12.04.2024, 18:11 ✶
Jej brat z pewnością bardzo wiele zawdzięczał swojemu uroczemu uśmiechowi – z ich rodzeństwa to on był tym bardziej charyzmatycznym i wywierającym pozytywne wrażenie na ludziach – chociaż z dużym prawdopodobieństwem odziedziczył to raczej po matce. Jeremiah Longbottom, ich ojciec, należał raczej do ludzi dość surowych w obejściu. Chociaż kto wie, może mieli po prostu w rodzinie nieco inne mechanizmy przystosowawcze?
– Nie no, nie puchnie, nie piecze, nie odpada, nie zmienia koloru, to chyba wszystko jest w porządku… – powiedziała, zerkając po raz ostatni na swoją dłoń. Później jednak, oczywiście, całkowicie pochłonęło ją najpierw obserwowanie przemiany pana Collinsa, a potem: rozmowa z pacjentem. Bardzo uprzejma z jej strony przecież, och, ona wcale się nie odgryzała, ona tylko dopełniała procedur i przecież nikt nie będzie mógł jej niczego zarzucić, ani wykorzystać w ramach obrony przed Wizengamotem, bo ani go nie obraziła, ani nie podniosła głosu nawet!
– Mam nadzieję, że potraktuje pan poważnie zalecenia uzdrowiciela, panie Collins – stwierdziła obłudnie, z bardzo poważną miną, kiedy Basilius doradził mężczyźnie, by nie kąpał się więc w podejrzanych eliksirach. Chociaż utrzymanie tej powagi w chwili, w której Prewett rzucił kolejne zaklęcie (Brenna miała wrażenie, że mógłby pewnie tę transformację przeprowadzić wolniej i delikatniej, ale chyba nie miał ochoty i jakoś ani trochę się nie dziwiła), wiele ją kosztowało, a kącik ust zadrgał jej lekko. Opanowała to jednak szybko, powracając do monotonnej recytacji wszystkich bumowych formułek oraz praw, jakie miał pan Collins, absolutnie ignorując jego ewentualne próby wtrącenia się z obrazami – w których zresztą przeszkadzało mu to, że jego głowa transmutowała właśnie z powrotem w głowę człowieka.
Ale miał już uszy.
Z pewnością tym razem zatrzymanie będzie skuteczne.
– Panie Prewett, czy w pańskiej profesjonalnej ocenie medycznej, pan Collins jest teraz w stanie umożliwiającym przesłuchanie i zabranie do aresztu, czy powinien pozostać w Mungu? – zapytała na koniec, kiedy pacjent znów był człowiekiem i szarpał się uparcie w więzach, choć nie przeklinał już, może z obawy, że Basilius znów rzuci w niego jakieś zaklęcie. A w tonie Brenny pobrzmiewała odrobina satysfakcji, bo może gdyby pan Collins nie zechciał obrażać Basiliusa i matki Basiliusa, też na przykład chciałby zostawić go na obserwacji, a tak to Brenna podejrzewała, że jeśli jego życiu nie groziło niebezpieczeństwo, Prewett chętnie dokona… eksterminacji szkodnika.
– Nie no, nie puchnie, nie piecze, nie odpada, nie zmienia koloru, to chyba wszystko jest w porządku… – powiedziała, zerkając po raz ostatni na swoją dłoń. Później jednak, oczywiście, całkowicie pochłonęło ją najpierw obserwowanie przemiany pana Collinsa, a potem: rozmowa z pacjentem. Bardzo uprzejma z jej strony przecież, och, ona wcale się nie odgryzała, ona tylko dopełniała procedur i przecież nikt nie będzie mógł jej niczego zarzucić, ani wykorzystać w ramach obrony przed Wizengamotem, bo ani go nie obraziła, ani nie podniosła głosu nawet!
– Mam nadzieję, że potraktuje pan poważnie zalecenia uzdrowiciela, panie Collins – stwierdziła obłudnie, z bardzo poważną miną, kiedy Basilius doradził mężczyźnie, by nie kąpał się więc w podejrzanych eliksirach. Chociaż utrzymanie tej powagi w chwili, w której Prewett rzucił kolejne zaklęcie (Brenna miała wrażenie, że mógłby pewnie tę transformację przeprowadzić wolniej i delikatniej, ale chyba nie miał ochoty i jakoś ani trochę się nie dziwiła), wiele ją kosztowało, a kącik ust zadrgał jej lekko. Opanowała to jednak szybko, powracając do monotonnej recytacji wszystkich bumowych formułek oraz praw, jakie miał pan Collins, absolutnie ignorując jego ewentualne próby wtrącenia się z obrazami – w których zresztą przeszkadzało mu to, że jego głowa transmutowała właśnie z powrotem w głowę człowieka.
Ale miał już uszy.
Z pewnością tym razem zatrzymanie będzie skuteczne.
– Panie Prewett, czy w pańskiej profesjonalnej ocenie medycznej, pan Collins jest teraz w stanie umożliwiającym przesłuchanie i zabranie do aresztu, czy powinien pozostać w Mungu? – zapytała na koniec, kiedy pacjent znów był człowiekiem i szarpał się uparcie w więzach, choć nie przeklinał już, może z obawy, że Basilius znów rzuci w niego jakieś zaklęcie. A w tonie Brenny pobrzmiewała odrobina satysfakcji, bo może gdyby pan Collins nie zechciał obrażać Basiliusa i matki Basiliusa, też na przykład chciałby zostawić go na obserwacji, a tak to Brenna podejrzewała, że jeśli jego życiu nie groziło niebezpieczeństwo, Prewett chętnie dokona… eksterminacji szkodnika.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.