11.04.2024, 02:27 ✶
Patrick pewnie był naiwny, ale nie zakładał w ogóle, że ktokolwiek celowo ukrywał przed nim i innymi Zimnymi jakąś tajemną wiedzę. Sądził, że jej po prostu nie było. Byli pierwsi, a skoro byli pierwsi to też jako pierwsi musieli się nosić z konsekwencjami swojej odmienności. A to, że te mogły okazać się śmiertelne? Kolejna cenna informacja dla tych, którzy mogliby zechcieć wejść do Limbo po nich. Pewnie miejsca były przeznaczone dla martwych, nie dla żywych.
Ale coś w tonie głosu Sebastiana sprawiło, że drgnął. Wyprostował się trochę bardziej. Zwilżył językiem dolną wargę, jakby zbierał myśli. Reakcja Macmillana trochę go zaskoczyła. Nie. Nie w sposób negatywny, po prostu… po prostu chyba się spodziewał raczej szorstkiego: macie czego chcieliście, po co tam się w ogóle pchaliście? A teraz miał ochotę sam go pocieszać, co chyba kompletnie zaburzyło wszelkie proporcje. Umierający żałował pozostającego przy życiu.
- Tak – powiedział w końcu i była to raczej dość głupia odpowiedź. Ale wynikała trochę z tego, że Steward próbował patrzeć racjonalnie. I ta racjonalność podpowiadała mu, że być może żadne szczęście im nie sprzyjało, że duchy, że Matka, że to wszystko nie działało tak, jak w tym świecie. Być może Matka wezwała Victorię, ale czy wzywając ją do siebie, naprawdę myślała o ocaleniu Lestrange i tych, którzy z nią przyjdą? Szczerze w to wątpił. Byli dla niej narzędziami. Człowiek rzadko przygląda się mrówkom, nawet jeśli te przemykają obok jego buta. Czemu bogini miałaby przejmować się losami przypadkowych ludzi? I znowu wrócił wspomnieniami do Ostary i chwili, gdy Szeptucha przepowiedziała mu, że trafi do Limbo i rozbije, za pomocą młotka, tworzący się między obydwoma światami portal. Tylko czy jej przepowiednia spełniła się dlatego, że wszedł do Limbo i wyczarował ten przeklęty młotek czy też od zawsze miał wejść do Limbo i zniszczyć tworzący się portal młotkiem? Skutek był ten sam, ale raz sam decydował o swoim życiu a raz, zadecydowano za niego. – Okno szans – powtórzył, zastanawiając się, czy to oznaczało, że znowu mieli wejść do Limbo.
Patrick nie chciał tam wracać. Nie jako żywy, nie w chwili, w której już nosił konsekwencje tego, że raz tam był. Miałby znowu topić się, przedzierać przez dziwny las, słuchać szeptów i znowu przechodzić próbę? Miałby wreszcie znowu stanąć przed ojcem?
Uśmiechnął się krzywo, na kolejne słowa Sebastiana. I znowu naszła go ochota, żeby okazać mu wsparcie. Machinalnie uniósł rękę, gdzieś dopiero w połowie drogi zdając sobie sprawę z tego co odruchowo próbował zrobić.
Naprawdę zburzyli proporcje.
- Nie. Nic nie wiem o żadnym rytuale, eliksirze, czymkolwiek.
Steward był pieprzonym ignorantem. Ba, w momencie, w którym Mavelle szukała rozwiązania, on pchał się w otchłań strachu i szaleństwa, przerażony perspektywą opętania przez własnego ojca. I dalej pozostawał ignorantem, który zamiast szukać informacji na własną rękę, wolał czekać. Zdawał się na los i skupiał na rzeczach dookoła, wychodząc z założenia, że jeśli nie ma na coś wpływu, to nie ma powodu, by się nad tym pochylał.
Dopił whisky jednym haustem i odstawił szklankę za siebie. I to nie tak, że nie zauważył ręki Sebastiana, że nie docenił należycie wagi jego słów i jego oferty przyjaźni. Może właśnie chodziło o to, że docenił, po prostu to nagle wydało mu się kompletnie niewystarczające. Pokręcił głową a potem po prostu, przyciągnął Sebastiana do siebie i go przytulił. W pierwszej chwili dość mocno, jakby zapomniał o tym, że jest zimny jak lód i roznosi to nieprzyjemne zimno dalej. Dopiero w drugiej jego uchwyt złagodniał a Patrick powstrzymał się przed poklepaniem przyjaciela po plecach.
- Wiem. I nie masz nawet pojęcia jak bardzo doceniam to, że jesteś - rzucił cicho, odsuwając się.
Ale coś w tonie głosu Sebastiana sprawiło, że drgnął. Wyprostował się trochę bardziej. Zwilżył językiem dolną wargę, jakby zbierał myśli. Reakcja Macmillana trochę go zaskoczyła. Nie. Nie w sposób negatywny, po prostu… po prostu chyba się spodziewał raczej szorstkiego: macie czego chcieliście, po co tam się w ogóle pchaliście? A teraz miał ochotę sam go pocieszać, co chyba kompletnie zaburzyło wszelkie proporcje. Umierający żałował pozostającego przy życiu.
- Tak – powiedział w końcu i była to raczej dość głupia odpowiedź. Ale wynikała trochę z tego, że Steward próbował patrzeć racjonalnie. I ta racjonalność podpowiadała mu, że być może żadne szczęście im nie sprzyjało, że duchy, że Matka, że to wszystko nie działało tak, jak w tym świecie. Być może Matka wezwała Victorię, ale czy wzywając ją do siebie, naprawdę myślała o ocaleniu Lestrange i tych, którzy z nią przyjdą? Szczerze w to wątpił. Byli dla niej narzędziami. Człowiek rzadko przygląda się mrówkom, nawet jeśli te przemykają obok jego buta. Czemu bogini miałaby przejmować się losami przypadkowych ludzi? I znowu wrócił wspomnieniami do Ostary i chwili, gdy Szeptucha przepowiedziała mu, że trafi do Limbo i rozbije, za pomocą młotka, tworzący się między obydwoma światami portal. Tylko czy jej przepowiednia spełniła się dlatego, że wszedł do Limbo i wyczarował ten przeklęty młotek czy też od zawsze miał wejść do Limbo i zniszczyć tworzący się portal młotkiem? Skutek był ten sam, ale raz sam decydował o swoim życiu a raz, zadecydowano za niego. – Okno szans – powtórzył, zastanawiając się, czy to oznaczało, że znowu mieli wejść do Limbo.
Patrick nie chciał tam wracać. Nie jako żywy, nie w chwili, w której już nosił konsekwencje tego, że raz tam był. Miałby znowu topić się, przedzierać przez dziwny las, słuchać szeptów i znowu przechodzić próbę? Miałby wreszcie znowu stanąć przed ojcem?
Uśmiechnął się krzywo, na kolejne słowa Sebastiana. I znowu naszła go ochota, żeby okazać mu wsparcie. Machinalnie uniósł rękę, gdzieś dopiero w połowie drogi zdając sobie sprawę z tego co odruchowo próbował zrobić.
Naprawdę zburzyli proporcje.
- Nie. Nic nie wiem o żadnym rytuale, eliksirze, czymkolwiek.
Steward był pieprzonym ignorantem. Ba, w momencie, w którym Mavelle szukała rozwiązania, on pchał się w otchłań strachu i szaleństwa, przerażony perspektywą opętania przez własnego ojca. I dalej pozostawał ignorantem, który zamiast szukać informacji na własną rękę, wolał czekać. Zdawał się na los i skupiał na rzeczach dookoła, wychodząc z założenia, że jeśli nie ma na coś wpływu, to nie ma powodu, by się nad tym pochylał.
Dopił whisky jednym haustem i odstawił szklankę za siebie. I to nie tak, że nie zauważył ręki Sebastiana, że nie docenił należycie wagi jego słów i jego oferty przyjaźni. Może właśnie chodziło o to, że docenił, po prostu to nagle wydało mu się kompletnie niewystarczające. Pokręcił głową a potem po prostu, przyciągnął Sebastiana do siebie i go przytulił. W pierwszej chwili dość mocno, jakby zapomniał o tym, że jest zimny jak lód i roznosi to nieprzyjemne zimno dalej. Dopiero w drugiej jego uchwyt złagodniał a Patrick powstrzymał się przed poklepaniem przyjaciela po plecach.
- Wiem. I nie masz nawet pojęcia jak bardzo doceniam to, że jesteś - rzucił cicho, odsuwając się.