12.04.2024, 01:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.04.2024, 02:31 przez Alexander Mulciber.)
- Sprawdzam tak, czy rozmówca mnie słucha - odparował natychmiast Alexander, chociaż w gruncie rzeczy, dalej niespecjalnie wiedział gdzie popełnił fikołka retorycznego, i czy Robert to mówi tak na poważnie, czy po prostu chce powiedzieć: “nie fikaj gówniarzu”.
Lekko zmrużył oczy, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Rzucam na odczytanie intencji przez jasnowidza.
Robert wydawał się zrezygnowany i zmęczony zaproponowanym przez Alexandra podejściem do sprawy. Jego wcześniejsza retorta była więc szczera: ludzie nieprzyzwyczajeni do gwałtownego strumienia świadomości, jaki wypluwał z siebie Axel, kiedy próbował wyjaśnić chaos panujący w jego głowie, często reagowali w podobny sposób. Przede wszystkim niechęcią. Mulciber, nawykły do analizowania krętych ścieżek losu, lubił roztrząsać wszystkie możliwe wyjścia z danej sytuacji, początkowo zbyt zaaferowany misterną mozaiką wyborów, by móc pochylić się nad jedną, konkretną, która zapewniłaby powodzenie danemu przedsięwzięciu czy pomyślne rozwiązanie trudnej sytuacji. Zakładał, że im więcej pomysłów na rozstrzygnięcie problemu, tym lepiej. Im więcej zmiennych w skomplikowanym równaniu przeznaczenia, tym więcej mentalnego wysiłku było potrzebne, by poprawnie wyliczyć kalibrację przyszłości.
Robert nie był jasnowidzem. Robert był... Metodyczny. Dokładny. Precyzyjny. Niczym samowystarczalna maszyna licząca, która zawodziła jednak, jeżeli wprowadziło się zbyt wiele niewiadomych. To jakaś możliwość, mówił, ale bez przekonania.
- Kadzidełka mogą zaczekać, ale ja nie - odpowiedział Alexander, równie uprzejmie, co Robert. Skoro chciał rodzinnego spotkania, to ma rodzinne spotkanie. Zakołysał trzymaną w dłoni szklanką. - Myślę, że możemy zgrabnie obejść problem Juliusa.
W trakcie rozmowy zdążył przypomnieć sobie conieco na temat doniesień o wuju. Artykuł traktujący o Juliusie Mulciberze przeczytał siedząc z Dianą razem w poczekalni biura aurorów, kiedy razem z nią oczekiwał na przesłuchanie. Zwykle niespecjalnie przejmował się doniesieniami ze świata, bo jeżeli coś nie pojawiło się w jego wizjach, nie było warte uwagi – doniesienia w gazetach śledził tylko przez całe to zamieszanie z Donaldem, ale wysyp sensacyjnych gównoartykułów pełnych teorii spiskowych na temat brata tylko nasilił jego niechęć do pismaków – dlatego na spokojnie rozwiązywał sobie krzyżóweczkę, ignorując trwający nieprzerwanie od kilku dni wewnętrzny atak paniki. Przewrócił oczami, kiedy Diana pokazała mu paluchem nazwisko Mulciber, spodziewając się kolejnego nagłówka o „morderczej Mulciberównie”, ale zdjęcie dawno niewidzianego wuja i wzmianka o śmierciożercach przyciągnęły jego uwagę na tyle, by Diana na powrót mogła wyrywać szwagrowi z rąk swoją krzykliwie kolorową Bravo Witch, którą to wcześniej bezczelnie jej zagarnął, zauważywszy przepyszną krzyżówkę.
- Jak już mówiłem, Donald leży w szpitalu, ale magimedycy mówią, że nie wyjdzie z tego. Sam widziałeś, jaki medialny młyn powstał wokół tej sprawy. - Alexander przejechał ręką po twarzy, jakby próbował zetrzeć zmęczenie, które mimowolnie odbiło się na niej na samo wspomnienie brata. - Nad jego ciałem złapali przecież cholernego mafioza, ale wypuścili go z braku dowodów... I tak dalej, i tak dalej. Jako że dopiero co zakończyły się oficjalne przesłuchania w tej sprawie, możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu wydając jedno, łączone oświadczenie do prasy: coś w stylu, że "dziękujemy za wszystkie życzenia powrotu do zdrowia", "dementujemy plotki o rzekomym współudziale osób trzecich", "dalej współpracujemy z Ministerstwem by wyjaśnić okoliczności sprawy", "prosimy o modlitwy do Matki w intencji o zdrowie Donalda"...
Alexander sam nie wiedział, czy chce mu się śmiać, czy wymiotować, czy panikować (temat Donalda tak na niego działał), więc szybko osuszył swoją szklankę, by zmyć nieprzyjemny smak strachu osiadły na nagle zdrętwiałym języku.
- ...A na koniec można by napisać - oczywiście, ładnymi słowami, ja nie jestem, kurwa, poetą, żeby się znać na tych sprawach - "prosimy o to, by zaprzestać niepokojenia naszej rodziny, pogrążonej w głębokim smutku po wypadku Donalda, bo ta medialna zawierucha jest, no, okropna", i wtedy rzeczywiście pasowałoby dopisanie, że "chcielibyśmy się stanowczo odciąć od Juliusa Mulcibera, który został wykluczony z naszego rodu", "solidaryzujemy się z ofiarami, bla bla", "łączymy w bólu", bla, bla, można jeszcze dorzucić nawet jakiś, kurwa, datek dla rodzin poszkodowanych. Albo założyć fundację, nie wiem.
Jak Robertowi nie chciało się słuchać jego pierdolenia, powinien zająć się produkcją woskowych zatyczek do uszu, a nie świeczek.
Lekko zmrużył oczy, nie przerywając kontaktu wzrokowego.
Rzucam na odczytanie intencji przez jasnowidza.
Rzut PO 1d100 - 24
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut PO 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!
Robert wydawał się zrezygnowany i zmęczony zaproponowanym przez Alexandra podejściem do sprawy. Jego wcześniejsza retorta była więc szczera: ludzie nieprzyzwyczajeni do gwałtownego strumienia świadomości, jaki wypluwał z siebie Axel, kiedy próbował wyjaśnić chaos panujący w jego głowie, często reagowali w podobny sposób. Przede wszystkim niechęcią. Mulciber, nawykły do analizowania krętych ścieżek losu, lubił roztrząsać wszystkie możliwe wyjścia z danej sytuacji, początkowo zbyt zaaferowany misterną mozaiką wyborów, by móc pochylić się nad jedną, konkretną, która zapewniłaby powodzenie danemu przedsięwzięciu czy pomyślne rozwiązanie trudnej sytuacji. Zakładał, że im więcej pomysłów na rozstrzygnięcie problemu, tym lepiej. Im więcej zmiennych w skomplikowanym równaniu przeznaczenia, tym więcej mentalnego wysiłku było potrzebne, by poprawnie wyliczyć kalibrację przyszłości.
Robert nie był jasnowidzem. Robert był... Metodyczny. Dokładny. Precyzyjny. Niczym samowystarczalna maszyna licząca, która zawodziła jednak, jeżeli wprowadziło się zbyt wiele niewiadomych. To jakaś możliwość, mówił, ale bez przekonania.
- Kadzidełka mogą zaczekać, ale ja nie - odpowiedział Alexander, równie uprzejmie, co Robert. Skoro chciał rodzinnego spotkania, to ma rodzinne spotkanie. Zakołysał trzymaną w dłoni szklanką. - Myślę, że możemy zgrabnie obejść problem Juliusa.
W trakcie rozmowy zdążył przypomnieć sobie conieco na temat doniesień o wuju. Artykuł traktujący o Juliusie Mulciberze przeczytał siedząc z Dianą razem w poczekalni biura aurorów, kiedy razem z nią oczekiwał na przesłuchanie. Zwykle niespecjalnie przejmował się doniesieniami ze świata, bo jeżeli coś nie pojawiło się w jego wizjach, nie było warte uwagi – doniesienia w gazetach śledził tylko przez całe to zamieszanie z Donaldem, ale wysyp sensacyjnych gównoartykułów pełnych teorii spiskowych na temat brata tylko nasilił jego niechęć do pismaków – dlatego na spokojnie rozwiązywał sobie krzyżóweczkę, ignorując trwający nieprzerwanie od kilku dni wewnętrzny atak paniki. Przewrócił oczami, kiedy Diana pokazała mu paluchem nazwisko Mulciber, spodziewając się kolejnego nagłówka o „morderczej Mulciberównie”, ale zdjęcie dawno niewidzianego wuja i wzmianka o śmierciożercach przyciągnęły jego uwagę na tyle, by Diana na powrót mogła wyrywać szwagrowi z rąk swoją krzykliwie kolorową Bravo Witch, którą to wcześniej bezczelnie jej zagarnął, zauważywszy przepyszną krzyżówkę.
- Jak już mówiłem, Donald leży w szpitalu, ale magimedycy mówią, że nie wyjdzie z tego. Sam widziałeś, jaki medialny młyn powstał wokół tej sprawy. - Alexander przejechał ręką po twarzy, jakby próbował zetrzeć zmęczenie, które mimowolnie odbiło się na niej na samo wspomnienie brata. - Nad jego ciałem złapali przecież cholernego mafioza, ale wypuścili go z braku dowodów... I tak dalej, i tak dalej. Jako że dopiero co zakończyły się oficjalne przesłuchania w tej sprawie, możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu wydając jedno, łączone oświadczenie do prasy: coś w stylu, że "dziękujemy za wszystkie życzenia powrotu do zdrowia", "dementujemy plotki o rzekomym współudziale osób trzecich", "dalej współpracujemy z Ministerstwem by wyjaśnić okoliczności sprawy", "prosimy o modlitwy do Matki w intencji o zdrowie Donalda"...
Alexander sam nie wiedział, czy chce mu się śmiać, czy wymiotować, czy panikować (temat Donalda tak na niego działał), więc szybko osuszył swoją szklankę, by zmyć nieprzyjemny smak strachu osiadły na nagle zdrętwiałym języku.
- ...A na koniec można by napisać - oczywiście, ładnymi słowami, ja nie jestem, kurwa, poetą, żeby się znać na tych sprawach - "prosimy o to, by zaprzestać niepokojenia naszej rodziny, pogrążonej w głębokim smutku po wypadku Donalda, bo ta medialna zawierucha jest, no, okropna", i wtedy rzeczywiście pasowałoby dopisanie, że "chcielibyśmy się stanowczo odciąć od Juliusa Mulcibera, który został wykluczony z naszego rodu", "solidaryzujemy się z ofiarami, bla bla", "łączymy w bólu", bla, bla, można jeszcze dorzucić nawet jakiś, kurwa, datek dla rodzin poszkodowanych. Albo założyć fundację, nie wiem.
Jak Robertowi nie chciało się słuchać jego pierdolenia, powinien zająć się produkcją woskowych zatyczek do uszu, a nie świeczek.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat