pęka mi serce, kiedy widzę, że coś sprawia ci ból. - Poprawił kołnierz mężczyzny i zrobił dwa kroki, żeby podnieść jego laskę i wsunąć ją w jego dłoń, zacisnąć na niej palce. - Proszę, opowiedz mi o swojej chorobie.