W głowie Caina było nieustanne pytanie: A CO JEŚLI ZOSTANIEMY ZAATAKOWANI? Kto ich zaatakuje? Nie wiem. Dlaczego? Pojęcia brak. Jak by ich tutaj znaleźli? Na pewno mieli tajne techniki śledzenia mugolskich pojazdów. Znajdą ich na krańcu świata i jeszcze dalej, a zaatakują w chwili... dokładnie w chwili, kiedy Cain zapomni coś sprawdzić. Kiedy będzie miał jedną czarną dziurę w głowie, kiedy próbował mapować sobie otoczenie i wtedy przyjdą! Gdy będzie na kiblu, bo przecież wtedy najlepiej ścinało się wrogów, gdy byli najbardziej bezbronni. Widzieliście bardziej bezbronnego człowieka niż w takiej chwili? Odczucia wobec tego nie były więc palące, tak jak nie był wielce piękący ten żarcik, który się przesunął, bo ciemnowłosy miał tę pewność, że Flynn sobie stroi żarty. W końcu było z czego żartować, spinanie się o to byłoby poniżej poczucia własnej wartości Bletchleya. Co najwyżej zasiewało malutkie ziarenko z pytaniem, czy NA PEWNO mu nie przeszkadza i czy to NA PEWNO jest żart. Łatwo jest w końcu pewność siebie poskrobać jak tablicę z zajęć w Hogwarcie paznokciami. Poważniejsza rzecz się miała z Tivoli Gardens. Co to jest? Gdzie to jest? Jak drogie to jest? Cain zrobił minę, której nie przybrałby chyba przy nikim innym poza Flynnem, może z rzadka w okolicznościach, w których brak decyzyjności i niepewność chciałby zakomunikować. "Mhmm..." - dźwięki myślenia były bardzo ważną sprawą do uzupełnienia treści, bo przecież maszyny jak pracowały też dźwięk wydawały, tak? Mózg więc też miał do tego prawo. Sęk nie w tym, czy by chciał - zabrałby i na koniec świata Flynna i nawet zabrałby się razem z nim w pakiecie, bardziej czy rzeczywiście mógł na to wygospodarować walutę z wydatków, w których wcale nie był dobry. Te pieniądze za szybko znikały. Jeśli nie w budżecie Freyi, to gdzieś wśród rodzin czy osób, których nie potrafił zostawić, było mu ich szkoda, więc mógł chociaż wspomóc ich finansowo koniec końców. Zabranie komuś tego, żeby samemu się pobawić, stanowiło małą rysę na jego pojęciu świata, nawet jeśli jego moralność była całkiem szara.
- Dobrze. A gdzie to jest? I co to jest? - Tak, bo to powinna być prawidłowa kolejność odpowiedzi, że najpierw się zgadzasz, a potem dopiero pytasz: ale w sumie to dokąd ty chcesz jechać? Jak dla Caina to mógł być szczyt działającego wulkany, Alpy, dżungla w Afryce albo jezioro solne gdzieś w Egipcie. A potem się uśmiechnął, zabrał swoją kawę. Czekał. Czekał na coś, na co w ogóle nie mógł być gotowy. Na coś takiego nie dało się przygotować.
Popluł się kawą, kiedy zobaczył Flynna w TYM stroju (czyli właściwie bez stroju) z tacą w ręku i hasłem, jakie rzucił. Oczy prawie wyszły mu z orbit przy pierwszym parsknięciu, przytrzymał dłoń przy ustach, zszokowany i rozbawiony, kompletnie wybity z jakiegokolwiek rytmu. Oj tak, jak skrzywdzić człowieka na zawsze. Ewentualnie - jak dać mu wspaniałe wspomnienie, które rozjaśni chyba nawet najbardziej ponury dzień, bo nie będzie dało się nie ukrywać uśmiechu, jaki będzie przywoływał. Parsknął kolejny raz z absurdalności tej sytuacji, kiedy Flynn się poruszył, ale to było całkiem krótkie parsknięcie. W ramach ostatecznej przytomności, po chwili dopiero, odstawił ten kubek na szafeczkę nocną, tylko wymacując dłonią, czy na pewno na niej stoi, bo oczu od Flynna nie oderwał. Nie mógłby. Jego mózg się wysypał i gdyby ktoś próbował go odczytać w tym momencie to jego treść brzmiałaby mniej więcej tak:
(...) ............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. (...)
Czy Flynn zawsze się tak potrafił ruszać? Tak, no chyba tak. Zawsze był taki... TAKI? W sumie... no chyba był? To, że to było zabawne, to, że już mu krew pulsowała między nogami i to, że wysypało mu to mózg to trzy sprawy, a była jeszcze czwarta. To był podziw. Nawet jakby to absurdalne nie było, to był to podziw i admiracja dla tego człowieka, dla tego, jak bez najmniejszych problemów utrzymywał tę tacę, jak zachowywał płynność w ruchach, jak zachowywał powagę twarzy przy tym wszystkim, chociaż Cain był pewien, że sam miałby z tym problemy. To uwielbienie i te wrażenia nie formułowały się w żadne zdanie, w żadną objawioną prawdę, były za to ukryte w ciągu emocji i kropek. Kiedy już wrażenie opadnie to kropki w końcu uformują się w konkretne zdania.
- Tak, proszę... - Fascynacja brzmiała w jego głosie w stopniu, który powinien być dla drugiej osoby może nawet niezdrowym, ale kiedy robisz COŚ TAKIEGO to chyba niewiele rzeczy już bierzesz za niezdrowe. Niestety Cain nie wykazał zainteresowania śniadaniu, kiedy zacisnął palce na udzie Edga i uniósł się, żeby z nabożnie głodną czcią obsypać pocałunkami jego ciało. - Obrzydliwa z ciebie dziwka. - Ton, jakim to wypowiedział, brzmiał jakby to był największy z komplementów, na jaki byłoby stać Bletchleya. Miał głos równie rozpalony, co rozpalone były jego oczy, policzki i usta.