16.12.2022, 16:15 ✶
Święta. Odkąd pamiętał, były dla niego istną abstrakcją, czymś co istniało daleko od jego osoby. W domu nie było żadnej magii świąt, choinek czy innych pustych zwyczajów, nie świeciły się i światełka. Chyba, że ojciec spodziewał się gości, wtedy w mig wszystko pojawiało się na swoim miejscu, aby mogli udawać bycie zainteresowanymi takimi rzeczami. Z biegiem lat dostrzegł jednak co naprawdę wtedy się działo. Święta były okresem wybaczania, łagodniejszego patrzenia na świat, wiele osób poddawało się tej myśli, tworząc wokoło siebie otoczkę bardziej sprzyjających innym, a więc i kontrakty były wtedy korzystniejsze, datki na różnego rodzaju okoliczności okołocharytatywne także pochodziły od większych serc. Wszystko było kwestią polityki i biznesu.
Wybór tego dnia był więc nieprzypadkowy. Nawet jeśli ktokolwiek zdążył już pomyśleć o tym, że należy się bać, że powstaje ugrupowanie stricte terrorystyczne, któremu przyświeca idea światła tylko według nich samych, zapewne nie spodziewał się ataku w święta. Czarodzieje w lwiej części przejęli zwyczaje zdobienia drzewek i noszenia obrzydliwych swetrów od swoich mugolskich sąsiadów wyznających jako boga, kogoś kto ewidentnie musiał być ghulem. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć jego powrót do życia? Zapędy kanibalistyczne? W każdym razie, większość starała się udawać, że listopad minął spokojnie, byle tylko móc się cieszyć tradycją. Sama ta miejscowość pokazywała jak bardzo uderzenie tego dnia miało znaczenie. Pojawił się tu przecież jeszcze przed świętami i już wtedy pełno było tu śpiewów, strojenia domostw czy sklepów; samo wejście do Trzech Mioteł było równoznaczne ze zderzeniem się z wonią pierników oraz sosny. Teraz jednak wreszcie miejsce to nabrało odpowiedniego klimatu i musiał przyznać, że w tej formie było cholernym arcydziełem.
Jako artysta doceniał kontrast między ogniem a zapadającą nocą, ostre odcięcie kolorów od siebie, tworząc niemalże coś mistycznego. Wiele by dał za uwiecznienie tego momentu, ale nie mógł sobie pozwolić na tego rodzaju egoizm kiedy zapewne niedługo dotrze tu prawo w postaci aurorów szukających winnych. Jego immunitet jaki posiadał jako osoba medialna był mu na rękę, kto bowiem by o cokolwiek podejrzewał celebrytów, którzy znani byli z tego, że są znani? W świadomości wielu osób pozostawali też zapewne oderwani od rzeczywistości, nieskorzy do działania w jakiejkolwiek innej roli niż obserwatorów.
Wywinął się wreszcie kobiecie, która lamentując zmierzała już w stronę kolejnego celu, a on sam dostrzegł wreszcie kobietę, która wyszła z budynku. Szlama, zguba swojego męża. Czy zamierzał dokończyć dzieła? Przez chwilę.
Nie rezygnował zbyt często z raz już obranych planów i tak było w tym momencie. Pomyślał jednak na chłodno o zaletach i wadach odebrania życia tej nieszczęsnej wdowie. Była winna śmierci swojego męża, wiedział, że zapewne już kilkoro przynajmniej mieszkańców widziało tamten napis, niejako będący aktem oskarżenia. Zabicie szlamy byłoby dla niej błogosławieństwem, a on z niego nie słynął. Chciał żeby miała świadomość do czego doprowadziła swoim istnieniem, a kto wie, może i inni postanowią dokonać samosądu? Nie było trudno podjudzić tłum, a będąc w Trzech Miotłach mógł szepnąć temu czy owemu, że gdyby nie otwartość biednego mieszkańca, zapewne teraz by żył. A może nawet podrzuci jakimś plotkarom nić o tym, że to sama szlama zleciła zabójstwo męża aby wyglądało na atak z zewnątrz, bo chciała pochłonąć od niego magię, naturalnie silniejszą niż jej własna? Albo zrobić z siebie ofiarę, zgarniając pieniądze po nieboszczyku, jednocześnie też karząc jego rodzinę za ich bycie nietolerancyjnymi? Opcji było wiele, a każda jawiła się zwycięstwem nad nieczystą krwią.
Mugolaki bowiem były abominacją. Nie czarodzeje, ale nie mugole, obrzydliwe kpiny losu, które pochodząc z nie mających żadnego znaczenia rodzin, chciały przejąć wszystkie zalety czarodziejstwa. Należało ich tępić ze szczególną zawziętością zanim rozejdą się bardziej po magicznym świecie niczym szkodniki czy wręcz wszy żerujące na zdrowym organizmie, trujące zaś innych swoimi chorobami, bo zapewne jakieś przenosili. Ba, pewnie odpowiadali za wszystkie jakie istnieją wśród czarodziejów! Smocza ospa na pewno była zesłanym na magów gniewem gdy urazili wszystkie możliwe bóstwa swoimi kontaktami z niegodnymi. Niefortunnie jednak kara dotknęła także tych, którzy trzymali się daleko od tych...stworzeń jakimi byli niemagiczni, ale zapewne to tylko dlatego, że zbierali pokłosie wyborów innych czystokrwistych.
W całym tym zamieszaniu zauważył niemalże w jednej chwili dwie istotne, zmieniające nieco dynamikę akcji rzeczy. Po pierwsze czerwony kwiat, który spadł w śnieg, wypadając z rąk blondynki, a po drugie ową blondynkę zmierzającą na pomoc ofierze, która miała zostać katem w oczach społeczeństwa. Nie spieszył się z podjęciem jakiejkolwiek decyzji, pozwalając aby sytuacja się sama wyklarowała. Blondynka wydawała mu się znajoma kiedy mignęła obok, aczkolwiek nie jakby ją spotkał ale jakby widział gdzieś przelotem; mogła pojawiać się w gazetach? Albo minął ją gdzieś na ulicy, zajęty swoimi sprawami, które dzielił pomiędzy Londyn a Lyon, okazjonalnie pojawiając się w innych miejscach, gdzie chciano go zaprosić służbowo albo prywatnie. Zapewne przypomni sobie później kim ona była, na razie podniósł z ziemi kwiat, najwyraźniej obłożony jakimiś zaklęciem ochronnym skoro przeżył ten niezbyt przyjemny, dla zwykłych roślin zabójczy upadek. Dopiero wtedy podszedł do wyraźnie wstrząśniętej kobiety, a także tej blondynki, stawiając obok niej, w znacznie bezpieczniejszym niż bliskie otoczenie tylu ludzi biegających bez celu, miejscu.
— Niech usiądzie, zapewne inaczej niedługo i tak się osunie. — zaproponował niemalże tonem znawcy tematu, łapiąc samą ofiarę aby ją asekurować. Dotknął s z l a m ę, chociaż przez materiał rękawiczek, a także jej własnego ubrania, i tak poczuł się s k a l a n y, dzielnie jednak zniósł ten t o k s y c z n y dotyk, niemalże boleśnie wrzynający się w ciało, chociaż było to tylko placebo. Jakim cudem niektórzy z takimi sypiali? Masochiści czy coś?
Wziął głęboki wdech, wdychając przy tym zimowe, chłodne powietrze przesiąknięte zapachem spalenizny. I wtedy padła ta informacja na którą czekał najbardziej. Ktoś wyciągnął ciało mężczyzny, główny cel nie żył, a przed nim samym siedziała winna tego wydarzenia, jeszcze nieświadoma na kogo spadnie oskarżenie. Może nawet sama się przyzna? Legilimencja nie takie rzeczy już potrafiła robić, ale tu było zdecydowanie za dużo ludzi.
— Powinniśmy zrobić miejsce. — wskazał blondynce dyskretnie na przepychającego się przez tłum mężczyznę, który już z daleka krzyczał, że jest magomedykiem i żąda dopuszczenia do Clary jak i innych rannych już w tej chwili, aby udzielić im pierwszej pomocy nim dotrze reszta zapewne już wezwanego wsparcia, bowiem samo miasteczko wierzyło chyba w to, że czarne dni ich miną i na ich niebie nie pojawią się chmury zwiastujące burzę, przecież nie tak blisko Hogwartu, pod nosem najpotężniejszego czarodzieja jaki istniał.
Wybór tego dnia był więc nieprzypadkowy. Nawet jeśli ktokolwiek zdążył już pomyśleć o tym, że należy się bać, że powstaje ugrupowanie stricte terrorystyczne, któremu przyświeca idea światła tylko według nich samych, zapewne nie spodziewał się ataku w święta. Czarodzieje w lwiej części przejęli zwyczaje zdobienia drzewek i noszenia obrzydliwych swetrów od swoich mugolskich sąsiadów wyznających jako boga, kogoś kto ewidentnie musiał być ghulem. Jak inaczej bowiem wytłumaczyć jego powrót do życia? Zapędy kanibalistyczne? W każdym razie, większość starała się udawać, że listopad minął spokojnie, byle tylko móc się cieszyć tradycją. Sama ta miejscowość pokazywała jak bardzo uderzenie tego dnia miało znaczenie. Pojawił się tu przecież jeszcze przed świętami i już wtedy pełno było tu śpiewów, strojenia domostw czy sklepów; samo wejście do Trzech Mioteł było równoznaczne ze zderzeniem się z wonią pierników oraz sosny. Teraz jednak wreszcie miejsce to nabrało odpowiedniego klimatu i musiał przyznać, że w tej formie było cholernym arcydziełem.
Jako artysta doceniał kontrast między ogniem a zapadającą nocą, ostre odcięcie kolorów od siebie, tworząc niemalże coś mistycznego. Wiele by dał za uwiecznienie tego momentu, ale nie mógł sobie pozwolić na tego rodzaju egoizm kiedy zapewne niedługo dotrze tu prawo w postaci aurorów szukających winnych. Jego immunitet jaki posiadał jako osoba medialna był mu na rękę, kto bowiem by o cokolwiek podejrzewał celebrytów, którzy znani byli z tego, że są znani? W świadomości wielu osób pozostawali też zapewne oderwani od rzeczywistości, nieskorzy do działania w jakiejkolwiek innej roli niż obserwatorów.
Wywinął się wreszcie kobiecie, która lamentując zmierzała już w stronę kolejnego celu, a on sam dostrzegł wreszcie kobietę, która wyszła z budynku. Szlama, zguba swojego męża. Czy zamierzał dokończyć dzieła? Przez chwilę.
Nie rezygnował zbyt często z raz już obranych planów i tak było w tym momencie. Pomyślał jednak na chłodno o zaletach i wadach odebrania życia tej nieszczęsnej wdowie. Była winna śmierci swojego męża, wiedział, że zapewne już kilkoro przynajmniej mieszkańców widziało tamten napis, niejako będący aktem oskarżenia. Zabicie szlamy byłoby dla niej błogosławieństwem, a on z niego nie słynął. Chciał żeby miała świadomość do czego doprowadziła swoim istnieniem, a kto wie, może i inni postanowią dokonać samosądu? Nie było trudno podjudzić tłum, a będąc w Trzech Miotłach mógł szepnąć temu czy owemu, że gdyby nie otwartość biednego mieszkańca, zapewne teraz by żył. A może nawet podrzuci jakimś plotkarom nić o tym, że to sama szlama zleciła zabójstwo męża aby wyglądało na atak z zewnątrz, bo chciała pochłonąć od niego magię, naturalnie silniejszą niż jej własna? Albo zrobić z siebie ofiarę, zgarniając pieniądze po nieboszczyku, jednocześnie też karząc jego rodzinę za ich bycie nietolerancyjnymi? Opcji było wiele, a każda jawiła się zwycięstwem nad nieczystą krwią.
Mugolaki bowiem były abominacją. Nie czarodzeje, ale nie mugole, obrzydliwe kpiny losu, które pochodząc z nie mających żadnego znaczenia rodzin, chciały przejąć wszystkie zalety czarodziejstwa. Należało ich tępić ze szczególną zawziętością zanim rozejdą się bardziej po magicznym świecie niczym szkodniki czy wręcz wszy żerujące na zdrowym organizmie, trujące zaś innych swoimi chorobami, bo zapewne jakieś przenosili. Ba, pewnie odpowiadali za wszystkie jakie istnieją wśród czarodziejów! Smocza ospa na pewno była zesłanym na magów gniewem gdy urazili wszystkie możliwe bóstwa swoimi kontaktami z niegodnymi. Niefortunnie jednak kara dotknęła także tych, którzy trzymali się daleko od tych...stworzeń jakimi byli niemagiczni, ale zapewne to tylko dlatego, że zbierali pokłosie wyborów innych czystokrwistych.
W całym tym zamieszaniu zauważył niemalże w jednej chwili dwie istotne, zmieniające nieco dynamikę akcji rzeczy. Po pierwsze czerwony kwiat, który spadł w śnieg, wypadając z rąk blondynki, a po drugie ową blondynkę zmierzającą na pomoc ofierze, która miała zostać katem w oczach społeczeństwa. Nie spieszył się z podjęciem jakiejkolwiek decyzji, pozwalając aby sytuacja się sama wyklarowała. Blondynka wydawała mu się znajoma kiedy mignęła obok, aczkolwiek nie jakby ją spotkał ale jakby widział gdzieś przelotem; mogła pojawiać się w gazetach? Albo minął ją gdzieś na ulicy, zajęty swoimi sprawami, które dzielił pomiędzy Londyn a Lyon, okazjonalnie pojawiając się w innych miejscach, gdzie chciano go zaprosić służbowo albo prywatnie. Zapewne przypomni sobie później kim ona była, na razie podniósł z ziemi kwiat, najwyraźniej obłożony jakimiś zaklęciem ochronnym skoro przeżył ten niezbyt przyjemny, dla zwykłych roślin zabójczy upadek. Dopiero wtedy podszedł do wyraźnie wstrząśniętej kobiety, a także tej blondynki, stawiając obok niej, w znacznie bezpieczniejszym niż bliskie otoczenie tylu ludzi biegających bez celu, miejscu.
— Niech usiądzie, zapewne inaczej niedługo i tak się osunie. — zaproponował niemalże tonem znawcy tematu, łapiąc samą ofiarę aby ją asekurować. Dotknął s z l a m ę, chociaż przez materiał rękawiczek, a także jej własnego ubrania, i tak poczuł się s k a l a n y, dzielnie jednak zniósł ten t o k s y c z n y dotyk, niemalże boleśnie wrzynający się w ciało, chociaż było to tylko placebo. Jakim cudem niektórzy z takimi sypiali? Masochiści czy coś?
Wziął głęboki wdech, wdychając przy tym zimowe, chłodne powietrze przesiąknięte zapachem spalenizny. I wtedy padła ta informacja na którą czekał najbardziej. Ktoś wyciągnął ciało mężczyzny, główny cel nie żył, a przed nim samym siedziała winna tego wydarzenia, jeszcze nieświadoma na kogo spadnie oskarżenie. Może nawet sama się przyzna? Legilimencja nie takie rzeczy już potrafiła robić, ale tu było zdecydowanie za dużo ludzi.
— Powinniśmy zrobić miejsce. — wskazał blondynce dyskretnie na przepychającego się przez tłum mężczyznę, który już z daleka krzyczał, że jest magomedykiem i żąda dopuszczenia do Clary jak i innych rannych już w tej chwili, aby udzielić im pierwszej pomocy nim dotrze reszta zapewne już wezwanego wsparcia, bowiem samo miasteczko wierzyło chyba w to, że czarne dni ich miną i na ich niebie nie pojawią się chmury zwiastujące burzę, przecież nie tak blisko Hogwartu, pod nosem najpotężniejszego czarodzieja jaki istniał.
And when you kill a man, you're a murderer;
Kill many, and you're a conqueror;
Kill them all... Oh, you're a god.
Kill many, and you're a conqueror;
Kill them all... Oh, you're a god.