Nie chciał tego wiedzieć. Wyryłby drogę swoimi paznokciami na skórze, wyrwał każdy z włosów, odciął swoje usta. Wtedy mógłby rzec: nie ma już niczego, za czym byś zatęsknił. Wiedział jednak lepiej, mimo tego, jak słabo znał człowieka przed sobą (i jednocześnie jak bardzo intensywnie go znał), że zaprzeczyłby. Rzekłby wtedy coś, co wstrząsnęłoby jego sercem i nie sprawiło, że żałowałby podjętej decyzji, a upewnił się, że wulgarność zniszczeń, ich bezsens, ten ogrom straty, były tylko małym krokiem w drodze do celu. Celem tym było poznanie samego siebie. Perseus nawet mógłby nie mówić niczego, wystarczyłby jego uśmiech i spojrzenie. Wiecznie zbolała mimika, nawet gdy rozświetlały je promienie miłości, o której mówił. O niej też nie chciał słuchać. Wydłubałby sobie bębenki uszne, żeby nie znosić tych peonów o miłowaniu i wspaniałości tego doznania, żeby potem słuchać o żonie. Doświadczałby ciągle tego samego z uwodzącego języka węża, jaki posiadał w tych stworzonych do pocałunków ustach. Wierzył nawet w to, że może rzeczywiście nie chodziło tu tylko o seks, ale to przecież tylko gorzej. Ten manipulant za dobrze wiedział, że gdyby zrobili kilka kroków za daleko to odsunąłbyś się od niego, uciekł, żeby znowu nie plątać się w toksyczną relację, jaka zatrułaby codzienność. Wybrałbyś każde z rozwiązań, które pozwoliłoby ci unikać obsydianowej sieci, w której człowiek zatapiał się jak w kaszmirze.
Nawet ta nieufność nie pozwalała mu odkryć, jak wiele pragnienia destrukcji drzemało w tym człowieku. Nie tylko tej skierowanej ku sobie - tej skierowanej ku niemu również. I jak mocno jednocześnie starał się ją od siebie odsunąć. Gdyby złapał pierwszą iskrę - byłby pierwszym, który skoczy do studni. Ale Laurent by temu nie zaufał. Niczemu, co wyszłoby z ust i myśli tej Śmierci przybranej w ludzkie ciało nie mógłby zaufać. Kotwiczył się gdzieś w naiwności tego, że jeśli on sam czuł burzący się świat i rozpadające się cząstki Akwilona, to ta osoba musiała odczuwać to samo. Powoli przestawał myśleć nawet, że to jego empatia, a zaczynał sądzić, że słusznie pytają, czy jest syreną - czy nie czasem wilą, która podstępem wciska do serc uczucia, których oni sami nie chcą. Jak wiele osób dla własnej zuchwałości i dla swojego egoizmu mógł zatopić tylko ich kochając? Zobowiązania i odpowiedzialność przecież nie znikały, a koniec końców czy nie to właśnie sprawiało, że nie potrafił odnaleźć szczęścia, bo zamiast spróbować się zatrzymać, nawet gdy wychylało się zza rogu, to ciągle szukał?
- Ktoś tak empatyczny i wrażliwy powinien być terapeutą? - Uśmiechnął się smętnie, bo ze zmęczenia i powstrzymał równie smętny gest, jakim była potrzeba poprawienia jego kosmyków włosów. Nie. Dlaczego się powstrzymujesz, Laurent? Żeby go nie kusić. Pertraktacje z Diabłem nie mogły być zdrowe i nie mogły przynieść niczego dobrego, więc jeśli tańczysz na jego parkiecie lepiej uważaj na kroki. Można tu wszystko, ale i wszystko ma swoją cenę. - Przepraszam, nie chciałem się wymądrzać. Rozumiem. - Aż za dobrze, bo przecież jego samego zdradzało serce, zdradzała empatia, zdradzał przerost emocji, który potem tworzyć lubił przerost treści ponad formę. - Możemy wrócić? To miejsce mnie przeraża. - Puste, na odludziu, sam na sam z człowiekiem, który był wypełniony polami maciejek i hiacyntów - zapach był odrzucający, wlókł do wymiaru zbyt zbyt skomplikowanych ludzkich odruchów. Pasja potrafiła budować. Potrafiła też niszczyć i rozrywać na kawałki, a potem częściami tymi karmiony był Erebus pośród lodowych gór Antarktydy. Jeśli więc tylko Perseus pozwolił na złożenie skrzydeł, albo po prostu ponowne ujęcie go pod ramię, Laurent bardzo wolnym krokiem ruszył z powrotem na drogę, którą wcześniej wracali do domków Windermere.
Był zmęczony, zrobiło mu się zimno, a woalem Temidy łatwo było zawiązać swoje własne oczy i zatkać uszy. Jest, padło. Mówiłeś sobie, że to przecież nieodpowiednie tak czekać na to imię i właściwie to nie była wina Perseeusa, nie była tej pięknej kobiety, nie była niczyja wina. Winą byłoby tylko waszą, gdybyście naprawdę tę kobietę skrzywdzili, o której Black wyrażał się w samych superlatywach. Nie spojrzał na mężczyznę obok siebie, bo przed chwilą widział aż za dobrze, że jego twarz wyraziła wiele. Wiele rzeczy, których nie rozumiał, ale wystarczyło, żeby wiedzieć, że pytając o chorobę podrapał paznokciami dumę tego człowieka, która nie powinna być naruszana. Mimo to, z jakiegoś powodu, Perseus postanowił mu odpowiedzieć. Dalsza część pewnie była szpilą i karą, na którą sobie zasłużył. Zresztą jakie znaczenie to miało w tragedii, która dreszczem przecięła jego ciało? Choroba, która go pożera i pewnego dnia nie będzie mógł się ruszyć. Odpowiedź nie nadeszła więc od razu. Nie było grzmotów ani huków. Był tylko spokój i ich kroki niknące w ciszy mgły.
- Wiesz, co zrobiłbym na twoim miejscu? - Prócz oczywistego dbania o siebie. - Zbudowałbym dom. W tym domu zadbałbym o to, żeby był przygotowany do swobodnego poruszania się na wózku. Wytresowałbym psa, który pomagałby mi i był chwilami oparciem, zmuszał do codziennego ruszenia się, nawet jeśli nie o własnych siłach. - Ta wieść o dziecku rozłożyła go na czynniki pierwsze, ale zaraz po tym czas został cofnięty i znów był cały. To dobrze. Może nawet poczuł ulgę. Dziecko wypełni jego pustkę. Na pewno. - Najpierw jednak dałbym z siebie wszystko, żeby z tym walczyć. Nie dla siebie. Dla tych osób, którym pękłoby to serce widząc, jaki jesteś nieszczęśliwy. - Dopiero teraz spojrzał w twarz Perseusa z pełnym łagodności spojrzeniem. Gdyby tylko wzrok mógł to właśnie teraz składałby na barki i skronie Perseusa wieńce splecione ze słonecznych promieni, żeby rozjaśnić jego ciemność.