11.04.2024, 22:30 ✶
Widział w życiu dużo rzeczy; tak samo aury mieniące się najpiękniejszymi, żywymi kolorami, jak i przeżarte do końca czernią, uniemożliwiającą przebicie się na wierzch czemukolwiek innemu. To drugie zostało z nim na długo i teraz, kiedy koncentrował się na czyimś nimbie, coś w nim pociągało delikatnie w tył, pełne rezerwy i obaw, że znowu zobaczy coś podobnego. Aż za dobrze pamiętał statek, którego całe jestestwo były trzymane w ryzach poprzez smolistą energię, przywierającą do ścian, sufitów, przedmiotów, ale też i ludzi, karmiąc się ich energią. Skłębiona mrokiem postać Persefony Fawley patrzyła na niego czasem w snach, chociaż przecież wcale nie był w stanie dostrzec jej oczu, ale mimo tego czuł na sobie jej spojrzenie, kiedy wreszcie znajdowała się na szczycie schodów i od nowa kazała im spać.
I znowu, usadawiając się na deskach molo z wyraźnym zamiarem wysondowania Millie, czuł delikatne ciągnięcie, jak gdyby szarpnięcie za wysupłaną częściowo nitkę z materiału jego świadomości. Jego spojrzenie było uważne, ale nie nachalne, nawet jeśli szepczące o zdradzie instynkty kazały mu być w najwyższej gotowości. Często na aury patrzył podświadomie, nawet się na tym nie skupiając, ale napojona eliksirami i lekami Millie zdawała na pierwszy rzut oka wyprana z kolorów. Przypominała trochę mleczną powierzchnię nieoszlifowanego kryształu górskiego, który jednak wzniesiony pod słońce, przebłyskiwał rozszczepionymi promieniami, nie robiąc jednak tego tak dobrze, jak jego obrobione wersje.
Patrzył na odbijające się gdzieś pod otaczającą ją mgłą kolory, łączone nitkami czerni, niczym misterną pajęczyną i nie mógł się nie zastanawiać, co właściwie spotkało ją na tym Beltane, że aż tak ją popierdoliło. Na pozór była mdła, pozbawiona wyrazu, a jednocześnie leki zwyczajnie nie mogły trzymać długo w szeregu wzbierającej i gotującej się pod spodem nienawiści i uwielbienia.
Wariatka. Skonstatował wreszcie w myślach, mrużąc oczy uważnie, kiedy kolejny raz zaciągnął się papierosem.
- Chyba cię zanadto naćpali, albo ktoś cię za mocno rąbnął w głowę na sabacie i to już stan permanentny. - może i ktoś inny byłby zachwycony wręcz wizją otrzymania portretu od domorosłej artystki, ale on tkwił tutaj tylko i wyłącznie z nudów. Ciekawości, która były w sumie jedyną rzeczą, która trzymała w ryzach napięcie i ostrożność, jakie teraz odczuwał.
- To już? Skończone? Czy może nagle zapomniałaś jak się używa ołówka?
I znowu, usadawiając się na deskach molo z wyraźnym zamiarem wysondowania Millie, czuł delikatne ciągnięcie, jak gdyby szarpnięcie za wysupłaną częściowo nitkę z materiału jego świadomości. Jego spojrzenie było uważne, ale nie nachalne, nawet jeśli szepczące o zdradzie instynkty kazały mu być w najwyższej gotowości. Często na aury patrzył podświadomie, nawet się na tym nie skupiając, ale napojona eliksirami i lekami Millie zdawała na pierwszy rzut oka wyprana z kolorów. Przypominała trochę mleczną powierzchnię nieoszlifowanego kryształu górskiego, który jednak wzniesiony pod słońce, przebłyskiwał rozszczepionymi promieniami, nie robiąc jednak tego tak dobrze, jak jego obrobione wersje.
Patrzył na odbijające się gdzieś pod otaczającą ją mgłą kolory, łączone nitkami czerni, niczym misterną pajęczyną i nie mógł się nie zastanawiać, co właściwie spotkało ją na tym Beltane, że aż tak ją popierdoliło. Na pozór była mdła, pozbawiona wyrazu, a jednocześnie leki zwyczajnie nie mogły trzymać długo w szeregu wzbierającej i gotującej się pod spodem nienawiści i uwielbienia.
Wariatka. Skonstatował wreszcie w myślach, mrużąc oczy uważnie, kiedy kolejny raz zaciągnął się papierosem.
- Chyba cię zanadto naćpali, albo ktoś cię za mocno rąbnął w głowę na sabacie i to już stan permanentny. - może i ktoś inny byłby zachwycony wręcz wizją otrzymania portretu od domorosłej artystki, ale on tkwił tutaj tylko i wyłącznie z nudów. Ciekawości, która były w sumie jedyną rzeczą, która trzymała w ryzach napięcie i ostrożność, jakie teraz odczuwał.
- To już? Skończone? Czy może nagle zapomniałaś jak się używa ołówka?