11.04.2024, 14:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.04.2024, 21:57 przez Samuel McGonagall.)
Czujne oko ogrodniczki widziało i zieleniących się intruzów na tym poletku, klątwa pobudzała do życia nie tylko znajdujące się trujące bluszcze i równie egzotyczne co zabójcze rośliny, ale też inne, stworzone energią wytryskującą nadmiernie z piersi człowieka, a później niedźwiedzia...
Uderzenie mocy wypchnęło misia z przysłowiowych kapci, choć z oczywistych względów miś na stopach kapci nie posiadał. Zaklęcie odpychające było na tyle silne, że impetem cielsko zwierzęcia ochronny płot został położony płasko na glebie, a sam futrzasty pocisk wylądował dwa metry poza zagonem.
To nie było złe posunięcie, pełzające ostre jak brzytwa gałęzie twardniały, trujące kwiaty o fluorescencyjnych płatkach kusiły swoją urodą do pierwszego i ostatniego zaciągnięcia się swoim zapachem. Samuel zniszczył kawałek Dorowej uprawy, ale i dał coś – dosłownie od siebie – część z tych gatunków pochodziła zdecydowanie z innych części świata.
Tymczasem niedźwiedź skutecznie wyrzucony z planszy leżał, pozornie tylko nieprzytomny. Tak na prawdę jednak Samuel przytulał się do ziemi, w zwierzęcym języku, opuszczonych uszach i podkulonym ciasno ogonie modlił się bezgłośnie przepraszając Knieję. Nie dziwił się Jej, swojej zielonej bogini, że była na niego zła. Myśli uciekały mu do spraw ludzi, a przecież serce należało do pradawnej Puszczy.
zdrowaś ziemio
łaskiś pełna
wiatr z tobą
błogosławionaś ty
między roślinami
i błogosławiony
owoc żywota
twojego
święte drzewo
Matki Kniei
módl się za nami
niewidzącymi
teraz i w godzinie
śmierci naszej
przeżycia naszego powszedniego
daj nam dzisiaj
i nie wódź nas na powieszenie
ale nas zbaw
ode złego
Ego
Słowa i myśli, jak szept tkany wpierw oddechem niedźwiedzia, a potem ciałem długiego, patykowatego człowieka leżącego na trawie. Dłoń wolną od różdżki wplótł w zielone źdźbła, szukając ukojenia w objęciach wiary, jedynego co pozostało mu na tym okrutnym wygnaniu.
Uderzenie mocy wypchnęło misia z przysłowiowych kapci, choć z oczywistych względów miś na stopach kapci nie posiadał. Zaklęcie odpychające było na tyle silne, że impetem cielsko zwierzęcia ochronny płot został położony płasko na glebie, a sam futrzasty pocisk wylądował dwa metry poza zagonem.
To nie było złe posunięcie, pełzające ostre jak brzytwa gałęzie twardniały, trujące kwiaty o fluorescencyjnych płatkach kusiły swoją urodą do pierwszego i ostatniego zaciągnięcia się swoim zapachem. Samuel zniszczył kawałek Dorowej uprawy, ale i dał coś – dosłownie od siebie – część z tych gatunków pochodziła zdecydowanie z innych części świata.
Tymczasem niedźwiedź skutecznie wyrzucony z planszy leżał, pozornie tylko nieprzytomny. Tak na prawdę jednak Samuel przytulał się do ziemi, w zwierzęcym języku, opuszczonych uszach i podkulonym ciasno ogonie modlił się bezgłośnie przepraszając Knieję. Nie dziwił się Jej, swojej zielonej bogini, że była na niego zła. Myśli uciekały mu do spraw ludzi, a przecież serce należało do pradawnej Puszczy.
zdrowaś ziemio
łaskiś pełna
wiatr z tobą
błogosławionaś ty
między roślinami
i błogosławiony
owoc żywota
twojego
święte drzewo
Matki Kniei
módl się za nami
niewidzącymi
teraz i w godzinie
śmierci naszej
przeżycia naszego powszedniego
daj nam dzisiaj
i nie wódź nas na powieszenie
ale nas zbaw
ode złego
Ego
Słowa i myśli, jak szept tkany wpierw oddechem niedźwiedzia, a potem ciałem długiego, patykowatego człowieka leżącego na trawie. Dłoń wolną od różdżki wplótł w zielone źdźbła, szukając ukojenia w objęciach wiary, jedynego co pozostało mu na tym okrutnym wygnaniu.