12.04.2024, 19:18 ✶
Longbottom miał poniekąd trudność z zaakceptowaniem śmierci jako takiej. Chociaż stykał się z nią na co dzień w pracy przy co bardziej tragicznych wezwaniach i wypełnianiu niebezpiecznych obowiązków służbowych, tak dorastając w rodzinie pełnej stróżów prawa, przywykł poniekąd do tego, że śmierć była jednym z wielu niebezpieczeństw, z rodzaju tych, jakich można było uniknąć, jeśli stosowało się odpowiednie zabezpieczenia.
Poza tym starał się myśleć pozytywnie i stanowić przeciwwagę dla siostry, która w ostatnich latach zaczęła wszędzie dostrzegać ryzyko. Ktoś musiał podtrzymywać płomień nadziei na to, że nie dojdzie do jakiejś wielkiej tragedii. Beltane i śmierć Derwina stłumiły ten płomień, jednak ten nie zgasł kompletnie. Po prostu dawał mniej ciepła. Mimo to, Erik czuł sprzeciw wobec śmierci. Przynajmniej tej nienaturalnej, która w jego oczach nie uchodziła za prawdziwy element cyklu życia, a raczej jego zaburzenie.
— Natura tak działa, bo w idealnych warunkach nie ma tam żadnych obcych elementów. Nic nie zaburza naturalnych procesów — stwierdził, wzruszając lekko ramionami, woląc nie dzielić się bardziej dogłębnie swoimi przemyśleniami na ten temat. — A miasto jest poniekąd jak las — odparował ze spokojem, słuchając z uwagą Sama. — Tylko taki, gdzie zamiast dzikich zwierząt masz innych ludzi, zamiast drzew budynki, a zamiast szlaków leśnych wybrukowane drogi.
Zmarszczył czoło, słysząc o zniszczonym domu w Londynie. Przechylił lekko głowę, przyglądając się z zaciekawieniem swojemu rozmówcy. Czy w Samie faktycznie drzemała taka siła, a może tylko trauma z młodości uwydatniała jakiś drobny incydent?
— Osobiście wątpię w to, aby Knieja miała aż tak dużą świadomość — stwierdził powoli, ostrożnie ważąc każde słowo. Miał wrażenie, że wchodził na bardzo niestabilny grunt. Zupełnie jakby nagle zaczął rozmawiać z kapłankami kowenu o Matce. Czyżby Samuel darzył las podobną czcią? — Bo w takim razie co z ludźmi, którzy też cierpią na tę przypadłość, a nie mieszkają w okolicy? — Uniósł lekko brwi. — Knieja też do nich woła z daleka?
Powoli zaczynał się martwić. Dotychczasowe zmierzenia mężczyzny sprawiały, że przyłapywał się na tym, że nie bardzo wiedział, jak odnieść się do nietypowej relacji Samuela z Knieją. To nie był tylko szacunek i uwielbienie natury. Wyglądało to na coś dużo głębszego, a może wręcz zakrawało na lekką obsesję? Te próby transmutowania swoich rąk w korzenie drzew, rozmawianie z krzewami, a teraz jeszcze przekonanie, że las oczekiwał od niego, że raz na zawsze zmieni się w niedźwiedzia i poświęci się naturze? Niepokoiło go to.
— I zostać tam? — spytał z nutą żalu w głosie. — Wiem, że preferujesz Knieję i swój dotychczasowy dom, ale powrót tam też nie odcina ci drogi do tego, aby częściej bywać w Dolinie. Albo nawet w Warowni. — Uśmiechnął się minimalnie. — Będziesz u nas mile widziany, bez względu na to, co zdecydujesz.
Uważał, że skonfrontowanie Księcia Kniei z realiami Doliny było dosyć ważne, ale nie czuł się jeszcze na tyle pewnie w tej relacji, aby z miejsca narzucać mu, co ma robić. Mógł jednak zostawić parę furtek, przez które jego towarzysz mógłby się spokojnie prześlizgnąć, gdyby tylko miał ku temu ochotę lub potrzebę. Gdy przeszli do wędkowania, sądził, że przez dłuższy czas pobędą w ciszy, aby mogli zebrać myśli, jednak Sam miał najwyraźniej inne zdanie i ponownie nabrał ochoty na pogawędki. Erik zamrugał nieco zdziwiony, gdy zdał sobie sprawę, że rozmawiają o starszym Longbottomowie.
— Morfeusz nie przepada za ćwiczeniami. Pływanie w dzikich zbiornikach wodnych zapewne też się do tego zalicza — mruknął pod nosem, zapamiętując sobie jednak, że doszło do takowej sytuacji z udziałem wuja. — O ile na środku jeziora nie objawiło mu się żadne bóstwo, to raczej nie byłby zbyt chętny do pływania.
Po prawdzie nie do końca wiedział, o kim mówił Samuel, opowiadając o młodym towarzyszu Morfeusza. Wuj wrócił do kraju stosunkowo niedawno, toteż Erika nie dziwiło zbytnio, że obracał się w dosyć kolorowym towarzystwie. Współpracownicy z Ministerstwa Magii, starzy znajomi, dalecy krewni, sąsiedzi... Chłopak mógł należeć do każdej z tych grup, a mógł także być kimś zupełnie obcym.
Bądź co bądź, wpadanie w kłopoty jest u nas rodzinne, pomyślał z przekąsem. Skoro jego siostra co rusz trafiała na niecodzienne sytuacje, to czemu z Morfeuszem miałoby być inaczej? Może nowy kolega okazał się przypadkową ofiarą ataku, którego Morfeusz był naocznym świadkiem? Poza tym, jakby się tak nad tym zastanowić, to siatka znajomości członków rodziny była na tyle obszerna, że też nie sposób było spamiętać wszystkich.
— Brenna miała podobny wypadek parę miesięcy temu — przyznał po dłuższej chwili, mimowolnie porównując do siebie obie sytuacje. Jedyną różnicą było to, że akurat rodzeństwo Longbottomów zmierzyło się z zagrożeniem w zupełnie innej części kraju. — Coś zachęciło ją do wejścia pod wodę i tam próbowało utopić. — Skrzywił się na samo wspomnienie. — Nie mieliśmy zbytnio szansy się temu przyjrzeć.
Po tym, jak ocalił Brennę przed utopieniem się, bardziej zależało mu na tym, aby przenieść ją w bezpieczne miejsce, niż rzucać się w odmęty jeziorka, w którym ewidentnie coś czyhało na nierozważnych ludzi. Poza tym, w okolicy mogli krążyć mugole, więc lepiej było nie ryzykować. Ciężko byłoby wytłumaczyć nieprzytomną syrenę wyrzuconą na brzeg, gdyby nagle zlecieli się gapie.
Uśmiechnął się szeroko, gdy już po paru minutach jedna z ryb zainteresowała się przynętą zarzuconą przez Samuela. Szczęście początkującego, a może niedźwiedzi instynkt prowadził go w tym małym wyzwaniu? W sumie, czy to w ogóle się liczyło. Obserwował z aprobatą poczynania Sama, zauważając, że ten faktycznie stosował się do jego wskazówek. Wychodzi mu to zdecydowanie lepiej niż mi za pierwszym razem, zauważył bezgłośnie, mrużąc lekko oczy. Może powinien zaprosić go na kolejny grupowy wyjazd na ryby?
— Te ryby same wskakują ci w ręce — pochwalił, poruszając delikatnie własną wędką. Nie miał takiego szczęścia jak swój protegowany.
Poza tym starał się myśleć pozytywnie i stanowić przeciwwagę dla siostry, która w ostatnich latach zaczęła wszędzie dostrzegać ryzyko. Ktoś musiał podtrzymywać płomień nadziei na to, że nie dojdzie do jakiejś wielkiej tragedii. Beltane i śmierć Derwina stłumiły ten płomień, jednak ten nie zgasł kompletnie. Po prostu dawał mniej ciepła. Mimo to, Erik czuł sprzeciw wobec śmierci. Przynajmniej tej nienaturalnej, która w jego oczach nie uchodziła za prawdziwy element cyklu życia, a raczej jego zaburzenie.
— Natura tak działa, bo w idealnych warunkach nie ma tam żadnych obcych elementów. Nic nie zaburza naturalnych procesów — stwierdził, wzruszając lekko ramionami, woląc nie dzielić się bardziej dogłębnie swoimi przemyśleniami na ten temat. — A miasto jest poniekąd jak las — odparował ze spokojem, słuchając z uwagą Sama. — Tylko taki, gdzie zamiast dzikich zwierząt masz innych ludzi, zamiast drzew budynki, a zamiast szlaków leśnych wybrukowane drogi.
Zmarszczył czoło, słysząc o zniszczonym domu w Londynie. Przechylił lekko głowę, przyglądając się z zaciekawieniem swojemu rozmówcy. Czy w Samie faktycznie drzemała taka siła, a może tylko trauma z młodości uwydatniała jakiś drobny incydent?
— Osobiście wątpię w to, aby Knieja miała aż tak dużą świadomość — stwierdził powoli, ostrożnie ważąc każde słowo. Miał wrażenie, że wchodził na bardzo niestabilny grunt. Zupełnie jakby nagle zaczął rozmawiać z kapłankami kowenu o Matce. Czyżby Samuel darzył las podobną czcią? — Bo w takim razie co z ludźmi, którzy też cierpią na tę przypadłość, a nie mieszkają w okolicy? — Uniósł lekko brwi. — Knieja też do nich woła z daleka?
Powoli zaczynał się martwić. Dotychczasowe zmierzenia mężczyzny sprawiały, że przyłapywał się na tym, że nie bardzo wiedział, jak odnieść się do nietypowej relacji Samuela z Knieją. To nie był tylko szacunek i uwielbienie natury. Wyglądało to na coś dużo głębszego, a może wręcz zakrawało na lekką obsesję? Te próby transmutowania swoich rąk w korzenie drzew, rozmawianie z krzewami, a teraz jeszcze przekonanie, że las oczekiwał od niego, że raz na zawsze zmieni się w niedźwiedzia i poświęci się naturze? Niepokoiło go to.
— I zostać tam? — spytał z nutą żalu w głosie. — Wiem, że preferujesz Knieję i swój dotychczasowy dom, ale powrót tam też nie odcina ci drogi do tego, aby częściej bywać w Dolinie. Albo nawet w Warowni. — Uśmiechnął się minimalnie. — Będziesz u nas mile widziany, bez względu na to, co zdecydujesz.
Uważał, że skonfrontowanie Księcia Kniei z realiami Doliny było dosyć ważne, ale nie czuł się jeszcze na tyle pewnie w tej relacji, aby z miejsca narzucać mu, co ma robić. Mógł jednak zostawić parę furtek, przez które jego towarzysz mógłby się spokojnie prześlizgnąć, gdyby tylko miał ku temu ochotę lub potrzebę. Gdy przeszli do wędkowania, sądził, że przez dłuższy czas pobędą w ciszy, aby mogli zebrać myśli, jednak Sam miał najwyraźniej inne zdanie i ponownie nabrał ochoty na pogawędki. Erik zamrugał nieco zdziwiony, gdy zdał sobie sprawę, że rozmawiają o starszym Longbottomowie.
— Morfeusz nie przepada za ćwiczeniami. Pływanie w dzikich zbiornikach wodnych zapewne też się do tego zalicza — mruknął pod nosem, zapamiętując sobie jednak, że doszło do takowej sytuacji z udziałem wuja. — O ile na środku jeziora nie objawiło mu się żadne bóstwo, to raczej nie byłby zbyt chętny do pływania.
Po prawdzie nie do końca wiedział, o kim mówił Samuel, opowiadając o młodym towarzyszu Morfeusza. Wuj wrócił do kraju stosunkowo niedawno, toteż Erika nie dziwiło zbytnio, że obracał się w dosyć kolorowym towarzystwie. Współpracownicy z Ministerstwa Magii, starzy znajomi, dalecy krewni, sąsiedzi... Chłopak mógł należeć do każdej z tych grup, a mógł także być kimś zupełnie obcym.
Bądź co bądź, wpadanie w kłopoty jest u nas rodzinne, pomyślał z przekąsem. Skoro jego siostra co rusz trafiała na niecodzienne sytuacje, to czemu z Morfeuszem miałoby być inaczej? Może nowy kolega okazał się przypadkową ofiarą ataku, którego Morfeusz był naocznym świadkiem? Poza tym, jakby się tak nad tym zastanowić, to siatka znajomości członków rodziny była na tyle obszerna, że też nie sposób było spamiętać wszystkich.
— Brenna miała podobny wypadek parę miesięcy temu — przyznał po dłuższej chwili, mimowolnie porównując do siebie obie sytuacje. Jedyną różnicą było to, że akurat rodzeństwo Longbottomów zmierzyło się z zagrożeniem w zupełnie innej części kraju. — Coś zachęciło ją do wejścia pod wodę i tam próbowało utopić. — Skrzywił się na samo wspomnienie. — Nie mieliśmy zbytnio szansy się temu przyjrzeć.
Po tym, jak ocalił Brennę przed utopieniem się, bardziej zależało mu na tym, aby przenieść ją w bezpieczne miejsce, niż rzucać się w odmęty jeziorka, w którym ewidentnie coś czyhało na nierozważnych ludzi. Poza tym, w okolicy mogli krążyć mugole, więc lepiej było nie ryzykować. Ciężko byłoby wytłumaczyć nieprzytomną syrenę wyrzuconą na brzeg, gdyby nagle zlecieli się gapie.
Uśmiechnął się szeroko, gdy już po paru minutach jedna z ryb zainteresowała się przynętą zarzuconą przez Samuela. Szczęście początkującego, a może niedźwiedzi instynkt prowadził go w tym małym wyzwaniu? W sumie, czy to w ogóle się liczyło. Obserwował z aprobatą poczynania Sama, zauważając, że ten faktycznie stosował się do jego wskazówek. Wychodzi mu to zdecydowanie lepiej niż mi za pierwszym razem, zauważył bezgłośnie, mrużąc lekko oczy. Może powinien zaprosić go na kolejny grupowy wyjazd na ryby?
— Te ryby same wskakują ci w ręce — pochwalił, poruszając delikatnie własną wędką. Nie miał takiego szczęścia jak swój protegowany.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞