12.04.2024, 00:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.04.2024, 01:11 przez Alexander Mulciber.)
– Znasz mnie. Nie lubię, jak jest łatwo.
Jedynym, czego Alexander nie potrafił znieść w swoim życiu była nuda.
Nie było niczego gorszego od nudy.
Z braku innych środków, długi czas leczył nudę heroiną, ale to był tylko doraźny środek zaradczy. Umysł mężczyzny popadał w depresyjną stagnację, kiedy ten nie miał na podorędziu niczego, czym mógłby zająć myśli – żadnego problemu do rozwiązania, żadnego projektu do zrealizowania, żadnej stymulacji z zewnątrz – żadnego wyzwania, które inspirowałoby do wyrwania się z rekurencji bezczynności.
Ambrosia McKinnon była z kolei niewyczerpanym źródłem inspiracji i jego ulubionym wyzwaniem.
Cieszył się, że stoi do niego odwrócona plecami: tak nie mogła widzieć, jak Alex przewraca oczami na jej pełne słodkiej przekory słowa. Wylosowały się nam same PROSTE KSIĘŻYCE, tak jak wcześniej PRZEPOWIEDZIAŁEŚ… Jakże on uwielbiał, kiedy zgrywała się z nim w ten wyjątkowy sposób – najpierw prowokowała, złośliwie wytykając mu jakieś drobne uchybienia, tylko po to, by za chwilę móc zatrzepotać niewinnie rzęsami i bezczelnie przymilić – kompletnie wytrącała tym Alexa z równowagi, choć przecież nie mógł jej mieć tego za złe, bo jej zachowanie mocno podbudowywało mu ego.
Przygryzł wargi, próbując powstrzymać uśmiech, bo nagle naszła go zabawna myśl. Czy gdyby powiedział teraz Rosie: “jakże pięknie nam dzisiaj księżyc świeci!”, i pokazał palcem na słońce, to czy ta przytaknęłaby mu z równym entuzjazmem, wpatrując się z tęskną rozkoszą w jego twarz, zamiast w niebo?
Spuścił wzrok, jakby zawstydzony swymi myślami – tak samo jak kilka chwil temu, kiedy poczuł się nienaturalnie speszony widokiem Kochanków na wierzchu talii – a dziwne ciepło, które rozlało się w jego piersi w momencie, kiedy zobaczył jak Rosie przekłada karty po swojemu, powoli obejmowało całe jego ciało, jak gdyby Alex odpoczywał na jednej z leżanek rozstawionych przed domkami letniskowymi, drzemiąc w pełnym słońcu.
– Wiesz – delikatnie odgarnął na bok blond włosy, które prawie że sięgały już szczupłych ramion stojącej przed nim kobiety: były dłuższe niż we Francji, i falowały się lekko na końcach, tak, jakby już poczuły wilgoć pobliskiego jeziora; nie dlatego, że mu specjalnie w czymkolwiek przeszkadzały, ale dlatego, że miło było zaplątać w nie palce – Tak sobie myślę – ciepły oddech Alexandra owiał kark Ambrosii, kiedy rozsuwał powoli zamek sukienki, schowany pod drobnymi haftkami – że zapomniałem jeszcze wylosować kartę dnia. – Palce Mulcibera przesunęły się wzdłuż kręgosłupa kobiety, kiedy już miał się od niej odsunąć, w geście równie subtelnym, bo ledwie musnął jej skórę, co zapamiętałym.
– Ale kiedy tak rozmawiamy, jestem prawie pewny, że mam dzień pod znakiem Asa różdżek – rzucił, zanim jeszcze zdążyła się odwrócić; a choć zniżył głos, słychać w nim było śmiech: głupi, szczeniacki żart, taki w jego stylu, bo skoro Ambrosia uderzyła w lekko żartobliwe tony, on przecież nie mógł być gorszy. W końcu kazała mu zapracować na swoją uwagę. Parsknął cicho pod nosem – jakby sam nie dowierzał, że powiedział to głośno – i odsunął się od kobiety, ucałowawszy ją mimochodem w czubek głowy. – Idę zapalić. Zaczekam na zewnątrz – rzucił niedbale Alex, oklepując się po kieszeniach w poszukiwaniu papierośnicy. Dopiero w drzwiach zatrzymał się na chwilę, jak gdyby nad czymś się zastanawiał. W jego głosie nie słychać było jednak zawahania. – Jak długo będzie trzeba – dodał.
Nie zaryzykował spojrzenia przez ramię. Wyszedł.
Nie wziął ze sobą okularów przeciwsłonecznych, więc słońce oślepiło go ledwie przestąpił próg domku letniskowego. Nie przeszkadzało mu to. Kiedy stał oparty o ścianę i ćmił papierosa, i tak miał zamknięte oczy, zbyt zajęty rozpamiętywaniem marzeń, wizji i wspomnień, które kłębiły się w jego głowie, by zwracać uwagę na świat dookoła.
Otworzył oczy dopiero, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi.
A już myślał, że to był tylko sen.
Jedynym, czego Alexander nie potrafił znieść w swoim życiu była nuda.
Nie było niczego gorszego od nudy.
Z braku innych środków, długi czas leczył nudę heroiną, ale to był tylko doraźny środek zaradczy. Umysł mężczyzny popadał w depresyjną stagnację, kiedy ten nie miał na podorędziu niczego, czym mógłby zająć myśli – żadnego problemu do rozwiązania, żadnego projektu do zrealizowania, żadnej stymulacji z zewnątrz – żadnego wyzwania, które inspirowałoby do wyrwania się z rekurencji bezczynności.
Ambrosia McKinnon była z kolei niewyczerpanym źródłem inspiracji i jego ulubionym wyzwaniem.
Cieszył się, że stoi do niego odwrócona plecami: tak nie mogła widzieć, jak Alex przewraca oczami na jej pełne słodkiej przekory słowa. Wylosowały się nam same PROSTE KSIĘŻYCE, tak jak wcześniej PRZEPOWIEDZIAŁEŚ… Jakże on uwielbiał, kiedy zgrywała się z nim w ten wyjątkowy sposób – najpierw prowokowała, złośliwie wytykając mu jakieś drobne uchybienia, tylko po to, by za chwilę móc zatrzepotać niewinnie rzęsami i bezczelnie przymilić – kompletnie wytrącała tym Alexa z równowagi, choć przecież nie mógł jej mieć tego za złe, bo jej zachowanie mocno podbudowywało mu ego.
Przygryzł wargi, próbując powstrzymać uśmiech, bo nagle naszła go zabawna myśl. Czy gdyby powiedział teraz Rosie: “jakże pięknie nam dzisiaj księżyc świeci!”, i pokazał palcem na słońce, to czy ta przytaknęłaby mu z równym entuzjazmem, wpatrując się z tęskną rozkoszą w jego twarz, zamiast w niebo?
Spuścił wzrok, jakby zawstydzony swymi myślami – tak samo jak kilka chwil temu, kiedy poczuł się nienaturalnie speszony widokiem Kochanków na wierzchu talii – a dziwne ciepło, które rozlało się w jego piersi w momencie, kiedy zobaczył jak Rosie przekłada karty po swojemu, powoli obejmowało całe jego ciało, jak gdyby Alex odpoczywał na jednej z leżanek rozstawionych przed domkami letniskowymi, drzemiąc w pełnym słońcu.
– Wiesz – delikatnie odgarnął na bok blond włosy, które prawie że sięgały już szczupłych ramion stojącej przed nim kobiety: były dłuższe niż we Francji, i falowały się lekko na końcach, tak, jakby już poczuły wilgoć pobliskiego jeziora; nie dlatego, że mu specjalnie w czymkolwiek przeszkadzały, ale dlatego, że miło było zaplątać w nie palce – Tak sobie myślę – ciepły oddech Alexandra owiał kark Ambrosii, kiedy rozsuwał powoli zamek sukienki, schowany pod drobnymi haftkami – że zapomniałem jeszcze wylosować kartę dnia. – Palce Mulcibera przesunęły się wzdłuż kręgosłupa kobiety, kiedy już miał się od niej odsunąć, w geście równie subtelnym, bo ledwie musnął jej skórę, co zapamiętałym.
– Ale kiedy tak rozmawiamy, jestem prawie pewny, że mam dzień pod znakiem Asa różdżek – rzucił, zanim jeszcze zdążyła się odwrócić; a choć zniżył głos, słychać w nim było śmiech: głupi, szczeniacki żart, taki w jego stylu, bo skoro Ambrosia uderzyła w lekko żartobliwe tony, on przecież nie mógł być gorszy. W końcu kazała mu zapracować na swoją uwagę. Parsknął cicho pod nosem – jakby sam nie dowierzał, że powiedział to głośno – i odsunął się od kobiety, ucałowawszy ją mimochodem w czubek głowy. – Idę zapalić. Zaczekam na zewnątrz – rzucił niedbale Alex, oklepując się po kieszeniach w poszukiwaniu papierośnicy. Dopiero w drzwiach zatrzymał się na chwilę, jak gdyby nad czymś się zastanawiał. W jego głosie nie słychać było jednak zawahania. – Jak długo będzie trzeba – dodał.
Nie zaryzykował spojrzenia przez ramię. Wyszedł.
Nie wziął ze sobą okularów przeciwsłonecznych, więc słońce oślepiło go ledwie przestąpił próg domku letniskowego. Nie przeszkadzało mu to. Kiedy stał oparty o ścianę i ćmił papierosa, i tak miał zamknięte oczy, zbyt zajęty rozpamiętywaniem marzeń, wizji i wspomnień, które kłębiły się w jego głowie, by zwracać uwagę na świat dookoła.
Otworzył oczy dopiero, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi.
A już myślał, że to był tylko sen.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat