13.04.2024, 03:32 ✶
Co tylko sobie wymarzysz...
Chęć spełnienia jego marzeń brzmiała tak dziwnie obco. Nikt przed nim ani po nim nie chciał tego robić, a on sam miał wrażenie, że nie posiada żadnych marzeń. Może gdyby znalazł sobie cel inny niż marnowanie czasu leżąc na dachu i wzdychanie do gwiazd, jego życie stałoby się łatwiejsze, ale... Jaki? Pomagał przy tym cyrku, starał się robić tutaj cokolwiek w czym mógł się przydać, nawet mimo bycia wyjątkowo leniwym i samolubnym gatunkiem człowieka. Tylko to wcale nie dawało mu spełnienia, a nawet jeśli... Nic nie mogło równać się odwzajemnianiu kolejnych ciepłych pocałunków. Nawet głębokie zmęczenie nie odgoniło od niego myśli, że wszystko byłoby lepsze, gdyby Alexander nauczył się brać to, co do niego należało. Gdyby ktoś z sercem pokierował jego życiem, być może wreszcie zaznałby prawdziwego spokoju. W tym małym, fantastycznym, cyrkowym świecie, jaki leczył jego duszę przez ostatnie lata.
Na to było już za późno.
Pozwolił mu się wymknąć zbyt wiele razy, żeby teraz dał utrzymać się na smyczy. Właśnie dlatego dookoła domów budowało się wysokie płoty. Żeby nikt nieproszony nie deptał twojego trawnika. Żeby pies nie ruszał w podróże w nieznane. Żeby nikt nie przyszedł i nie ukradł ci czegoś, co kochałeś.
- Byłoby miło - powiedział nagle, a później uciekł gdzieś spojrzeniem, zupełnie jakby starszy Bell miał domyślić się o co mi właściwie chodzi. Po kilku przydługich sekundach wrócił do wpatrywania się w niego i znów zadrżał. Tym razem nie od ciężaru słów. Było mu po prostu cholernie zimno. - Gdybym urodził się dziewczyną. - Wtedy by go stąd nie zabrała. Żyłby dalej w Fantasmagorii. Ich związek byłby dla wszystkich oczywisty. Odkrywaliby wszystko razem. Powoli. W ciepłe słońca. Pod gołym niebem. Gdybym nie był sobą. Gdyby na przekór swojemu szczęściu nie został szczurem. - Byłbym pewnie tą żoną, która czeka na ciebie z patelnią pijąc wino, ale i tak rodziłbym ci dzieci. - Taką, jakiej nikt nie lubił, bo miała strasznie wredną twarz i uśmiech zapowiadający kłopoty, ale w środku chciałaby po prostu, żeby ktoś ją bardzo, bardzo mocno przytulił.
Przylgnął do niego ciaśniej, a później syknał łapiąc się za to miejsce na nodze, które rozciął dzisiaj rano nożem. To natomiast wydało mu się całkiem naturalne. Na tyle naturalne, że nawet nie zdał sobie sprawy co musiał pomyśleć Alexander, kiedy to zauważył. Sam kompletnie to zignorował, miał przecież na głowie ważniejsze sprawy - oplecenie go rękoma wokół szyi i przymknięcie oczu.
- Zaraz zamarznę - przyznał, nie odrywając się od niego. - Boję się, że jak nie wystąpię w sobotę, to szef nie da mi wypłaty.
Chęć spełnienia jego marzeń brzmiała tak dziwnie obco. Nikt przed nim ani po nim nie chciał tego robić, a on sam miał wrażenie, że nie posiada żadnych marzeń. Może gdyby znalazł sobie cel inny niż marnowanie czasu leżąc na dachu i wzdychanie do gwiazd, jego życie stałoby się łatwiejsze, ale... Jaki? Pomagał przy tym cyrku, starał się robić tutaj cokolwiek w czym mógł się przydać, nawet mimo bycia wyjątkowo leniwym i samolubnym gatunkiem człowieka. Tylko to wcale nie dawało mu spełnienia, a nawet jeśli... Nic nie mogło równać się odwzajemnianiu kolejnych ciepłych pocałunków. Nawet głębokie zmęczenie nie odgoniło od niego myśli, że wszystko byłoby lepsze, gdyby Alexander nauczył się brać to, co do niego należało. Gdyby ktoś z sercem pokierował jego życiem, być może wreszcie zaznałby prawdziwego spokoju. W tym małym, fantastycznym, cyrkowym świecie, jaki leczył jego duszę przez ostatnie lata.
Na to było już za późno.
Pozwolił mu się wymknąć zbyt wiele razy, żeby teraz dał utrzymać się na smyczy. Właśnie dlatego dookoła domów budowało się wysokie płoty. Żeby nikt nieproszony nie deptał twojego trawnika. Żeby pies nie ruszał w podróże w nieznane. Żeby nikt nie przyszedł i nie ukradł ci czegoś, co kochałeś.
- Byłoby miło - powiedział nagle, a później uciekł gdzieś spojrzeniem, zupełnie jakby starszy Bell miał domyślić się o co mi właściwie chodzi. Po kilku przydługich sekundach wrócił do wpatrywania się w niego i znów zadrżał. Tym razem nie od ciężaru słów. Było mu po prostu cholernie zimno. - Gdybym urodził się dziewczyną. - Wtedy by go stąd nie zabrała. Żyłby dalej w Fantasmagorii. Ich związek byłby dla wszystkich oczywisty. Odkrywaliby wszystko razem. Powoli. W ciepłe słońca. Pod gołym niebem. Gdybym nie był sobą. Gdyby na przekór swojemu szczęściu nie został szczurem. - Byłbym pewnie tą żoną, która czeka na ciebie z patelnią pijąc wino, ale i tak rodziłbym ci dzieci. - Taką, jakiej nikt nie lubił, bo miała strasznie wredną twarz i uśmiech zapowiadający kłopoty, ale w środku chciałaby po prostu, żeby ktoś ją bardzo, bardzo mocno przytulił.
Przylgnął do niego ciaśniej, a później syknał łapiąc się za to miejsce na nodze, które rozciął dzisiaj rano nożem. To natomiast wydało mu się całkiem naturalne. Na tyle naturalne, że nawet nie zdał sobie sprawy co musiał pomyśleć Alexander, kiedy to zauważył. Sam kompletnie to zignorował, miał przecież na głowie ważniejsze sprawy - oplecenie go rękoma wokół szyi i przymknięcie oczu.
- Zaraz zamarznę - przyznał, nie odrywając się od niego. - Boję się, że jak nie wystąpię w sobotę, to szef nie da mi wypłaty.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.