11.04.2024, 11:39 ✶
Ślepy i głuchy na dyskomfort Neila podczas całego poranka, ściągnął brwi w niezrozumieniu do tego stopnia, że aż mu się czoło pomarszczyło, a bruzdy na nim przypominały muldy ziemi na polu po bronowaniu.
– Wydawało mi się, że wczoraj umówiliśmy się na Twoją pomoc tutaj. Czy to nie było tak, że mówiłem Ci, że praca najlepiej robi na złamane serce, a Ty się zgodziłeś pomóc przy jabłkach? – nie chciał brzmieć oskarżająco, wręcz przeciwnie, mówił łagodnie, doprawiając te słowa głęboką troską o stan Neila, i głębokim smutkiem, że ten chce wychodzić.
Z drugiej strony argument o tym, że rodzice czekają był mu aż nazbyt dobrze znany. Czy nie tak zawsze wykręcał się, gdy Brenna prosiła aby został na noc w Warowni? To było dawno, oboje byli nastolatkami, ale... Czy nie mówił że matka czeka. Czy nie widział odmierzanego w klepsydrze pożyczonego czasu w tamte dni, gdy wiedział, że jego ojciec umiera, a w chwili gdy odejdzie najprawdopodobniej maledictus upomni się o duszę jego towarzyszki. I tak... tak właśnie się stało.
Samuel spoważniał.
– Czy ktoś z Twoich rodziców też ma Maledictusa? Czy... czy ktoś z Twoich rodziców też umiera? – zapytał niemal szeptem, patrząc swoimi przenikliwymi błękitnymi oczami prosto w neilową duszę. To nie było właściwe pytanie, takich pytań nie zadawało się innym, każdy to wiedział, kto wychował się w społeczeństwie. Ale Sam nie wychował się w społeczeństwie. Tak jakby pytał konia o to gdzie boli, jakby delikatnie gładził złamane hipogryfie skrzydło dopytując o krzywdy wyrządzone przez kłusowników. Tak samo teraz, bezceremonialnie wlazł z butami w życie Neila. Może łatwiej byłoby, jakby wlazł z niedźwiedzimi łapami. Wystarczyło tylko słowo a mógł znów założyć futro. Dla niego było to jak zdjęcie i założenie płaszcza.
– Wydawało mi się, że wczoraj umówiliśmy się na Twoją pomoc tutaj. Czy to nie było tak, że mówiłem Ci, że praca najlepiej robi na złamane serce, a Ty się zgodziłeś pomóc przy jabłkach? – nie chciał brzmieć oskarżająco, wręcz przeciwnie, mówił łagodnie, doprawiając te słowa głęboką troską o stan Neila, i głębokim smutkiem, że ten chce wychodzić.
Z drugiej strony argument o tym, że rodzice czekają był mu aż nazbyt dobrze znany. Czy nie tak zawsze wykręcał się, gdy Brenna prosiła aby został na noc w Warowni? To było dawno, oboje byli nastolatkami, ale... Czy nie mówił że matka czeka. Czy nie widział odmierzanego w klepsydrze pożyczonego czasu w tamte dni, gdy wiedział, że jego ojciec umiera, a w chwili gdy odejdzie najprawdopodobniej maledictus upomni się o duszę jego towarzyszki. I tak... tak właśnie się stało.
Samuel spoważniał.
– Czy ktoś z Twoich rodziców też ma Maledictusa? Czy... czy ktoś z Twoich rodziców też umiera? – zapytał niemal szeptem, patrząc swoimi przenikliwymi błękitnymi oczami prosto w neilową duszę. To nie było właściwe pytanie, takich pytań nie zadawało się innym, każdy to wiedział, kto wychował się w społeczeństwie. Ale Sam nie wychował się w społeczeństwie. Tak jakby pytał konia o to gdzie boli, jakby delikatnie gładził złamane hipogryfie skrzydło dopytując o krzywdy wyrządzone przez kłusowników. Tak samo teraz, bezceremonialnie wlazł z butami w życie Neila. Może łatwiej byłoby, jakby wlazł z niedźwiedzimi łapami. Wystarczyło tylko słowo a mógł znów założyć futro. Dla niego było to jak zdjęcie i założenie płaszcza.