13.04.2024, 13:10 ✶
Tak jak świat snów mieszał się jej ze światem jawy, tak język poezji i rzeczywistości był tym samym, a Mildred nie była nigdy bardziej szczera wobec swojego brata jak teraz.
– Kocham Cię... – szepnęła w odpowiedzi, w dwóch słowach mieszcząc całe spektrum swoich uczuć wobec niego, tych łagodnych, pozwalających niczym sól wydobyć z niej całą słodycz i delikatność, jak i tych burzliwych, destrukcyjnych, obezwładniających obsesyjnym pragnieniem bycia częścią jego życia na zawsze. Odnalazła jego dłoń i splotła ich palce, zakotwiczając się w spokoju, w jego istocie, we wszechogarniającej obecności, we własnym nasyceniu i szczęściu podobnym do tego, jak po długiej podróży przekraczamy próg domu i wiemy, że w końcu jesteśmy bezpieczni.
Na trawie śpijmy głęboko...
Soczysta zieleń zalewała zimną, czarną przestrzeń będącą w rzeczywistości sterylną podłogą szpitalną, będącą w rzeczywistości kobiercem, na kwietnej polanie rozelśnionej mleczną poświatą księżycowych łez, na polanie pełnej
róż... wonnych, pozbawionych kolców, o głowach ciężkich od kwiecia, o łagodnych pudrowych płatkach łaskoczących skórę. Bicie serca wyznaczające puls świata, jej całego świata, miarowe i piękne, gasnące wraz z nadchodzącym Snem, młodszym bratem Śmierci, który odbierał świadomość nie na zawsze, a tylko na chwile, na krótki przedsmak wieczności.
Leżeli razem, a trawa pod nimi się uginała. Nigdy nie znali takiego spokoju, w wilgotnej, roślinnej pościeli. Nie znali tego głodu robaków żerujących na ich ciele. Nie znali takiego snu, gdy nie było już nic do zrobienia, wszystko zostało za nimi, a ciała nie przesunęły się nawet o cal. I chciała tak leżeć tygodnie i lata, tak długo aż znalazłyby ich kruki, aż lisy poznałyby ich smak. Aż w końcu oboje staliby się kwiatami, dłoń w dłoni, pokarm dla ziemi, aż w końcu korzenie dałyby im dom, w końcu byliby domem, na zawsze byliby domem...
Ciepłe barwy poranka opromieniły łagodny uśmiech na twarzy, której kolory zdawały się być bardziej różane aniżeli woskowo nieobecne. Wystarczyło wyjść, podzielić się dobrą nowiną, zaplanować wypis i powrót do Londynu. Wystarczyło tylko znaleźć lekarza i powiedzieć mu.
Krzyk i odgłosy szamotaniny z bezlitosną precyzją rozwiały ten sen. Rozpaczliwe wołanie jego imienia rozniosło się korytarzem, a potem wyzwiska i bluzgi rzucone wobec drobnych, zupełnie niewinnych pielęgniarek, które zajrzały do izolatki sprawdzić czemu drzwi zostały uchylone. Zdradzieckie kurwy poczuły na sobie gniew obudzonej, szarpiąca się nie zamierzała tanio oddać swej skóry. Szaleństwo z oczu zniknęło dopiero wtedy gdy on pojawił się w progu, gotowy do walki... z nikim. Przylgnęła do niego natychmiast, wczepiając się żarliwie, sarkając w paranoi, łkając nad torturami, którymi byli poddawani. I wtedy, dopiero wtedy gdy tulił ją do piersi, trzymając mocno tak, by nie rwała się przed uspokajającym zastrzykiem zdał sobie sprawę, że to nie koniec, a początek leczenia.
– Kocham Cię... – szepnęła w odpowiedzi, w dwóch słowach mieszcząc całe spektrum swoich uczuć wobec niego, tych łagodnych, pozwalających niczym sól wydobyć z niej całą słodycz i delikatność, jak i tych burzliwych, destrukcyjnych, obezwładniających obsesyjnym pragnieniem bycia częścią jego życia na zawsze. Odnalazła jego dłoń i splotła ich palce, zakotwiczając się w spokoju, w jego istocie, we wszechogarniającej obecności, we własnym nasyceniu i szczęściu podobnym do tego, jak po długiej podróży przekraczamy próg domu i wiemy, że w końcu jesteśmy bezpieczni.
Na trawie śpijmy głęboko...
Soczysta zieleń zalewała zimną, czarną przestrzeń będącą w rzeczywistości sterylną podłogą szpitalną, będącą w rzeczywistości kobiercem, na kwietnej polanie rozelśnionej mleczną poświatą księżycowych łez, na polanie pełnej
...na łoże z kwiatów przyjdź tu do kochanki, niech się z twym pięknym obliczem popieszczę, głowę twą lśniącą ustroję w róż wianki
róż... wonnych, pozbawionych kolców, o głowach ciężkich od kwiecia, o łagodnych pudrowych płatkach łaskoczących skórę. Bicie serca wyznaczające puls świata, jej całego świata, miarowe i piękne, gasnące wraz z nadchodzącym Snem, młodszym bratem Śmierci, który odbierał świadomość nie na zawsze, a tylko na chwile, na krótki przedsmak wieczności.
Leżeli razem, a trawa pod nimi się uginała. Nigdy nie znali takiego spokoju, w wilgotnej, roślinnej pościeli. Nie znali tego głodu robaków żerujących na ich ciele. Nie znali takiego snu, gdy nie było już nic do zrobienia, wszystko zostało za nimi, a ciała nie przesunęły się nawet o cal. I chciała tak leżeć tygodnie i lata, tak długo aż znalazłyby ich kruki, aż lisy poznałyby ich smak. Aż w końcu oboje staliby się kwiatami, dłoń w dłoni, pokarm dla ziemi, aż w końcu korzenie dałyby im dom, w końcu byliby domem, na zawsze byliby domem...
+++
Ciepłe barwy poranka opromieniły łagodny uśmiech na twarzy, której kolory zdawały się być bardziej różane aniżeli woskowo nieobecne. Wystarczyło wyjść, podzielić się dobrą nowiną, zaplanować wypis i powrót do Londynu. Wystarczyło tylko znaleźć lekarza i powiedzieć mu.
Krzyk i odgłosy szamotaniny z bezlitosną precyzją rozwiały ten sen. Rozpaczliwe wołanie jego imienia rozniosło się korytarzem, a potem wyzwiska i bluzgi rzucone wobec drobnych, zupełnie niewinnych pielęgniarek, które zajrzały do izolatki sprawdzić czemu drzwi zostały uchylone. Zdradzieckie kurwy poczuły na sobie gniew obudzonej, szarpiąca się nie zamierzała tanio oddać swej skóry. Szaleństwo z oczu zniknęło dopiero wtedy gdy on pojawił się w progu, gotowy do walki... z nikim. Przylgnęła do niego natychmiast, wczepiając się żarliwie, sarkając w paranoi, łkając nad torturami, którymi byli poddawani. I wtedy, dopiero wtedy gdy tulił ją do piersi, trzymając mocno tak, by nie rwała się przed uspokajającym zastrzykiem zdał sobie sprawę, że to nie koniec, a początek leczenia.
Koniec sesji