14.04.2024, 10:52 ✶
– W ogóle się nie martwię – zapewniła Brenna, prawie całkiem szczerze, bo trochę się martwiła, ale jednak tylko trochę. W końcu trafiła do uzdrowicieli, bywało – już – gorzej (wprawdzie nie mogła sobie przypomnieć wielu sytuacji, gdy faktycznie było gorzej, ale jakieś na pewno istniały gdzieś w jej przeszłości, po prostu nie potrafiła teraz za bardzo zebrać myśli), a poza tym podany jej wcześniej eliksir przytępiał nie tylko ból, lecz także emocje. Może celowo: ktoś mógł uznać, że człowiek gnijący żywcem wpadnie w skrajną histerię i jego wyleczenie stanie się raczej trudne. Brenna wprawdzie rzadko w histerię wpadała, w gruncie rzeczy zdarzyło się jej to może raz w życiu, ale nie mogła się nie zgodzić, że takie postępowanie ze strony pracowników Munga była bardzo zapobiegliwe.
Prewetta pamiętała ze szkoły, ale trochę jeszcze za rzadko go odwiedzała w roli uzdrowiciela, aby już rozpoznawać po tonach głosu i minach, jak poważny jest przypadek. Zresztą, czy miała szansę się tego nauczyć, skoro przyszła do niego po raz trzeci, i już trzeci raz problem nie był normalny?
– Coś mi podali. Dużo podali, bo mnie trzeba podawać większe porcje. Przeciwbólowego. Znaczy się, mówili, że to przeciwbólowe, ale może miało tylko mnie uciszyć. Jestem w stanie ruszać rękami, i na początku nadgarstki chyba nie były zielonkawe… Skóra gnije tylko na dłoniach, w wodę wpadłam też kolanami, ale chyba przez materiał tak to nie przeszło. Boli, ale na takim znośnym poziomie, to znaczy chyba nie tak bardzo, jak powinna boleć gnijąca skóra… bo ona gnije, prawda? Chyba że mam halucynacje – wyjaśniła kobieta, posłusznie siadając na kozetce i nawet nie musiała się powstrzymywać, by się na niej nie kręcić, bo jednak odrobinę było jej słabo. Można by aż pomyśleć, że mówi całkiem rozsądnie, więc wszystko w porządku, ale o tym, jak bardzo ją przyćmiło od eliksirów, najlepiej świadczyło, że w pierwszej chwili zupełnie nie zauważyła stażysty, też przebywającego w pomieszczeniu. Zwróciła na niego spojrzenie dopiero, kiedy ten się odezwał.
– Cześć, Octavianie – przywitała się, uśmiechając się do niego, jakoś tak odruchowo. – Miło mi cię poznać. Cieszę się, że studenci w Mungu są tak entuzjastycznie nastawieni do pracy. Czy od XVI wieku mieliście tu wiele przypadków magicznej, wywołującej gnicie wody? – zapytała. Na ile jej zachowanie było zwykłym byciem Longbottomem, a na ile wynikało z wpływu specyfików, pewnie nie potrafiłyby powiedzieć nawet osoby znające ją od bardzo wielu lat. A potem odruchowo wyciągnęła tę rękę, której akurat Basilius nie oglądał, w stronę studenta Octaviana. I zaraz ją cofnęła, bo jednak do otępiałego umysłu dotarło, że ani Octavian na pewno nie chce ściskać takiej dłoni, ani ona właściwie nie chce, aby ktoś dotykał tej ręki, bo to ponad wszelką wątpliwość straszliwie by bolało.
Prewetta pamiętała ze szkoły, ale trochę jeszcze za rzadko go odwiedzała w roli uzdrowiciela, aby już rozpoznawać po tonach głosu i minach, jak poważny jest przypadek. Zresztą, czy miała szansę się tego nauczyć, skoro przyszła do niego po raz trzeci, i już trzeci raz problem nie był normalny?
– Coś mi podali. Dużo podali, bo mnie trzeba podawać większe porcje. Przeciwbólowego. Znaczy się, mówili, że to przeciwbólowe, ale może miało tylko mnie uciszyć. Jestem w stanie ruszać rękami, i na początku nadgarstki chyba nie były zielonkawe… Skóra gnije tylko na dłoniach, w wodę wpadłam też kolanami, ale chyba przez materiał tak to nie przeszło. Boli, ale na takim znośnym poziomie, to znaczy chyba nie tak bardzo, jak powinna boleć gnijąca skóra… bo ona gnije, prawda? Chyba że mam halucynacje – wyjaśniła kobieta, posłusznie siadając na kozetce i nawet nie musiała się powstrzymywać, by się na niej nie kręcić, bo jednak odrobinę było jej słabo. Można by aż pomyśleć, że mówi całkiem rozsądnie, więc wszystko w porządku, ale o tym, jak bardzo ją przyćmiło od eliksirów, najlepiej świadczyło, że w pierwszej chwili zupełnie nie zauważyła stażysty, też przebywającego w pomieszczeniu. Zwróciła na niego spojrzenie dopiero, kiedy ten się odezwał.
– Cześć, Octavianie – przywitała się, uśmiechając się do niego, jakoś tak odruchowo. – Miło mi cię poznać. Cieszę się, że studenci w Mungu są tak entuzjastycznie nastawieni do pracy. Czy od XVI wieku mieliście tu wiele przypadków magicznej, wywołującej gnicie wody? – zapytała. Na ile jej zachowanie było zwykłym byciem Longbottomem, a na ile wynikało z wpływu specyfików, pewnie nie potrafiłyby powiedzieć nawet osoby znające ją od bardzo wielu lat. A potem odruchowo wyciągnęła tę rękę, której akurat Basilius nie oglądał, w stronę studenta Octaviana. I zaraz ją cofnęła, bo jednak do otępiałego umysłu dotarło, że ani Octavian na pewno nie chce ściskać takiej dłoni, ani ona właściwie nie chce, aby ktoś dotykał tej ręki, bo to ponad wszelką wątpliwość straszliwie by bolało.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.