14.04.2024, 13:21 ✶
Miesiąc miłości
Dziwnie mu było ze słowem ,,Mentor", ale co miał powiedzieć? Yeah, we fucnkin'? To też nie brzmiało zbyt dobrze. A czy są przyjaciółmi? Byli, no wcześniej, a teraz? Teraz chyba też, ale sam nie wiedział co między nimi jest. Kochał go, ale on go nie, spali ze sobą, ale jednocześnie jeden łamał drugiemu serce, a potem gadali o życiu i pracy jedząc ciasto bez cukru... To było skomplikowane. Kiedyś było prosto, albo ktoś go ignorował, albo pomagał, albo dostawał w ryj, nic pomiędzy. Tak czy inaczej Mentor był bezpiecznym wyjściem, grającym z tym co zapewne myśleli o nich pozostali dwaj towarzysze.
Naprawdę nie rozumiał sytuacji, ani działania Anthonyego, rozumiał jego chęci, ale na pewno spodziewał się lepszego wyniku jego działań. Czemu ten dom tak bardzo ich nienawidził? Szybko spojrzał na kobietę, na obraz, na mężczyznę, który nagle zapadł się w ciemność. Czy... czy on nie żyje? Nie... Nie tak łatwo przecież zabić tak sensownego czarodzieja jak on, a może właśnie tak łatwo? Śmierć przychodzi z zaskoczenia, a teraz może miała przyjść jako zapłata za zabawę obrazów. Na swój sposób było to satysfakcjonujące i sprawiedliwe, bo póki co to on łaził po omacku. Dorosłe chłopy przewiązały mu oczy, zawiodły do jakiegoś magicznego domu i kazały się bawić w ich zabawę niezręczności i przekleństw domostwa. O ile na początku nie przeszkadzało mu to aż tak, to im dalej szedł, tym gorzej było. Uśmiech znikał z twarzy, a lekkość kroku zmieniała się w ostrożne kroczenie przed siebie. Jeden biernie obserwował rzucając komentarze, drugi podsuwał mu problemy do poradzenia sobie z nimi, a trzeci go zwyczajnie irytował, głównie przez złe pierwsze wrażenie. Niech go później ktoś zapyta dlaczego spędza tak mało czasu z innymi czarodziejami, to już wytłumaczy, że trzy diabły skutecznie go zniechęciły do przechadzki przez zaczarowany ogród.
Wzdrygnął się i zachwiał na schodku kiedy został do niego rzucony kapelusz. A PO KIEGO MU KAPELUSZ?! Patrzył na Isaaca, jak skacze i ręce załamał, lampiąc się w ciemność jeszcze kilka sekund. Westchnął i spojrzał na kobietę zadającą mu zagadkę. On po angielsku ledwo umiał swoje imię przeliterować, a co dopiero wymyślić jakie słowo ma wszystkie te litery, jak czasami popełniał błędy w pismach. Jak pisał listy to 20 kartek szło do wywalenia zanim udało mu się napisać wszystko bezbłędnie. Dlatego swojej książki z ziołami nikomu nie dawał, bo była i tam masa błędów. Morpheus mógł oczekiwać od niego pomocy w kwestii ziół, w kwestii podróży, nocowania, obiadu, estetyki, ale nie gry w scrabble.
Jeszcze sekundę przyglądał się staruszce i w końcu otworzył usta przerzucając spojrzenie na Morpheusa.
-Co ci strzeliło go głowy godzić się choćby na patrzenie na ten dom? Całe jego otoczenie mówi, że nie chce gości.-rzucił z irytacją, wspierając dłoń na biodrze.-Widziałeś piorun jak wchodziliśmy? Zdechłego wilka? Nawet mur w ścianie cię nie zniechęcił.-świat krzyczał, że mają się wynosić, ale nie, szli dalej i teraz będzie płacz. Nie chciał się go czepiać, ale się czepiał, bo był zły na niego, noż...
Dziwnie mu było ze słowem ,,Mentor", ale co miał powiedzieć? Yeah, we fucnkin'? To też nie brzmiało zbyt dobrze. A czy są przyjaciółmi? Byli, no wcześniej, a teraz? Teraz chyba też, ale sam nie wiedział co między nimi jest. Kochał go, ale on go nie, spali ze sobą, ale jednocześnie jeden łamał drugiemu serce, a potem gadali o życiu i pracy jedząc ciasto bez cukru... To było skomplikowane. Kiedyś było prosto, albo ktoś go ignorował, albo pomagał, albo dostawał w ryj, nic pomiędzy. Tak czy inaczej Mentor był bezpiecznym wyjściem, grającym z tym co zapewne myśleli o nich pozostali dwaj towarzysze.
Naprawdę nie rozumiał sytuacji, ani działania Anthonyego, rozumiał jego chęci, ale na pewno spodziewał się lepszego wyniku jego działań. Czemu ten dom tak bardzo ich nienawidził? Szybko spojrzał na kobietę, na obraz, na mężczyznę, który nagle zapadł się w ciemność. Czy... czy on nie żyje? Nie... Nie tak łatwo przecież zabić tak sensownego czarodzieja jak on, a może właśnie tak łatwo? Śmierć przychodzi z zaskoczenia, a teraz może miała przyjść jako zapłata za zabawę obrazów. Na swój sposób było to satysfakcjonujące i sprawiedliwe, bo póki co to on łaził po omacku. Dorosłe chłopy przewiązały mu oczy, zawiodły do jakiegoś magicznego domu i kazały się bawić w ich zabawę niezręczności i przekleństw domostwa. O ile na początku nie przeszkadzało mu to aż tak, to im dalej szedł, tym gorzej było. Uśmiech znikał z twarzy, a lekkość kroku zmieniała się w ostrożne kroczenie przed siebie. Jeden biernie obserwował rzucając komentarze, drugi podsuwał mu problemy do poradzenia sobie z nimi, a trzeci go zwyczajnie irytował, głównie przez złe pierwsze wrażenie. Niech go później ktoś zapyta dlaczego spędza tak mało czasu z innymi czarodziejami, to już wytłumaczy, że trzy diabły skutecznie go zniechęciły do przechadzki przez zaczarowany ogród.
Wzdrygnął się i zachwiał na schodku kiedy został do niego rzucony kapelusz. A PO KIEGO MU KAPELUSZ?! Patrzył na Isaaca, jak skacze i ręce załamał, lampiąc się w ciemność jeszcze kilka sekund. Westchnął i spojrzał na kobietę zadającą mu zagadkę. On po angielsku ledwo umiał swoje imię przeliterować, a co dopiero wymyślić jakie słowo ma wszystkie te litery, jak czasami popełniał błędy w pismach. Jak pisał listy to 20 kartek szło do wywalenia zanim udało mu się napisać wszystko bezbłędnie. Dlatego swojej książki z ziołami nikomu nie dawał, bo była i tam masa błędów. Morpheus mógł oczekiwać od niego pomocy w kwestii ziół, w kwestii podróży, nocowania, obiadu, estetyki, ale nie gry w scrabble.
Jeszcze sekundę przyglądał się staruszce i w końcu otworzył usta przerzucając spojrzenie na Morpheusa.
-Co ci strzeliło go głowy godzić się choćby na patrzenie na ten dom? Całe jego otoczenie mówi, że nie chce gości.-rzucił z irytacją, wspierając dłoń na biodrze.-Widziałeś piorun jak wchodziliśmy? Zdechłego wilka? Nawet mur w ścianie cię nie zniechęcił.-świat krzyczał, że mają się wynosić, ale nie, szli dalej i teraz będzie płacz. Nie chciał się go czepiać, ale się czepiał, bo był zły na niego, noż...