Mogły mu drżeć dłonie i mógł mieć niepewne palce. Kiedy jednak padło pytanie, które poddawało znów w wątpliwość to, że miałby ten skarb zostawić tutaj, już się nie mogły trząść. Zacisnął je mocniej i całkowicie pewnie. Zawsze uważał, że to coś złego - ta walka o kontrolę, którą przenosił z jednego miejsca na drugie. Z pracy do życia codziennego, z życia codziennego do rodziny... łatwo było zupełnie nie zauważyć tego, że Laurent Prewett kochał kontrolę. Łatwo było pominąć, jak zgrabnie dyktował swoje warunki. To wszystko było miękkie, delikatne, obszyte kaszmirową nicią, bo przecież sam miał łagodny charakter. A potem spotykał się z Aydayą i ta łagodność opadała zupełnie. Nie było żadnej ugody. Było wyprowadzenie się z domu i życie na własnych warunkach, bo nie mógł żyć na warunkach swojej rodziny. Wieczne kłótnie z Edwardem, bo on chciał kontrolować jego, a Laurent nie zamierzał dać się kontrolować. Wyzywanie się od dziwek i wbijanie szpil z Aydayą, a potem hodowanie w sobie zazdrości do siostry o to, że ma to, czego on nigdy nie dostanie. Tamto "nie" było tylko rzuconym ziarnem, bo na co dzień po prostu taki nie był. Bo lubił chodzić na ugody, bo chciał, żeby każdy był szczęśliwy, tak jak chciał tego dla Olivii kiedyś, chciał i dziś. Były czasem jednak rzeczy, których chciał bardziej.
- Wtedy może bardziej docenię to, co mam dzisiaj. - Nie, nie było sensu się przerzucać argumentami, bo przecież to było poniżej godności zarówno jego, jak i jej. Nie to, żeby jakąś posiadał. Czasem wątpił, żeby miał jakąkolwiek. Odetchnął. Znalazł spokój w prostej decyzji, której przecież nie musiał w gruncie rzeczy niczym tłumaczyć. Tak, nikt nie zasłużył na to, żeby stracić to cudo. Zatrzymywanie go na zawsze byłoby niesprawiedliwe. Chciałbym się o to nie troszczyć. Ach, no przecież. Olivia sama była była ofiarą takiego "nie". Było o wiele bardziej miękkie, ale była jego ofiarą. I była świadkiem tego, jak lazurowe, ciepłe fale mogą ściemnieć, jakby szykowały się na sztorm i jakie zimne potrafią być fale, kiedy tylko postawić przed nim odpowiednią osobę. Takich osób było naprawdę mało z prostego powodu - Laurent się większości bał. Bo do tych, do których żywił aż tak negatywne uczucia zazwyczaj nie miał dostępu, albo wystarczył ich jeden gest, żeby udowodnić mu, jak beznadziejnie był bezbronny. - Dziękuję, że chcesz mnie chronić. - Wyciągnął dłoń, uśmiechnął się ciepło, ale jej nie dotknął. Przesunął palcami w powietrzu, unikając bezpośredniego kontaktu z jej policzkami i linią szczęki, bo nie wypadało. Już nie. - Przykre wspomnienie z przeszłości nie jest złe, bo pozwala ci docenić, jak wiele masz w teraźniejszości. Pomyślałaś tak o tym? - Naprawdę tak uważał. Owszem, było bolesne, nie do każdego chciałeś wracać - powrót wspomnieniami na Głębokie Ścieżki wcale nie był przyjemny, ale udowodnił mu, że żyje. I że zrobił wiele złych rzeczy, żeby przetrwać i stać teraz tutaj. Ocalał. - Gorsze są te dobre. Pokazują tego, czego już niczym nie zastąpisz i nigdy nie będziesz mieć. - Bo tamte chwile z poddasza już nie wrócą, nie ważne, jak bardzo będzie się starał. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, kiedy zobaczył tę ciekawość. - Ach, oto jest moja Olivka... - Moja ciekawska, zawsze gotowa na przygody przyjaciółka. Przekręcił więc pozytywkę, otwierając ją.
To była zima - miejsce, gdzie zawędrował, pokryte było śniegiem. Brudna uliczka przy boku Pokątnej, gdzie chciał zbierać śnieg, ale tak bardzo się ślizgał, że musiał się podtrzymywać dłońmi. Mur też był zimny. Dopiero dłoń matki była ciepła, kiedy znalazła jego dłoń, żeby poprowadzić go do drzwi prowadzących na klatkę schodową. Weszli do domu, gdzie umęczona kobieta odłożyła przy małym piecyku kosz z drewnem i zaczęła ściągać z jego szyi szalik i czapkę.
- Nie możesz śpiewać innym dzieciom, Laurencie. - Tłumaczyła cierpliwie. Nie miała siły się uśmiechać, albo nie chciała? Wyglądała na bardzo zmartwioną, może złą? Miała brzydki, czerwony policzek. Ślad po uderzeniu dłonią. Wyciągnął więc sam dłonie do jej policzków, przyłożył chłodną dłoń do jej skóry, a potem palcami podciągnął jej usta, żeby się uśmiechnęła. Kobieta na moment zamarła, a potem uśmiechnęła się naprawdę, spoglądając na swojego syna z czułością. - Obiecaj mi, że już nie będziesz.
- Czemu?
- Powinieneś zachować te piosenki dla kogoś wyjątkowego.
Odetchnął. Różnica temperatur we wspomnieniu, tak żywym i realnym, była wręcz porażająca. Aż dziwił się, że nie miał rozgrzanych policzków, tak samo uszczypniętych jak wtedy. Zupełnie tego nie pamiętał. Miał prawdo. Przecież to było tyle tal temu.
- Zobaczyłem coś innego, choć również wspomnienie z bardzo wczesnego dzieciństwa. - Zamknął pozytywkę. Wystarczy. Zdecydowanie wystarczy, to nie mogło być w pełni bezpieczne. - Chyba już dość... jedziemy?