11.04.2024, 12:15 ✶
Łzy popłynęły i nie zamierzał ich wstrzymywać. Dzięki temu że go uspokajała przestał trzymać ją tak zachłannie, ale nie zelżał uścisku, nie... on położył płasko dłonie by móc przylegać do niej jak największą powierzchnią by móc opleść ją jak bluszcz, potrzebujący pionowej tykwy, ściany, skały, muru by możliwie w pełni rozwinąć swoje możliwości. Była jego bramą, jego bezpiecznym miejscem, bo choć nie znał jej wcale, to zapach, och zapach był tak obezwładniająco znajomy.
Oboje pewnie byli zupełnie nieświadomi jaką władzę miała nad nim kuzynka, z jaką łatwością mogłaby go wypchnąć ku światłu, lub pogrzebać tu i teraz w jednym z grobów...
– Nie chcę, boję się, wszyscy... wszyscy tego ode mnie chcą, wszyscy tego oczekują, a ja bym po prostu chciał wrócić do domu... – przyznał z żałością zagubionego chłopca, pozbawionego matki i korzeni, pozbawionego bezpiecznego schronienia. Mimo że był wyższy od niej łkał w jej ramie bez zahamowań, a słowa, które wypowiadał były tak szczere jak wszystko co nosił w sercu.
Dopiero na wzmiankę o reszcie rodziny zastygł w bez ruchu i trzymając ją wciąż za ramiona odsunął swoją zaczerwienioną, zawilgotniałą twarz patrząc na nią z niedowierzaniem, niepewnością szczęścia, w płytkim oddechu. W głowie kręciło mu się bardzo czuł, czuł że zaraz znów pnącza będą mogły uderzyć. Tego było zbyt wiele.
– To jest nas więcej? Oni... oni żyją? Są... oni chcieliby... Myślisz, że chcieliby mnie spotkać? – nie mógł w to uwierzyć, zakołysał się trzepnięty tymi wszystkimi nowinami. Chciałby tak bardzo znów zatopić się w jej objęciu, ale wiedział co oznaczał ten moment, gdy emocji było zbyt wiele. Ale nie chciał uciekać, chciał być, chciał trwać... Zakołysał się i odsunął na metr, potem dwa, wysuwając przed siebie rękę ostrzegawczo, drugą zaś opierając się o jeden z nagrobków.
– Czekaj... czekaj, muszę się wyciszyć muszę... – zacisnął oczy próbując myśleć o ziemi, o chłodzie kamienia pod ręką i ciepłych promieniach słońca próbował odsunąć to co kłębiło się w piersi, bardzo chciał żeby pędy nie wzbiły z martwej ziemi... W jego sercu było jednak zbyt wiele... wszystkiego, by moc nie zaczęła szukać ujścia.
Oboje pewnie byli zupełnie nieświadomi jaką władzę miała nad nim kuzynka, z jaką łatwością mogłaby go wypchnąć ku światłu, lub pogrzebać tu i teraz w jednym z grobów...
– Nie chcę, boję się, wszyscy... wszyscy tego ode mnie chcą, wszyscy tego oczekują, a ja bym po prostu chciał wrócić do domu... – przyznał z żałością zagubionego chłopca, pozbawionego matki i korzeni, pozbawionego bezpiecznego schronienia. Mimo że był wyższy od niej łkał w jej ramie bez zahamowań, a słowa, które wypowiadał były tak szczere jak wszystko co nosił w sercu.
Dopiero na wzmiankę o reszcie rodziny zastygł w bez ruchu i trzymając ją wciąż za ramiona odsunął swoją zaczerwienioną, zawilgotniałą twarz patrząc na nią z niedowierzaniem, niepewnością szczęścia, w płytkim oddechu. W głowie kręciło mu się bardzo czuł, czuł że zaraz znów pnącza będą mogły uderzyć. Tego było zbyt wiele.
– To jest nas więcej? Oni... oni żyją? Są... oni chcieliby... Myślisz, że chcieliby mnie spotkać? – nie mógł w to uwierzyć, zakołysał się trzepnięty tymi wszystkimi nowinami. Chciałby tak bardzo znów zatopić się w jej objęciu, ale wiedział co oznaczał ten moment, gdy emocji było zbyt wiele. Ale nie chciał uciekać, chciał być, chciał trwać... Zakołysał się i odsunął na metr, potem dwa, wysuwając przed siebie rękę ostrzegawczo, drugą zaś opierając się o jeden z nagrobków.
– Czekaj... czekaj, muszę się wyciszyć muszę... – zacisnął oczy próbując myśleć o ziemi, o chłodzie kamienia pod ręką i ciepłych promieniach słońca próbował odsunąć to co kłębiło się w piersi, bardzo chciał żeby pędy nie wzbiły z martwej ziemi... W jego sercu było jednak zbyt wiele... wszystkiego, by moc nie zaczęła szukać ujścia.
Kształtowanie na klątwę żywiołów, bo beczę jak pisze tego posta, więc czas najwyższy
Rzut O 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!