12.04.2024, 15:30 ✶
– Ja dość na bilety wstępu czy pamiątki, ale nie dość, jakby trzeba było kogoś przekupywać o dostępy do archiwów – westchnęła Brenna. Sykle pobrzękiwały w jej kieszeni, a były i galeony w kieszeni wewnętrznej, ale szczerze wątpiła, aby ta waluta zadowoliła jakiegokolwiek mugola. – Nie mam pojęcia. Za bardzo miejsko? Albo za mało mugolsko?
Brenna orientowała się w świecie mugolskim nieźle. W Dolinie Godryka mieszkali mugole, stykała się z nimi też w Londynie, niekiedy w swojej pracy, poza tym lubiła mugolską literaturę. Ale to wciąż było spojrzenie kogoś, kto obserwował daną „społeczność” z zewnątrz – nie był jej częścią i nie rozumiał praw, jakimi się rządziła. Wydawało się jej, że jej ubranie nie przyciągnęło wielkiej uwagi w Dolinie Godryka, ale może w tej części Anglii było inaczej?
*
– Dziękujemy pani za informację – mruknęła, rozczarowana odrobinę, ale ani trochę nie zaskoczona. Wyglądało na to, że nie dowiedzą się tutaj więcej.
Wyciągnęła pieniądze na ten garnuszek – choć wybrała najtańszy. Nie dlatego, że nie było jej stać na inny, ale nie chciała, by za pięć minut zaczepiało je całe stado kolejnych osób, zachęcających do zwiedzenia lokalnych atrakcji, kupienia kwiatka czy zjedzenia w konkretnym miejscu. Trochę nieprzywykła do takich sytuacji, w Dolinie Godryka raczej ludzie nie bywali natarczywi.
– Chcesz? Nie przepadam za takimi bibelotami – powiedziała, gdy odeszły, gotowa ofiarować Olivii garnuszek. W domu Longbottomów i tak za wiele było rzeczy, i Brenna ceniła głównie te, które były albo pamiątkami, albo miały wartość użytkową, a jednak co innego prezent od bliskiej osoby, co innego jakiś przypadkowy zakup gdzieś w Anglii. – Zajrzyjmy na wszelki wypadek do tego muzeum, chociaż mam wrażenie, że przyjdzie nam po prostu przekopywać ogródek w dawnym domu Jasemine… zorientuję się najpierw, czy nie ma jakichś zaklęć w tym przydatnych albo ludzi, którzy mogliby pomóc?
Wyobrażała sobie samą siebie i Olivię (w tej wizji były obie ubrane ogrodniczki, kalosze i słomkowe kapelusze), rozkopując ogródek. Z łopatami, chociaż w rzeczywistości pewnie używałyby raczej różdżek. I siostrzeńca Jesamine, na drugim planie, przypatrującego się temu obrazkowi ze zgrozą. Brenna odsunęła od siebie tę wizję i pokręciła głową.
– Może przy okazji spytam, czy można coś ofiarować pod warunkiem, że umieszczą nazwiska ofiarodawców. Cholera, wydaje mi się teraz prostsze, żeby spróbować w ten sposób… – mruknęła, zmierzając ku muzeum, by na miejscu zerknąć na cenę biletów i wyciągnąć resztkę funtów, coby za te bilety zapłacić. Gdyby mogła po prostu coś kupić i tutaj umieścić w imieniu Dylana… może to by jednak wystarczyło.
Brenna orientowała się w świecie mugolskim nieźle. W Dolinie Godryka mieszkali mugole, stykała się z nimi też w Londynie, niekiedy w swojej pracy, poza tym lubiła mugolską literaturę. Ale to wciąż było spojrzenie kogoś, kto obserwował daną „społeczność” z zewnątrz – nie był jej częścią i nie rozumiał praw, jakimi się rządziła. Wydawało się jej, że jej ubranie nie przyciągnęło wielkiej uwagi w Dolinie Godryka, ale może w tej części Anglii było inaczej?
*
– Dziękujemy pani za informację – mruknęła, rozczarowana odrobinę, ale ani trochę nie zaskoczona. Wyglądało na to, że nie dowiedzą się tutaj więcej.
Wyciągnęła pieniądze na ten garnuszek – choć wybrała najtańszy. Nie dlatego, że nie było jej stać na inny, ale nie chciała, by za pięć minut zaczepiało je całe stado kolejnych osób, zachęcających do zwiedzenia lokalnych atrakcji, kupienia kwiatka czy zjedzenia w konkretnym miejscu. Trochę nieprzywykła do takich sytuacji, w Dolinie Godryka raczej ludzie nie bywali natarczywi.
– Chcesz? Nie przepadam za takimi bibelotami – powiedziała, gdy odeszły, gotowa ofiarować Olivii garnuszek. W domu Longbottomów i tak za wiele było rzeczy, i Brenna ceniła głównie te, które były albo pamiątkami, albo miały wartość użytkową, a jednak co innego prezent od bliskiej osoby, co innego jakiś przypadkowy zakup gdzieś w Anglii. – Zajrzyjmy na wszelki wypadek do tego muzeum, chociaż mam wrażenie, że przyjdzie nam po prostu przekopywać ogródek w dawnym domu Jasemine… zorientuję się najpierw, czy nie ma jakichś zaklęć w tym przydatnych albo ludzi, którzy mogliby pomóc?
Wyobrażała sobie samą siebie i Olivię (w tej wizji były obie ubrane ogrodniczki, kalosze i słomkowe kapelusze), rozkopując ogródek. Z łopatami, chociaż w rzeczywistości pewnie używałyby raczej różdżek. I siostrzeńca Jesamine, na drugim planie, przypatrującego się temu obrazkowi ze zgrozą. Brenna odsunęła od siebie tę wizję i pokręciła głową.
– Może przy okazji spytam, czy można coś ofiarować pod warunkiem, że umieszczą nazwiska ofiarodawców. Cholera, wydaje mi się teraz prostsze, żeby spróbować w ten sposób… – mruknęła, zmierzając ku muzeum, by na miejscu zerknąć na cenę biletów i wyciągnąć resztkę funtów, coby za te bilety zapłacić. Gdyby mogła po prostu coś kupić i tutaj umieścić w imieniu Dylana… może to by jednak wystarczyło.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.