11.04.2024, 19:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.04.2024, 19:18 przez Millie Moody.)
Jedno mrugnięcie, zaczerpnięcie do mocy pozwoliło młodemu aurorowi przyjrzeć się poblaskom panny Moody. Jeśli kiedykolwiek zdarzyło mu się w karierze badać pacjentów Lecznicy Dusz, mógł rozpoznać charakterystyczny mat, białe wykończnie tonujące, zagaszaące, tłumiące to co prawdziwie kłębiło się w sercu wątłej, słabej istotki. Czy jednak słabej? Nawet w tym wymuszonym eliksirami spłowieniu widać było buzującą magmę czerwieni i ostrego, soczystego pomarańczu. Pasja i zniszczenie, namiętność i nienawiść, energia która nie mając ujścia w każdej chwili mogła znów obrócić się przeciwko niej. Czarne nitki destrukcji niczym brud przylepiały się do jasnych punktów, więzione i powstrzymywane. Stabilizatory, och, zdecydowanie powinna być silniejszą dawkę, bo samo patrzenie napawało niepokojem.
Kobieta szkicowała. Co chwila podnosiła złociste oczy na Atreusa, nie odrywajac przy tym ołówka od karty szkicownika, szukając charakterystycznych cech twarzy, próbując choćby na ślepo, nie patrząc na szkice oddać kształt oczu, zblazowanych, dumnych, próżnych ślepi. Oblizała nerwowo wargi, zupełnie jakby wpadła w trans, jakby już nie mogła przestać, zaklęta przez coś co trzymała w dłoniach, a może zaklęta przez duszę, więzioną w środku, która potrzebowałaby zdecydowanie większego ciała.
– Ja? O nie... nie nie... mój szanowny panie aurorze, pan to powiesi nad swoim biurkiem, żeby każdy mógł podziwiać pana, podczas nieobecności w biurze. – Brakło słów jak bardzo go nienawidziła, jak bardzo go uwielbiała. Nie miała rozeznania w emocji, w tym czy rzeczywiście przemawiał przez nią głód ciała, desperacja, napięcie, które wciąż nie mogło znaleźć ujścia, czy może jednak pogarda, wzgarda równie silna, wzajemna, nakłaniająca zamiast do pocałunku, to do ugryzienia, kierującą dłoń miast do pieszczoty to do ciosu, po linii słabości... śródstopie, splot słoneczny, krocze... I broda, unieść ja mocno w górę, gwałtownym ciosem w podbródek. Niech spojrzy w gwiazdy, niech opadnie na piach... Rysowała wciąż, jak zaklęta, a rysunki same zmieniały swój kształt, twarze zaczęły uśmiechać się żarłocznie, śmiać się z niej, nieruchome, milczące, wrogie.
Zamarła nad kartką, szczerząc do niej zęby, jakby to miało sprawić, że szkic ponownie będzie jej szkicem. Że żaden z nich nie przemówi.
Kobieta szkicowała. Co chwila podnosiła złociste oczy na Atreusa, nie odrywajac przy tym ołówka od karty szkicownika, szukając charakterystycznych cech twarzy, próbując choćby na ślepo, nie patrząc na szkice oddać kształt oczu, zblazowanych, dumnych, próżnych ślepi. Oblizała nerwowo wargi, zupełnie jakby wpadła w trans, jakby już nie mogła przestać, zaklęta przez coś co trzymała w dłoniach, a może zaklęta przez duszę, więzioną w środku, która potrzebowałaby zdecydowanie większego ciała.
– Ja? O nie... nie nie... mój szanowny panie aurorze, pan to powiesi nad swoim biurkiem, żeby każdy mógł podziwiać pana, podczas nieobecności w biurze. – Brakło słów jak bardzo go nienawidziła, jak bardzo go uwielbiała. Nie miała rozeznania w emocji, w tym czy rzeczywiście przemawiał przez nią głód ciała, desperacja, napięcie, które wciąż nie mogło znaleźć ujścia, czy może jednak pogarda, wzgarda równie silna, wzajemna, nakłaniająca zamiast do pocałunku, to do ugryzienia, kierującą dłoń miast do pieszczoty to do ciosu, po linii słabości... śródstopie, splot słoneczny, krocze... I broda, unieść ja mocno w górę, gwałtownym ciosem w podbródek. Niech spojrzy w gwiazdy, niech opadnie na piach... Rysowała wciąż, jak zaklęta, a rysunki same zmieniały swój kształt, twarze zaczęły uśmiechać się żarłocznie, śmiać się z niej, nieruchome, milczące, wrogie.
Zamarła nad kartką, szczerząc do niej zęby, jakby to miało sprawić, że szkic ponownie będzie jej szkicem. Że żaden z nich nie przemówi.