Spoglądając na Francisa i jego relacje z potomkami, trudno doszukiwać się ciepłej miłości, wylewności uczuć, czy słów pocieszenia. Stary Mulciber nie dał się poznać od sympatycznej strony (o ile takową w ogóle posiadał), częstując wszystkich wokół szorstką tolerancją. Nic więc zaskakującego w tym, że wszystkie jego pociechy zostały na tym polu w pewien sposób upośledzone.
Oszczędność słów brata nie budzi zdziwienia. Pozostawia wiele w niedopowiedzeniu, odsłaniając zaledwie rąbek istotnych spraw. Pogodziła się z myślą, że tak właśnie będzie, kiedy podjęła decyzję o powrocie do Anglii. Zbyt długo nie utrzymywała kontaktu z braćmi, by wymagać teraz od nich wylewności. Czy kiedykolwiek odbuduje ich zaufanie? Jak sobie je zaskarbić? To pytanie nie zawisa między nimi, ma czekać na odpowiedni moment.
- Przez cały czas tkwiłam w przekonaniu, że po wychowaniu dzieci będę mogła powrócić do własnych planów, do rozrywek i wojaży - mówi nieco teatralnym tonem. Nie, żeby ich dotąd nie doświadczała, bo nie byłaby sobą, gdyby przy każdej możliwej okazji odmawiała kolejnych przyjemności. Dla Violet wszystkiego jest zwyczajnie za mało. - Jak widać, życie lubi płatać figle.
Czuje zawieszone na sobie czujne spojrzenie brata i w jednej chwili przechodzi ją lekki dreszcz. To pierwsza poza prawnikiem osoba, z którą w ogóle porusza ten temat. Ten zaś łatwy nie jest, nie tylko pod względem finansowego zobowiązania, ale i złości na samą siebie. Przez cały ten czas uważała, że ma wszystko pod kontrolą. Panowała nad dziećmi, nad domem, karierą, kochankami i mężem. Tego ostatniego musiała spuścić na moment z oka, nie dostrzec tych paru sugestywnych sygnałów, jakie pociągnęły za sobą fatalne skutki.
- Dziękuję - dodaje tylko wciąż tym samym pogodnym tonem, choć w środku czuje, że krew gęstnieje, a kończyny sztywnieją. Nie przywykła do proszenia o pomoc, nie w tak krytycznej sytuacji, od której zależy jej dalsze istnienie. Przejawia wprawdzie zamiłowanie do ciągłego ryzyka i stawiania wszystkiego na jedną kartę, gdzie po potencjalnej porażce winić może wyłącznie siebie, jednak tu ma związane ręce i trudności z zaakceptowaniem sytuacji.
Kiwa oszczędnie głową, strzepując pył do popielniczki. W jakich sprawach tak bardzo Robert sobie nie radzi, że został zmuszony ściągać bliźniaka z Norwegii? Poziom problemów musi być wysoki, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Richard nie deklarował dotąd chęci powrotu do Anglii.
- Jeśli znajdzie się wśród tych spraw coś, w czym mogę pomóc, nie krępuj się - oferuje się wspaniałomyślnie, bo choć wątpi, by w handlu świec znalazła się przestrzeń dla zaklętych artefaktów, tak jest przekonana, że bracia pielęgnują rodzinne skłonności do wynajdywania sobie powiązań w półświatku. Czy zaryzykują i zdecydują wprowadzić starszą siostrę w niuanse spraw, czy też oszczędzą jej szczegółów, chcąc trzymać ją odeń jak najdalej?
Czarownica usadawia się wygodniej w fotelu i przesuwa wzrokiem po salonie. Nic się w tym miejscu nie zmieniło od lat. Rzędy ułożonych na półkach książek, bibeloty magią powstrzymywane przed zakurzeniem, nawet meble stoją w dokładnie tych samych miejscach, jak gdyby czas zupełnie się dla nich zatrzymał. Z jednej strony jest to pocieszające, że nie trzeba uczyć się wszystkiego na nowo, nie wdziera się z buciorami do czyjegoś ułożonego życia, z drugiej zaś powracające z przeszłości demony nie zachęcają do oswojenia się w nowej-starej sytuacji.
- Jako że nie było mnie tu przez pewien czas, wnioskuję, że mogło sporo zmienić się na polu rodzinnych zażyłości, wewnątrz niej, jak i poza. - Powraca spojrzeniem na Richarda, nieznacznie zadzierając z zaciekawieniem brodę. - Czy jest coś, co jest mi niezbędne? Jakie panują tutaj nastroje?