14.04.2024, 01:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 12:22 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine uśmiechnęła się znacząco, kiedy zauważyła na biurku Stanleya stos krzyżówek panoramicznych, z okładek których mrugały upozowane en trois quarts a czasami i en face modelki. Niewiele pomyliła się w swoich przypuszczeniach: wiedziała, jak wielką namiętnością jej szacowny wspólnik pałał do krzyżówek, więc nietrudno było zgadnąć, jakim rozrywkom najchętniej oddawał się za zamkniętymi – lub, jak to miało miejsce w tym przypadku, otwartymi – drzwiami swego gabinetu.
Borgin, w mniemaniu Lorraine, traktował damy z pierwszych stron swych ulubionych krzyżówek niczym natchnione muzy, a przynajmniej, dopóki nie ukończył wszystkich łamigłówek oferowanych przez dane wydanie: potem, pod wpływem zabiegów upiększających dokonywanych piórem znudzonego (a żądnego przecież dalszej stymulacji umysłowej!) Stanleya, ślicznotki z okładek zaczynały olśniewać szkaradnymi uśmiechami złożonymi z poczerniałych zębów, ich gładkie, wyretuszowane twarze nagle stawały się upstrzone pryszczami, których układ sugerował tajną wiadomość zapisaną kodem Morse’a, a brunetkom zaczynały wyrastać czarcie rogi… Zaś Borgin, wyładowawszy swoją frustrację, z nabożnym wręcz skupieniem pochylał się nad nową, świeżutką i jeszcze pachnącą drukarnią kompilacją – mieszczącą się w kieszeni, mimo zawrotnej liczby 500 łamigłówek w środku!! – z powrotem oddając się mentalnej masturbacji, to jest, inteligentnej rozrywce.
– Po prostu chciałam zaprezentować ci Flądrę w pełnej krasie – oświadczyła dumnie Malfoy. – Patrz, jaka z niej elegantka! Wystrojona już na otwarcie Głębiny. – Podając Stanleyowi kotkę, podniosła ją tak, że ogon, tylne łapki i brzuszek przez chwilę majtały się w powietrzu, po to, by mężczyzna mógł dostrzec różową kokardkę, którą to Lorraine wywiązała wcześniej na kocim ogonku.
– Wzięłam ją sobie z jakiegoś dachu. Kot znaleziony, nie kradziony. Można wręcz powiedzieć, że uratowany z opresji. – Na ustach półwili pojawił się cień szczerego uśmiechu, kiedy obserwowała, jak Stanley rozczula się nad czarnym kotem (tym razem nie Czarnym Kotem!), delikatnie głaszcząc puszyste futerko koteczki i jakoś tak instynktownie obsypując ją takimi pieszczotami, jakie ta ich malutka, futrzana kulka szczęścia lubiła najbardziej. Co prawda, Flądra nie wybrzydzała nawet wtedy, kiedy pogłaskało się ją byle jak, nogą, bo to akurat ręce były czymś zajęte, albo zwyczajnie nie można było się schylić, ale mruczała najintensywniej, kiedy drapało się ją za uchem, albo pod szyjką, którą teraz ufnie odchylała pod ręką Borgina.
– Z podobnego powodu jestem teraz tutaj: żeby cię poratować dobrym słowem, radą, wyciągnąć pomocną dłoń… Nie ukrywam; cieszę się, że akurat tym razem nie muszę się w tym celu wdrapywać na żaden dach – westchnęła Lorraine. Chociaż ton obrała raczej lekki, jej spojrzenie było poważne, kiedy z ni to z zadumanym zatroskaniem, ni to z uprzejmym zaciekawieniem sunęła zamyślonym wzrokiem po twarzy mężczyzny. Przekrzywiła lekko głowę i zmrużyła oczy, jak gdyby się nad czymś zastanawiała. – Stanley… – Przysunęła krzesło dla interesantów bliziutko biurka Borgina, tak, że mogła się wygodnie oprzeć rękoma o blat – jak gdyby byli dwójką przyjaciół wymieniających ploteczki przy herbatce – pochyliła się też nieco do przodu, w stronę mężczyzny, niwelując dzielący ich dystans na tyle, na ile się dało. Podparła ręką brodę i uśmiechnęła się w ten słodki sposób, który zachęcał do zwierzeń, i z wielką uwagą zaczęła wpatrywać się w brązowe oczęta Stanleya.
– Wytłumacz mi, proszę. – Lorraine uderzyła w najbardziej niewinny, cukierkowy ton, na jaki było ją stać; ten, który sugerował, że jest bardzo głupiutką kobietką, potrzebującą, by ktoś z najdrobniejszymi szczegółami wyjaśnił jej po raz tysięczny, na czym właściwie polega gra w Quidditcha (na Atreusa zawsze to działało, nieważne, jak bardzo był poirytowany). – Dlaczego ni stąd ni zowąd zaczyna poszukiwać cię BUM i Biuro Aurorów? – Chciała zapytać, czy Modowa Policja również wydała za nim list gończy, ale uświadomiła sobie, że Stanley – jako samodzielny przedsiębiorca pozbawiony ministerialnego etatu – zapewne odczuje brak dodatkowego źródła zarobkowania, więc darowała sobie wyzłośliwianie się. Sama dobrze wiedziała, jak to jest nosić buty sprzed kilku sezonów.
– No i wreszcie… – Lorraine sięgnęła do wewnętrznej kieszeni sukni, z której wyciągnęła otrzymany tego ranka list, i zaczęła go powoli obracać między swoimi długimi palcami. – Dlaczego Robert Mulciber, były niewymowny, wytwórca świeczek i kadzideł, swoją drogą mój klient, wypytuje o ciebie w naszej prywatnej korespondencji? – Malfoy nieznacznie pokręciła głową, teraz pozornie skupiając całą swoją uwagę na obracanej w dłoniach kopercie. – Musimy to dobrze rozegrać, Stanley, więc, proszę cię, oświeć mnie: czemu oni wszyscy chcą twojej głowy.
Borgin, w mniemaniu Lorraine, traktował damy z pierwszych stron swych ulubionych krzyżówek niczym natchnione muzy, a przynajmniej, dopóki nie ukończył wszystkich łamigłówek oferowanych przez dane wydanie: potem, pod wpływem zabiegów upiększających dokonywanych piórem znudzonego (a żądnego przecież dalszej stymulacji umysłowej!) Stanleya, ślicznotki z okładek zaczynały olśniewać szkaradnymi uśmiechami złożonymi z poczerniałych zębów, ich gładkie, wyretuszowane twarze nagle stawały się upstrzone pryszczami, których układ sugerował tajną wiadomość zapisaną kodem Morse’a, a brunetkom zaczynały wyrastać czarcie rogi… Zaś Borgin, wyładowawszy swoją frustrację, z nabożnym wręcz skupieniem pochylał się nad nową, świeżutką i jeszcze pachnącą drukarnią kompilacją – mieszczącą się w kieszeni, mimo zawrotnej liczby 500 łamigłówek w środku!! – z powrotem oddając się mentalnej masturbacji, to jest, inteligentnej rozrywce.
– Po prostu chciałam zaprezentować ci Flądrę w pełnej krasie – oświadczyła dumnie Malfoy. – Patrz, jaka z niej elegantka! Wystrojona już na otwarcie Głębiny. – Podając Stanleyowi kotkę, podniosła ją tak, że ogon, tylne łapki i brzuszek przez chwilę majtały się w powietrzu, po to, by mężczyzna mógł dostrzec różową kokardkę, którą to Lorraine wywiązała wcześniej na kocim ogonku.
– Wzięłam ją sobie z jakiegoś dachu. Kot znaleziony, nie kradziony. Można wręcz powiedzieć, że uratowany z opresji. – Na ustach półwili pojawił się cień szczerego uśmiechu, kiedy obserwowała, jak Stanley rozczula się nad czarnym kotem (tym razem nie Czarnym Kotem!), delikatnie głaszcząc puszyste futerko koteczki i jakoś tak instynktownie obsypując ją takimi pieszczotami, jakie ta ich malutka, futrzana kulka szczęścia lubiła najbardziej. Co prawda, Flądra nie wybrzydzała nawet wtedy, kiedy pogłaskało się ją byle jak, nogą, bo to akurat ręce były czymś zajęte, albo zwyczajnie nie można było się schylić, ale mruczała najintensywniej, kiedy drapało się ją za uchem, albo pod szyjką, którą teraz ufnie odchylała pod ręką Borgina.
– Z podobnego powodu jestem teraz tutaj: żeby cię poratować dobrym słowem, radą, wyciągnąć pomocną dłoń… Nie ukrywam; cieszę się, że akurat tym razem nie muszę się w tym celu wdrapywać na żaden dach – westchnęła Lorraine. Chociaż ton obrała raczej lekki, jej spojrzenie było poważne, kiedy z ni to z zadumanym zatroskaniem, ni to z uprzejmym zaciekawieniem sunęła zamyślonym wzrokiem po twarzy mężczyzny. Przekrzywiła lekko głowę i zmrużyła oczy, jak gdyby się nad czymś zastanawiała. – Stanley… – Przysunęła krzesło dla interesantów bliziutko biurka Borgina, tak, że mogła się wygodnie oprzeć rękoma o blat – jak gdyby byli dwójką przyjaciół wymieniających ploteczki przy herbatce – pochyliła się też nieco do przodu, w stronę mężczyzny, niwelując dzielący ich dystans na tyle, na ile się dało. Podparła ręką brodę i uśmiechnęła się w ten słodki sposób, który zachęcał do zwierzeń, i z wielką uwagą zaczęła wpatrywać się w brązowe oczęta Stanleya.
– Wytłumacz mi, proszę. – Lorraine uderzyła w najbardziej niewinny, cukierkowy ton, na jaki było ją stać; ten, który sugerował, że jest bardzo głupiutką kobietką, potrzebującą, by ktoś z najdrobniejszymi szczegółami wyjaśnił jej po raz tysięczny, na czym właściwie polega gra w Quidditcha (na Atreusa zawsze to działało, nieważne, jak bardzo był poirytowany). – Dlaczego ni stąd ni zowąd zaczyna poszukiwać cię BUM i Biuro Aurorów? – Chciała zapytać, czy Modowa Policja również wydała za nim list gończy, ale uświadomiła sobie, że Stanley – jako samodzielny przedsiębiorca pozbawiony ministerialnego etatu – zapewne odczuje brak dodatkowego źródła zarobkowania, więc darowała sobie wyzłośliwianie się. Sama dobrze wiedziała, jak to jest nosić buty sprzed kilku sezonów.
– No i wreszcie… – Lorraine sięgnęła do wewnętrznej kieszeni sukni, z której wyciągnęła otrzymany tego ranka list, i zaczęła go powoli obracać między swoimi długimi palcami. – Dlaczego Robert Mulciber, były niewymowny, wytwórca świeczek i kadzideł, swoją drogą mój klient, wypytuje o ciebie w naszej prywatnej korespondencji? – Malfoy nieznacznie pokręciła głową, teraz pozornie skupiając całą swoją uwagę na obracanej w dłoniach kopercie. – Musimy to dobrze rozegrać, Stanley, więc, proszę cię, oświeć mnie: czemu oni wszyscy chcą twojej głowy.