11.04.2024, 15:38 ✶
- Nie. Nawet najpierw nie wiedziałam, że tam jest. Poprosiłam w księgarni o coś pokazującego magiczny Londyn i tylko ją przejrzałam - odparła Brenna spokojnie. Nie wpadła wtedy na to, by cokolwiek kombinować w tym zakresie: historia sprzed lat mogła być zamknięta, a ona nie miała prawa w niej grzebać.
Ale tak naprawdę nie była zamknięta.
Brenna nie mogła mieć wobec tego wątpliwości. Nie, gdy wczorajszej nocy ściskała mokrą i podłamaną Norę.
Z jej wtrącania się mogło wyjść teraz coś złego: ale było już dla Brenny jasne, że zostawieni sami sobie Samuel i Nora będą po prostu po cichu krwawić, oboje uważając, że tak jest lepiej. Dla nich i dla wszystkich innych.
- Powinieneś pomówić z klątwołamaczem. Erik miał z kilkoma kontakt - powiedziała cicho, skupiając się na moment właśnie na tym: że omal nie zabił Nory. Czy wyolbrzymiał, czy naprawdę groziło im niebezpieczeństwo...? – Znam też dziewczynę, obarczoną klątwą wody, która mimo gorącego temperamentu panuje nad nią całkiem dobrze. Być może będzie mogła dać ci nieco wskazówek - dokończyła. A potem milczała przez chwilę, zapatrzona na Sama, dłonie podpierając na kubku z wymalowanym łbem.
Czasem tak trudno było znaleźć właściwe słowa.
– Wiem, że byliście wczoraj razem. Czekałam na jej powrót, bo martwiłam się, że coś się jej stało – powiedziała w końcu. – I tak, myślę, że Norze jest wstyd. Ale nie dlatego, że wstydzi się ciebie. Jest jej wstyd, ponieważ uważa, że powinna być dorosła i odpowiedzialna, bo jest matką kilkuletniej dziewczynki. I w jej opinii wracanie w środku nocy do domu przyjaciół z lasu, w zniszczonej, mokrej sukience, dorosłe i odpowiedzialne nie jest, a my moglibyśmy ją za to źle ocenić. Myli się tutaj, ale niełatwo jej to wyjaśnić. Jeżeli jednak powiedziała ci, że nie tęskni i nie chce mieć z tobą nic wspólnego, przepraszam, że się wtrącałam, nigdy więcej tego nie zrobię.
Tylko czy Nora naprawdę to zrobiła?
Bo przecież w jej życiu nikogo nie było. Może z powodu Mabel: Brennie przynajmniej tak się wydawało. A może z powodu Samuela? Och, jasne, mogła nie chcieć mieć niczego wspólnego z dawnym chłopakiem, ale też Brenna nie dowierzała, że Nora umiałaby powiedzieć to wprost i wiedziała z kolei, jak bardzo McGonagall pewne rzeczy nadinterpretował: zawsze doszukując się w nich drugiego dna, według którego byłby gorszy, niegodny, nieodpowiedni i niepotrzebny przede wszystkim.
– Nie ma wianka adoratorów. Nie ma właściwie żadnych adoratorów. Przez siedem lat nie widziałam jej przy boku żadnego mężczyzny innego niż przyjaciel – stwierdziła, wciąż starając się mówić trochę spokojniej, i trochę mniej głośno niż robiła to zazwyczaj. – A mój brat zawsze był dla niej tylko przyjacielem i sądzę, że w jego sercu jest ktoś zupełnie inny.
Uniosła kubek do ust, upiła łyk: chyba bardziej po to, by zająć czymś ręce, niż z faktycznego pragnienia.
Zawiść, jad, zazdrość.
Samuel i tak miał w sobie ich bardzo niewiele, jak na kogoś, kogo życie było tak ciężkie.
– Nie musimy o tym więcej rozmawiać, Sam, nie chcę cię do tego zmuszać. Pomyślałam tylko, że… powinieneś pewne rzeczy wiedzieć. Chcesz pójść obejrzeć ten dom?
Ale tak naprawdę nie była zamknięta.
Brenna nie mogła mieć wobec tego wątpliwości. Nie, gdy wczorajszej nocy ściskała mokrą i podłamaną Norę.
Z jej wtrącania się mogło wyjść teraz coś złego: ale było już dla Brenny jasne, że zostawieni sami sobie Samuel i Nora będą po prostu po cichu krwawić, oboje uważając, że tak jest lepiej. Dla nich i dla wszystkich innych.
- Powinieneś pomówić z klątwołamaczem. Erik miał z kilkoma kontakt - powiedziała cicho, skupiając się na moment właśnie na tym: że omal nie zabił Nory. Czy wyolbrzymiał, czy naprawdę groziło im niebezpieczeństwo...? – Znam też dziewczynę, obarczoną klątwą wody, która mimo gorącego temperamentu panuje nad nią całkiem dobrze. Być może będzie mogła dać ci nieco wskazówek - dokończyła. A potem milczała przez chwilę, zapatrzona na Sama, dłonie podpierając na kubku z wymalowanym łbem.
Czasem tak trudno było znaleźć właściwe słowa.
– Wiem, że byliście wczoraj razem. Czekałam na jej powrót, bo martwiłam się, że coś się jej stało – powiedziała w końcu. – I tak, myślę, że Norze jest wstyd. Ale nie dlatego, że wstydzi się ciebie. Jest jej wstyd, ponieważ uważa, że powinna być dorosła i odpowiedzialna, bo jest matką kilkuletniej dziewczynki. I w jej opinii wracanie w środku nocy do domu przyjaciół z lasu, w zniszczonej, mokrej sukience, dorosłe i odpowiedzialne nie jest, a my moglibyśmy ją za to źle ocenić. Myli się tutaj, ale niełatwo jej to wyjaśnić. Jeżeli jednak powiedziała ci, że nie tęskni i nie chce mieć z tobą nic wspólnego, przepraszam, że się wtrącałam, nigdy więcej tego nie zrobię.
Tylko czy Nora naprawdę to zrobiła?
Bo przecież w jej życiu nikogo nie było. Może z powodu Mabel: Brennie przynajmniej tak się wydawało. A może z powodu Samuela? Och, jasne, mogła nie chcieć mieć niczego wspólnego z dawnym chłopakiem, ale też Brenna nie dowierzała, że Nora umiałaby powiedzieć to wprost i wiedziała z kolei, jak bardzo McGonagall pewne rzeczy nadinterpretował: zawsze doszukując się w nich drugiego dna, według którego byłby gorszy, niegodny, nieodpowiedni i niepotrzebny przede wszystkim.
– Nie ma wianka adoratorów. Nie ma właściwie żadnych adoratorów. Przez siedem lat nie widziałam jej przy boku żadnego mężczyzny innego niż przyjaciel – stwierdziła, wciąż starając się mówić trochę spokojniej, i trochę mniej głośno niż robiła to zazwyczaj. – A mój brat zawsze był dla niej tylko przyjacielem i sądzę, że w jego sercu jest ktoś zupełnie inny.
Uniosła kubek do ust, upiła łyk: chyba bardziej po to, by zająć czymś ręce, niż z faktycznego pragnienia.
Zawiść, jad, zazdrość.
Samuel i tak miał w sobie ich bardzo niewiele, jak na kogoś, kogo życie było tak ciężkie.
– Nie musimy o tym więcej rozmawiać, Sam, nie chcę cię do tego zmuszać. Pomyślałam tylko, że… powinieneś pewne rzeczy wiedzieć. Chcesz pójść obejrzeć ten dom?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.